- Mam 29 lat… do setki!

Fot. Paweł Dubiel

Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z Aleksandrem Dobą, podróżnikiem i odkrywcą, jedynym Polakiem, który przepłynął Atlantyk kajakiem.

- Pamięta pan dzień, w którym wpadł na ten szaleńczy pomysł?
- To nie był mój pomysł, tylko Pawła Napierały z Uniwersytetu Zielonogórskiego, który razem z kolegą zamierzał przepłynąć Ocean Atlantycki. Do mnie zwrócili się po poradę, chcieli, żebym opowiedział jak się pływa po Bałtyku. Paweł zawrócił mi w głowie, choć jego pomysły były wzięte z księżyca. On filozof, ja inżynier mechanik, ciągle mówiłem: Paweł to się nie zgadza, to nie tak… Ale wystartowaliśmy wspólnie z Temy w Ghanie. Sądziłem, że pokrążymy ze dwa tygodnie wokół Afryki, tymczasem spędziliśmy na oceanie ledwie 42 godziny. Nie byliśmy przygotowani, czułem wielki niedosyt. Jakiś czas potem naszkicowałem projekt własnego kajaka, znaleźli się ludzie, którzy go dla mnie zbudowali. 15 listopada minie 10 lat od tego wydarzenia. Odbyłem trzy transatlantyckie wyprawy, podczas tej ostatniej dokonałem prawie niemożliwego, zbliżając się do granic ludzkich możliwości. I na tym koniec z pływaniem przez oceany. Kajak wystawiłem na sprzedaż.

- Żona odetchnęła?
- Była przeciwna moim wyprawom, chciała wszystko storpedować. Rozumiałem ją, bo niemożliwym jest być wysoko albo daleko i jednocześnie w domu. To nie do pogodzenia. Gabi sądziła, że wie lepiej co mi grozi, więc przekonywałem ją, iż nie mam tendencji samobójczych. Rozpoznawałem temat, solidnie się przygotowywałem. Studiowałem fachową literaturę, rozmawiałem z żeglarzami.

- Ludzie myślą, że urodził się pan w kajaku, tymczasem wsiadł pan do niego grubo po trzydziestce.
- Zacząłem późno, więc pływałem intensywnie. Przepłynąłem w kajaku 100 tysięcy kilometrów, nikt w Polsce nie może się ze mną równać. Turystyka kajakowa to moja największa pasja. Polecam wszystkim, lecz pływajcie po rzekach i jeziorach, a nie po oceanach!

- Skąd u pana krzepa, skoro prawie nie zagląda pan na siłownię?
- Jestem turystą, a tacy na siłownię nie chodzą. Moja menedżerka narzekała, że głupio tak opowiadać w wywiadach, że nic się nie trenuje, więc obiecałem, iż zacznę biegać. Krótko to trwało, ale sukces odniosłem. W Biegu Neptuna wystartowałem jako ostatni, w sandałach na nogach. Wyprzedziłem trzysta osób, byłem z siebie dumny i… spocząłem na laurach. Generalnie staram się jednak żyć aktywnie, utrzymuję kondycję. Bywa zabawnie, gdy wychodzę z kajaka, bo ludzie zupełnie inaczej mnie sobie wyobrażają. „Myślałem, że z pana olbrzym jakiś, a tu…” – to częsty komentarz.

- Największe niebezpieczeństwo na Atlantyku to?
- Sztormy. Pojawiają się, gdy bardzo silnie wieje na bardzo głębokim i rozległym akwenie przez dłuższy czas. Wtedy ten silny wiatr napędza fale. Podczas ostatniej wyprawy sztorm trwał ponad dwie doby, a fale dochodziły do 10 metrów. To naprawdę robi wrażenie. Jest taka piosenka: „Bosman tylko zapiął płaszcz i zaklął: ech do czorta! Nie daję łajbie żadnych szans, dziesięć w skali Beauforta”. Ja te dziesięć przeżyłem…

- W 7-metrowej skorupce. Jakim cudem?
- Miałem zaufanie do kajaka, który powstał w technologii, jaką stosuje się przy budowie jachtów oceanicznych. Zewsząd płynęły ostrzeżenia, żona prosiła, bym się wycofał, ale o ewakuacji nie chciałem słyszeć. Dominowała ciekawość. No i cóż, schowałem się do kabiny niewiele większej od trumny i przetrwałem. Przyznaję jednak, że napięcie było wielkie, z uwagi na hałas i wstrząsy oka nie zmrużyłem. Zresztą podczas takiej wyprawy trzeba się pożegnać z regularnym snem. Znajdowałem się co prawda na najlepszym w świecie łóżku wodnym, lecz nie zdarzyło się, żebym spał dłużej niż trzy godziny.

- Słona atlantycka woda zalazła panu za skórę.
- W rzeczy samej. Woda w Oceanie Atlantyckim ma 35 promili soli, pięć razy więcej niż w Bałtyku. Nie miałem pojęcia, że tak bardzo wnika w głąb skóry. W wyniku reakcji i wysokiej temperatury ciało pokrywało się swędzącą wysypką. To było coś potwornego. Jak się skarżyłem lekarzom po pierwszej wyprawie, radzili: proszę trzymać się z dala od słonej wody i przebywać w suchym pomieszczeniu. Ciężko było stosować się do tych zaleceń.

