Marzy mi się leżakowanie

- Przeciwnicy, nawet ci z najwyższej półki, biegają i rzucają tak jak my – podkreśla Mateusz Kroczek, skrzydłowy Czuwaju Przemyśl.

PIŁKA RĘCZNA. SUPERLIGA. Mateusz Kroczek o nowych wyzwaniach, łączeniu nauki ze sportem i relacjach z tatą – trenerem.

Awans Czuwaju Przemyśl do SuperLigi piłkarzy ręcznych zadziwił niejednego eksperta. Zespół na który nikt nie stawiał, zostawił w tyle dużo bogatszych i przynajmniej na papierze – silniejszych. Jednym z autorów niespodziewanego sukcesu był 22-letni skrzydłowy, autor 105 bramek. – Prawdziwa “zabawa” dopiero się zacznie – mówi MATEUSZ KROCZEK.

- Dociera do pana, że już niedługo stanie w szranki z Krzysztofem Lijewskim, Ivanem Čupićem i innymi gwiazdami szczypiorniaka?
- Jeszcze tego nie czuję, choć po turnieju w Dzierżoniowie przyszła myśl, że to już nie przelewki. Telewizja, kamery, zdecydowanie wyższy poziom rywali. Wszystko to powoduje lekkie drżenie kolan, ale tylko chwilowo. Kiedy wychodzimy z kolegami na boisko, stres mija raczej szybko. Przecież nasi przeciwnicy, nawet ci z najwyższej, światowej półki, też są ludźmi – biegają i rzucają jak my.

- Przedsezonowe sparingi to jednak niemal same porażki. Nie martwi to pana?
- Owszem, nie wygrywamy, ale też nie dostajemy “batów”. Gdybyśmy przegrywali różnicą 10, czy 20 bramek, byłyby spore powody do obaw. Z każdym meczem nasza gra wygląda lepiej, co pokazało m.in. spotkanie z Tauron Stalą Mielec. Długo graliśmy jak równy z równym, a to przecież brązowy medalista mistrzostw Polski.

- Sparingi to jedno, liga drugie. O utrzymanie będzie ciężko.
- Każdy mecz będzie dla nas jak mała wojna. Poza Vive Kielce i Wisłą Płock możemy “ugryźć” każdego. Nie ma ludzi niepokonanych.

- Awans sportowy przyniósł ze sobą zmianę w treningach?
- Jest ich więcej i są bardziej intensywne. Zagramy przecież w SuperLidze, więc takie podejście do tematu nie może dziwić. Cały klub stara się powoli wejść na ten profesjonalny pułap piłki ręcznej. Wszystko podporządkowujemy rozwojowi. Również zaplecze związane z odpowiednimi odżywkami i suplementami zostało poprawione.

- Zarobki też poszły w górę?
- Walczyliśmy w ubiegłym sezonie nie o pełną kieszeń, a o awans do ekstraklasy i spełnienie sportowych marzeń. Finanse to drugorzędna sprawa. Mam nadzieję, że z naszym klubem będzie podobnie jak z Tauron Stalą Mielec lub Azotami Puławy, a nie jak z zespołem Juranda Ciechanów. Nie chcemy podzielić jego losu. Może znajdzie się sponsor, który tytularnie i finansowo wesprze drużynę. Na tyle, że z gry w piłkę ręczną będziemy mogli się bez problemu samodzielnie utrzymać. Ja jestem jeszcze studentem, więc mam trochę inną sytuację.

- Studia i treningi nie kolidują ze sobą?
- Nie ukrywam, że bardzo ciężko to wszystko pogodzić, tym bardziej, że uczę się na dwóch kierunkach – wychowanie fizyczne w Kolegium Nauczycielskim i europeistyka w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu. Kiedy mamy dwa treningi dziennie, a do tego dochodzi nauka, marzy mi się leżakowanie. Taki powrót do przedszkola i słodkiego nicnierobienia (śmiech).

- Odczuwa pan już jakąś popularność w Przemyślu?
- Zdarzyło mi się, że podchodzili do mnie ludzie, których nie znałem, ale były to jednostkowe przypadki. Nie czuję żadnej popularności, zresztą nie zrobiłem jeszcze nic wielkiego. Jesteśmy kopciuszkiem w SuperLidze, a żeby być rozpoznawalnym trzeba na to zasłużyć. Może po meczu z Vive coś się zmieni? (śmiech).

- Na co dzień pana szkoleniowcem w klubie jest tato. Ciężko być synem trenera?
- Ma to swoje plusy i minusy. Kiedy wychodzę gdzieś z kolegami automatycznie milkną pewne tematy. Z drugiej strony nigdy nie spóźniam się na trening, a jakby miało mnie nie być to dostaję dziwne telefony (śmiech).

- Po powrocie do domu sport odchodzi na dalsze miejsce?
- Nigdy w życiu. Tak się chyba nie da – przynajmniej w naszym przypadku. Piłka ręczna i sport towarzyszą nam praktycznie przez całą dobę.

Rozmawiał Tomasz Czarnota

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.