Marzą o jakimkolwiek dachu nad głową

Trójka bezdomnych koczuje na przemyskich działkach

Wśród krzaków i chaszczy leżą rzeczy codziennego użytku. Koce, buty, jakieś tobołki. Tyle udało się uratować z namiotu, w którym do niedawna mieszkała trójka bezdomnych przemyślan. Ktoś ten namiot niedawno podpalił, wiec teraz nie mają nawet tego prowizorycznego dachu nad głową. Mają za to fotel. Duży, obity pluszem. Siedzi w nim na wpół sparaliżowana kobieta, pani Romana. – Czekam na chłopców, poszli „na bloki”, prosić ludzi o coś do jedzenia – mówi z trudem 50-latka. Opodal leży kolorowe czasopismo. Coraz zimniejszy wiatr przewrócił stronę na przepis na wykwintne danie…

Ten dzień nie jest zły. W starym garnku bowiem jest strawa. – Mamy zupę pomidorową – cieszy się pani Romana. Dobrzy ludzie dali koncentrat, kostki rosołowe, makaron. Bezdomni uprosili też wody, więc nie pójdą spać głodni. – Różne dni są – wzdycha kobieta, która zaciera ręce z chłodu. – Póki ciepło było, jakoś to było, teraz jest zimniej i ludzie jakby zimniejsi, chłopakom trudniej coś wyprosić – dodaje cicho.  „Chłopaki” to dwaj bracia: Marcin (23 l.) i Janusz (30 l.). Kiedyś żyli w normalnym domu, mieszkali na ulicy Sanockiej w Przemyślu. Z rodzicami i siostrami. Dramat zaczął się w połowie lat 90. zeszłego wieku. Rok po roku zmarli kolejno rodzice. – Zostaliśmy sami – opowiada Marcin. – Babcia nie chciała się nami zająć, ani opłacać czynszu za mieszkanie, siostry poszły na swoje – relacjonuje spokojnie.

Osieroceni bracia zostali bezdomnymi
Dwaj bracia trafili do domów dziecka i placówek opiekuńczo wychowawczych. – Tak się tułaliśmy po nich, to tu, to tam – bezdomny 23-latek opowiada o dziecięcym dramacie, jak o czymś najzwyklejszym na świecie. Pierwszy „na swoje” poszedł Janusz. Dostał parę groszy wyprawki z domu dziecka. Miał 18 lat i żadnych planów dokąd wracać, „przytuliła” go jakaś kobieta. – Nie wiem, jak tam między nimi było – mówi wprost Marcin. – Wiem, że od 11 lat brat jest bezdomny – dodaje.
On sam dołączył do Janusza 5 lat temu. – Byłem w placówce w Częstochowie – opowiada Marcin. – Kiedy skończyłem 18 lat, trzeba było stamtąd odejść. Pojechałem do Przemyśla, do siostry, ale nie chciała mi pomóc. Prosiłem o pieniądze na bilet, żebym mógł wrócić do Częstochowy po dokumenty i te kilka złotych wyprawki, ale nie dala mi – wspomina 23-latek. – Zostałem tu, z niczym, ale odnalazłem brata – dodaje.

Koczują na działkach
Jakiś czas mieszkali w pustostanie opodal Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu. – Dobrze nam tam było, na głowę się nie lało, w budynku człowiek spał – wzdycha bezdomny. Ale uczelnia adaptowała teren, pustostany wyburzono. – Znaleźliśmy się po prostu na ulicy – mówi Marcin.  Skądś zdobyli namiot, zabrali to, co uzbierali mieszkając w pustostanie i poszli na pobliskie działki. – Wszyscy ich tu, choćby z widzenia, znamy – potwierdza zagadnięty przez nas działkowicz, którego zastajemy przy jesiennych porządkach na działce. – Spokojni są, nie awanturują się, nie krzyczą – podkreśla. – Szkoda ich, takie młode chłopaki  – wzdycha mężczyzna. – Jeśli o coś proszą, to nie o pieniądze, tylko o jedzenie. Sam im daję – przyznaje. – A ta kobieta, która jest z nimi teraz, to chyba jest chora, dziwnie tak chodzi – opowiada działkowicz. – Jak oni tu zimę przetrwają, to strach pomyśleć! Przecież mogą zamarznąć – dodaje.

Dla na wpół sparaliżowanej w domu nie było miejsca?
Działkowicz nie myli się. Pani Romana trzy lata temu miała wylew krwi do mózgu. Przeżyła, ale od tamtej pory kiepsko u niej z chodzeniem, nie może też szybko się wysłowić. Jak została bezdomna? – Mieszkałam z konkubentem i dziećmi – mówi z trudem 50-latka. – Ale miejsca było mało – dodaje. – Bardzo mało, musiałam sobie iść – ucina krótko. Dołączyła do dwóch bezdomnych braci. Opiekują się nią już od kilku miesięcy. – Dobrzy są dla mnie. Jedzenie przynoszą, zrobią zupę, nie krzyczą – pani Romana z wdzięcznością mówi o towarzyszach niedoli. – Tylko, żeby jakiś dach nad głową był, jakaś buda dla nas, kontener, wszystko jedno, byle z dachem – wzdycha.
Spalili im namiot
Dotychczas mieszkali w namiocie, ciasno było i nocami już zimno od gruntu, ale zawsze płachta jakaś  nad głową. Dwa tygodnie temu ktoś im ten namiot podpalił. – Nie wiemy kto – przyznaje Marcin. – Działkowicze na pewno nie – stwierdza. – Zawsze byli nam życzliwi, bo nigdy żadnych kłopotów im nie robiliśmy – zapewnia bezdomny. – Chuligani pewnie jacyś – dodaje. Z palącego się namiotu udało się uratować parę rzeczy. Jakieś koce, buty, garnek. Teraz to wszystko leży pod gołym niebem, a oni w trójkę chodzą spać „na klatki”. – Idziemy do pobliskich bloków wieczorem i śpimy na klatce schodowej – opowiadają. – Ludzie czasem nas przepędzają, to idziemy do innej klatki – wzdycha pani Romana.

„Nas po prostu nie ma”
Ona ma dowód osobisty, ale „chłopaki” już nie. – Nie było jak wyrobić – mówi Marcin. – Brat miał, jeszcze taki stary, zieloną książeczkę, ale zgubił – opowiada. – Teraz nas po prostu nie ma! My nie istniejemy, bo ani domu, ani papierów, ani nawet namiotu – dodaje smutno. O czym marzą? – O tym, żeby mieć nad głową dach, łóżko, stół – mówią zgodnie. – Żeby nie leżeć na ziemi, nie chodzić spać na klatki – dodają. Niewygórowane te marzenia, to mogliby mieć w schronisku dla bezdomnych. – Nie pójdziemy tam – tu znów trójka bezdomnych jest zgodna. – Rozdzielili by nas! A my chcemy być razem – podkreślają. – Ja sobie bez nich nie poradzę – łka pani Romana. – Żeby choć jakaś ziemianaka, a damy radę – mówi. – Tylko, żeby na głowę nie padało….
Monika Kamińska

do “Marzą o jakimkolwiek dachu nad głową”

  1. katolik

    A gdzie mieszkali do tego czasu ?
    Co to nagle z nieba spadli na ziemie ?
    Dlaczego nie pojda do pracy ? Tacy mlodzi a menele ostaniej generecji.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.