Lubię jak zaiskrzy

Andrzej Kowal. Fot. Wiesław Kozieł

Kadra mistrzów Polski na nowy sezon jest już zbudowana. Przygotowania Asseco Resovia rozpocznie 1 sierpnia, a PlusLigę zainauguruje 6 października meczem z AZS Olsztyn. Trener Andrzej Kowal nie odczuwa jednak jeszcze głodu siatkówki.

- Tak na dobrą sprawę aż do tego momentu byliśmy na etapie budowania nowego zespołu – mówi ANDRZEJ KOWAL. – Pracowałem więc w klubie i cały czas byłem związany z siatkówką, czy to poprzez wyjazd na konferencję trenerów, czy przez rozmowy z zawodnikami. Wciąż nie miałem wakacji i wcale nie palę się do tego, żeby już zacząć pracę z zespołem. Potrzebuję odpoczynku i myślę, że w lipcu przez ok. 3 tygodnie odetnę się całkowicie od siatkówki. To mi pozwoli rozpocząć pracę w sierpniu ze świeżą głową.

- Jeśli chodzi o transfery Asseco Resovii, dlaczego chciał pan mieć w zespole Nikolę Kovacevicia?
- Generalnie plan był taki, że mając w perspektywie odejście Grozera potrzebowaliśmy przede wszystkim zawodnika na wysoką piłkę. Zależało mi bardzo, żeby mieć takiego gracza, który będzie w stanie w ataku zbilansować te wysokie piłki również na lewej stronie. Wiadomo, że – jak zawsze przy transferach – ma się swoje typy, ale trzeba brać również pod uwagę inne czynniki, przede wszystkim możliwości finansowe klubu. Proponowaliśmy grę u nas kilku zawodnikom na pozycji przyjmującego, a z tych, którzy nas interesowali dostępny i będący w naszym zasięgu okazał się właśnie Kovacević. Jest to przede wszystkim bardzo uniwersalny siatkarz.

- Znane są jednak panu opinie o krewkim charakterze Serba?
- Tak, ale uważam, że to nam może tylko pomóc. Dla mnie to jest przyjemność mieć takich ludzi i pracować z nimi. W mojej ocenie, jak się ma do dyspozycji takich, którzy będą tylko przytakiwać i nie będą mieć w ogóle swojego zdania, to za wiele się nie osiągnie. Naprawdę, przy takim poziome gry, jaki mamy już w PlusLidze, osobowość zawodnika i jego silny charakter są bardzo ważne. Taki był Grozer, taki jest Ignaczak, taki jest również Alek Achrem, który może wygląda na spokojnego, ale zapewniam, że ma własne zdanie i potrafi je wyrazić. Tylko tacy ludzie mogą coś osiągnąć. Jeżeli Nikola będzie w stanie swoim charakterem nam pomóc i coś nowego wnieść do zespołu, to tylko będziemy się z tego cieszyć.

- Czyli woli pan nawet takie sytuacje, kiedy “zaiskrzy” w zespole?
- Oczywiście, bo to jest jeden z takich czynników, które mogą spowodować, że w kolejnym etapie zespół pójdzie do przodu. W zeszłym sezonie było tak samo. Nigdy nie było pięknie i idealnie. Były takie sytuacje, że się miedzy sobą ścieraliśmy, ale potrafiliśmy te negatywne emocje skierować tak, że w następnym meczu zawodnicy grali jeszcze lepiej jako zespół.

- W okresie transferowym była taka sytuacja, że klub dysponował już trójką zawodników zagranicznych na pozycji przyjmującego (Lotman, Bojić i Kovacević), co byłoby sporym utrudnieniem biorąc pod uwagę limit obcokrajowców. Czy godził się pan na taki wariant?
- Nie. Z Marko Bojiciem było tak, że on w kontrakcie jeden plus jeden miał przewidziany termin potwierdzenia umowy na przyszły sezon, który był stosunkowo szybki. Natomiast my znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że kolejne nazwiska graczy typowanych do gry na tej pozycji nam odpadały, dlatego woleliśmy potwierdzić kontrakt Bojicia, żeby mieć zabezpieczenie w przypadku, gdyby negocjacje z Kovaceviciem się nie powiodły. Było jednak pewne, że jeśli uda nam się podpisać kontrakt z lepszym zawodnikiem, to tematu Bojicia nie będzie. Nie brałem pod uwagę takiej sytuacji, żeby mieć trzech zawodników zagranicznych na jednej pozycji. Przy tylu milionach, ile się wydaje na zespół byłbym niepoważny, jeśli zgodziłbym się na taki wariant, który wiązałby się z poważnym ograniczeniem pola manewru przy zmianach.

