Matka jednak weszła do płonącego domu i próbowała ratować dzieci

W momencie, gdy wybuchł pożar, matka dzieci znajdowała się poza domem, zaś ojciec maluchów mieszka i pracuje we Włoszech. Fot. Wioletta Zuzak

NOWY ŻMIGRÓD, POW. JASIELSKI. Śledztwo trwa. Prowadzi je Prokuratura Rejonowa w Jaśle.

Coraz więcej wiadomo o potwornej tragedii, która wydarzyła się w Nowym Żmigrodzie. Maluchy – Emi (3 l.) oraz Matias (10 miesięcy) – zginęły w pożarze starego drewnianego domu jednorodzinnego mieszczącego się przy ul. Młynarskiej. Zdaniem strażaków, na uratowanie maluchów było już niestety za późno. W miniony poniedziałek, 8 kwietnia, matka dzieci, Sylwia M. (31 l.), została przesłuchana. Jej zeznania rzucają nowe światło na całą sprawę.

Przypomnijmy, że do tragicznego zdarzenia doszło w środowy (27 marca) mroźny poranek. Wówczas Sylwia M. wyszła z domu, zostawiając śpiące dzieci bez opieki. Strażacy o pożarze zostali powiadomieni o godz. 7.48. Gdy przybyli na miejsce, cały budynek płonął jak pochodnia. Ogień wydobywał się z okien i drzwi domu, uniemożliwiając ratownikom wejście do środka. Strażacy po stłumieniu ognia przeszukali pogorzelisko. Zwłoki dzieci zostały znalezione w pokoju; leżały na podłodze. 31-latka trafiła do szpitala, została objęta opieką psychologiczną. M. samotnie wychowywała synka i córeczkę. Ojciec tragicznie zmarłych dzieciaków mieszka i pracuje we Włoszech. Została przeprowadzona sekcja zwłok Emi i Matiasa. – Przyczyną śmierci dzieci były rozległe poparzenia i zaczadzenie – wyjaśniał prokurator rejonowy w Jaśle Jan Dziuban. 3 bm. odbył się pogrzeb maluchów.

Usiłowała wyciągnąć dzieci z łóżek
Wszyscy dotąd zastanawiali się, gdzie M. tego dnia się udała; jedni mówili nam, że poszła na zakupy, inni, że po wodę, jeszcze inni, że po drewno. Dopiero przedwczoraj (8 bm.) udało się przesłuchać 31-latkę (wcześniej nie pozwalał na to jej stan). Co zeznała matka tragicznie zmarłych dzieci? – Została potwierdzona jedna z wersji dotąd branych pod uwagę. Otóż Sylwia M. powiedziała, że wówczas poszła po drewno na opał, a gdy wróciła zauważyła, że dom płonie. Weszła do środka – udała się do pokoju, gdzie spały jej dzieci i próbowała je wyciągnąć z łóżek, jednak nie dała rady, gdyż, jak zeznała, w pomieszczeniu było ogromne zadymienie. Wyszła więc z płonącego budynku, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Chciała na powrót wejść do środka, lecz ogień wydobywający się przez drzwi i okna uniemożliwił jej to – informuje Kazimierz Łaba, zastępca prokuratora rejonowego w Jaśle.

Przyczyna pożaru wciąż nieznana
Czy M. zostaną postawione jakieś zarzuty? – Na razie trudno powiedzieć. Wciąż nie znamy przyczyny pożaru. Opinia biegłego do sprawa pożarnictwa powinna być znana za ok. dwa tygodnie – wyjaśnia z-ca prok. – Najprawdopodobniej do wybuchu pożaru doszło nie w kuchni, lecz w pokoju, gdzie spały dzieci. Niewykluczone, że pożar nastąpił wskutek zwarcia instalacji elektrycznej. Jak zeznała M., w pokoju znajdował się telewizor podłączony do sieci i były kłopoty z jego odbiorem. Opinia biegłego rozwieje wszelkie wątpliwości – mówi. Dodaje przy tym, że jak dotąd przesłuchano ok. 12 osób, w tym świadków zdarzenia i sąsiadów. – Postępowanie wyjaśniające trwa – dodaje.

M. nie zamieszkała w lokalu zastępczym
- Dla Sylwii M. przygotowaliśmy lokal zastępczy, do którego będzie się mogła wprowadzić w każdej chwili, o ile będzie chciała – informował Krzysztof Augustyn (59 l.), wójt gminy Nowy Żmigród. Jak się dowiedzieliśmy, Sylwia M. mieszka aktualnie ze swoją mamą. – Pomogliśmy pani Sylwii w załatwianiu formalności związanych z pogrzebem jej dzieci. Cały czas staramy się jej pomagać na tyle, na ile możemy. W grę wchodzi także wsparcie finansowe. Nasz pracownik na bieżąco kontaktuje się z 31-latką – mówiła nam we wtorek Halina Pietruś, kierownik GOPS-u w Nowym Żmigrodzie.

Wioletta Zuzak

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.