- Opowiadał pan, że spełnił swoje marzenie: pogłaskał rekina. Zdarzyło się jednak, że zdzielił pan drapieżnika wiosłem.
- Kiedyś rekin przepływał w nocy pod dnem kajaka, uderzył w niego, więc mu oddałem i byliśmy kwita. Pomyślałem, że następnym razem spróbuję go pogłaskać. Zrobiłem to, okazało się zresztą, że to była ona, poznałem po spojrzeniu jakie mi posłała (śmiech). Dla mnie ten kontakt z płetwą grzbietową 3-metrowego żarłacza błękitnego był niezwykle przyjemną pieszczotą. Niestety, rekinka na zaloty nie odpowiedziała i odpłynęła. Byłem zawiedziony.

- Jak bardzo doskwiera samotność podczas trzymiesięcznego rejsu?
- Jestem człowiekiem ciekawym świata zewnętrznego i wewnętrznego. Testowałem więc samego siebie, sprawdzałem ile czasu mogę wytrzymać bez kontaktu z ludźmi. Okazało się, że posiadam dużą zdolność adaptacji do specyficznych warunków i jakoś tę samotność zniosłem. Mogłem zresztą odbierać maile, wysyłać esemesy i rozmawiać przez telefon satelitarny, choć połączenia były piekielnie drogie.

- Nocą na oceanie jest strasznie?
- Raczej pięknie. Podczas pierwszej wyprawy to była najprzyjemniejsza pora. W dzień musiałem się chronić przed słońcem, w nocy rozbierałem się do rosołu i oddychałem pełną piersią. No i te gwiazdy! Miałem książkę “Jaka to gwiazda” i rozpoznawałem gwiazdozbiory, a nawet utrzymywałem kurs, spoglądając w niebo. Gapiłem się zauroczony, na oceanie, w ciemnościach, widać trzy razy więcej gwiazd niż w mieście.

- A Trójkąt Bermudzki? Nie zniknął pan, ale kłopoty się pojawiły.
- Wpadłem w pułapkę wiatrową i czterdzieści dni pałętałem się w jednym miejscu. Wiosłowałem co sił, a tu nic, cofa mnie – i tak w kółko, strasznie to było stresujące. Chciałem rozwikłać tajemnicę Trójkąta, ale się nie udało (śmiech).

- Rozmawiamy o groźnym oceanie tymczasem w największe tarapaty wpadł pan na lądzie, w Brazylii.
- Zatrzymałem się tam, by naprawić sprzęt. W pół roku przeżyłem trzy napady z bronią sieczną i palną, statystycznie nie wygląda to więc tak źle (śmiech). Nie oddałem zbirom życia, lecz trochę cennych rzeczy i pamiątek straciłem. Bandyci szukali pieniędzy i kokainy.

- Ma pan 71 lat, a na ile się pan czuje?
- Mam 29 lat…do setki (śmiech). Na starość człowiek dziecinnieje i również mnie licznik się cofa.

- No tak. W końcu zaprosił pan przyjaciół na swoje 102 urodziny.
- A dlaczego nie?! Trzeba sobie stawiać ambitne cele. Grunt, żeby pozostać sprawnym, bo tylko samobójcy wiedzą kiedy i na co umrą. Zawsze powtarzam: lepiej spotkać w życiu rekina niż raka. Z rekinem jest krótka piłka – albo my, albo on. Rak niesie z sobą cierpienia i niszczy organizm.

- Zauważyłem, że przybył pan do Rzeszowa w sandałach. Zahartował pana ten Atlantyk.
- Cóż, jeszcze tu u was ciepło. Lakierków nie potrzebuję, ale skarpetki, w razie czego, spakowałem.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

***
Urodzony w 1946 roku ALEKSANDER DOBA jest absolwentem Politechniki Poznańskiej i byłym pracownikiem Zakładów Chemicznych Police. W sierpniu`80 brał udział w strajku na terenie zakładu. Od zawsze aktywny fizycznie: latał na szybowcach, skakał ze spadochronem, jeździł na rowerze szosowym i żeglował jachtem po morzu. W 1989 roku przepłynął kajakiem Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia, 10 lat później opłynął samotnie Bałtyk w 80 dni bez zawijania do zatok. Wyruszył też do Narwiku za koło podbiegunowe, gdzie omal nie zginął oraz opłynął jezioro Bajkał. Rozgłos przyniosły mu wyprawy przez Atlantyk. Podczas pierwszej przepłynął z Afryki w najwęższym miejscu oceanu do Brazylii. Podczas drugiej płynął w najszerszym miejscu – z Lizbony na Florydę, przemierzając niemal 12,5 tysiąca km. Trzecia wyprawa, najtrudniejsza, wiodła z Nowego Jorku do wybrzeży Francji. Trwała 3 miesiące i zakończyła się 3 września br.

Aleksander Doba zdobył tytuł „Podróżnika Roku 2015” magazynu National Geographic. Za swoim ukochanym irlandzkim podróżnikiem sir Ernestem Shackletonem powtarza, iż woda to jest żywioł, którego nie zwycięży się nigdy. – Przepłynąłem ocean, nie dając się pokonać. To wszystko – uśmiecha się Doba, który był gościem 9. Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego w Rzeszowie.

do “- Mam 29 lat… do setki!”

  1. jan

    Uczestniczył w manifestacji targowicy z KOD, czyli polityczny leming

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.