- Czy może pan ujawnić, kto był w okresie transferowym “jedynką” na liście pana życzeń wśród przyjmujących?
- Pytaliśmy się o wielu ciekawych zawodników, jak Matthew Anderson, William Priddy czy Cristian Savani, czyli topowych graczy, którzy zrobiliby ogromny skok do przodu jeśli chodzi o jakość gry zespołu. Ci zawodnicy byli jednak poza naszymi możliwościami finansowymi. Jak to powiedział jeden z menedżerów, on mógłby nam dać Priddy’iego, ale kosztem pozostałych pięciu zawodników w naszej drużynie, na co nie mogliśmy sobie pozwolić.

- Na sam koniec przygotowaliście prawdziwy transferowy hit – Zbigniew Bartman…
- Nie chcę komentować tej sprawy, dopóki klub nie potwierdzi jego transferu, a wiarygodnym źródłem informacji w tym zakresie będzie oficjalna strona Asseco Resovii.

- Czyli na obecną chwilą zawodnikiem, który ma zastąpić Georga Grozera na pozycji atakującego jest Jochen Schöps?
- Tak.

- Niemiec był pierwszą opcją klubu na tej pozycji?
- Kiedy wiadomym już było, że Georg Grozer odejdzie z Asseco Resovii, to braliśmy pod uwagę kilku atakujących, podobnie jak w przypadku zawodników na pozycji przyjmującego. Z Schöpsem było jednak faktycznie tak, że negocjacje w sprawie jego kontraktu bardzo szybko się potoczyły. Zarówno on był zainteresowany grą w naszym klubie, jak i my jego osobą.

- Skąd wzięła się informacja na temat problemów Schöps’a z barkiem, skoro on jest cały czas w kadrze Niemiec i gra, mimo, że jest oczywiście zmiennikiem Grozera; na ile te problemy zdrowotne nowego atakującego Asseco Resovii zostały potwierdzone przez klub?  
- Obserwowaliśmy grę Schöpsa jeszcze w play-offach rosyjskiej Superligi, czyli w meczach Iskry Odincowo z Dynamem Moskwa i potem Nowosybirskiem. Widzieliśmy, że często wchodził za niego drugi atakujący i to nas zastanowiło. Widać było również po samych statystykach, że rundę zasadniczą miał bardzo dobrą, a w play-offach obniżył loty. Potwierdziło się, że miał problemy zdrowotne, ale z naszych informacji wynika, że to nie jest jakiś poważny uraz. To były sprawy typowo przeciążeniowe.

- Patrząc na to, jak kapitalny sezon miał Georg Grozer, który grał świetnie we wszystkich najważniejszych meczach, to trudno wyobrazić sobie, że nowe nabytki Resovii będą w stanie zastąpić takiego gracza.
- Myślę, że nawet nierozsądnie jest mówić, że ciężko będzie zastąpić Georga, bo jego się po prostu nie zastąpi. Każdy, który przyjdzie za niego grać, będzie innym zawodnikiem. Będziemy mieli na pewno inny zespół bez Grozera, ale w mojej ocenie, wcale nie gorszy. Przecież nie ograniczamy się tylko do jednego Georga, tylko mamy również innych zawodników. Będziemy myśleli nad tym, jak zbilansować nasz atak i jak ustawić inne elementy techniczno-taktyczne po to, aby efektywność zespołu wzrosła.

- Grozer był jednak również duszą zespołu. Oprócz tego, że grał świetnie, to jeszcze miał bardzo dobry wpływ na drużynę i potrafił ją scementować w trudnych momentach.
- To prawda. Georg bardzo dużo mi pomógł i na pewno musimy się teraz zastanowić, jak to wszystko od nowa skleić i jak doprowadzić do konsolidacji zespołu. Wiadomo, że dojdą do nas nowi zawodnicy i nowe charaktery. Do tego zdajemy sobie sprawę, że w przypadku obcokrajowców dochodzi jeszcze taki element, że oni chcą się pokazać w nowej lidze i w jakiś sposób wypromować się. Generalnie tacy zawodnicy mniej myślą o zespole, ale bardziej indywidualnie o swojej osobie i my będziemy musieli nad tym pracować. Każda zmiana w zespole oznacza dodatkową pracę. Będziemy się jednak starali ukształtować znów ten charakter zespołu, który był w ubiegłym roku. Od kiedy pracuję w naszym zespole, to trzeba podkreślić, że to był jeden z głównych czynników, które zadecydowały o naszym zwycięstwie w finale mistrzostw Polski. To, że potrafiliśmy się dogadać i że zawodnicy potrafili się razem trzymać – to jest coś bezcennego jeśli chodzi o wynik sportowy. Oczywiście – umiejętności, forma, to wszystko jest ważne, ale atmosfera wewnątrz zespołu, to jest może taki czynnik mniej widoczny z zewnątrz, ale w tych najważniejszych meczach ogromnie istotny.

- Dopiero niedawno podpisał pan nowy kontrakt z Asseco Resovią. Czy ma pan gwarancję dłuższej umowy, czy kontrakt obowiązuje tylko na jeden sezon?
- Podpisałem jednoroczny kontrakt. Miałem propozycję dwuletniego, ale uwarunkowania, jakie otrzymałem z klubu, nie przekonały mnie. Oczywiście, jeżeli po tym roku klub będzie ze mnie zadowolony, to pewnie dalej będę pracował w Rzeszowie.

- Czy przy podpisaniu kontraktu zarząd klubu przedstawił panu konkretne cele do zrealizowania?
- Nie mam w umowie jako warunku osiągnięcia konkretnego wyniku. Również w zeszłym roku nie było takiego zapisu, bo ja nie zgodziłbym się na takie uzależnienie, że muszę zrobić konkretnie taki, czy inny wynik. Inna sprawa, że osiągnięcie sukcesu pociąga za sobą wypłatę premii. Myślę, że to jest słuszne rozwiązanie, żeby nagradzać dodatkowo za wywalczenie konkretnego wyniku. Wiadomo, że w przypadku zawodników czasem jest duży opór ich menedżerów, którzy nie chcą się zgodzić na to, żeby premie były znacznie wyższe, niż gwarancja stałych zarobków, bo dla nich jest to zbyt duże ryzyko. Natomiast tacy ludzie jak ja, który nie ma menedżera i sam negocjuje warunki kontraktu, zgadzają się na duże pieniądze za wynik sportowy.

- W Polsce od tygodnia numerem jeden jest piłkarskie Euro. Czy to szaleństwo też pana pochłonęło?
- Tak i byłem nawet we Lwowie na meczu Niemcy – Portugalia. Nie jestem może jakimś wielkim fanatykiem piłki nożnej, ale też coś tam w przeszłości grałem. Wiadomo, że są duże emocje, może nie aż takie, jakie odczuwam podczas meczu mojej drużyny, albo jakie bym poczuł, gdybym był na meczu Polaków, ale fajnie jest oglądać wszystkie spotkania nawet w telewizji. Nie obserwuję tych meczów jakimś fachowym okiem, bo się na tym nie znam, ale od strony kibica. Śmiałem się, bo jak oglądałem mecz Polska – Grecja, to z perspektywy kibica też zrobiłbym w końcówce zmiany, których nie przeprowadził trener Smuda. Ale to się tak łatwo mówi i od razu skojarzyłem sobie, jak ludzie domagali się zmian podczas meczów Asseco Resovii. Taki już los trenera. Jako szkoleniowiec masz w głowie tysiące myśli. Ustalasz sobie na początku jakiś plan prowadzenia gry. Potem wszystko weryfikuje stan meczu. Przygotowujesz się na różne warianty, ale często dana sytuacja może cię zaskoczyć. Zdarza się również tak, że jedna jakaś taka nielogiczna i irracjonalna zmiana może wszystko zmienić, ale to jest wszystko instynkt trenera. Czasem ktoś z boku mówi, że wpuść zawodnika X, czy Y, ale ty jako trener masz swoją koncepcję w głowie i na coś liczysz. Na przykład były zarzuty, że nie zmieniałem Grozera, jak grał chwilę gorzej albo psuł zagrywki. Wiadomo jednak, że to jest taki zawodnik, że nagle, a już najczęściej w końcówce, może dać nam decydujący punkt czy to w ataku, czy w zagrywce.

Rozmawiał RAFAŁ MYŚLIWIEC

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.