Matka zgubiła dziecko! Znalazła je nasza dziennikarka.

- Dziecka kilkadziesiąt minut nikt nie szukał! Chodziło samo po przemyskim Rynku, wchodziło do ogródków. Kiedy okazało się, że jest bez opieki "przygarnęła" je pani z kiosku. Chłopiec był spragniony i głodny.

PRZEMYŚL. Małe dziecko błąkało się po przemyskim Rynku. Matka była opodal, ale „umknęło” to jej uwadze. Dopiero po interwencji naszej dziennikarki, zaczęły się poszukiwania jego opiekunki.

- Jak te matki dzieci traktują? – z kawiarnianego ogródka w centrum przemyskiego Rynku dobiegł naszą dziennikarkę strzęp rozmowy dwóch pań w średnim wieku. – Wlokła to dziecko po prostu po kamieniach, bo coś tam dokazywało. To oburzające! Takie małe dzieciątko – mówiły między sobą rozmówczynie. Wkrótce miało okazać się, ze „wleczenie po kamieniach”, a raczej po tzw. kocich łbach, którymi wybrukowany jest przemyski Rynek, to lżejszy kaliber „odpowiedniego” traktowania malucha przez matkę.
Upalne poniedziałkowe (11 lipca) wczesne popołudnie. Po przemyskim Rynku kreci się sporo spacerowiczów, także rodziców z mniejszymi i większymi dziećmi. Ludzie chętnie zaglądają do kawiarnianych i restauracyjnych ogródków na Rynku. Wśród stolików w jednym z nich chodzi chłopczyk, mniej więcej dwu, może trzyletni. Uśmiecha się do ludzi, a oni do niego. Zarówno obsługa, jak i goście lokalu są przekonani, że dziecko jest pod czujnym okiem rodziców, że są oni po prostu gośćmi restauracji. Kiedy maluch przewraca się nagle i zaczyna płakać, są chętni, żeby go podnieść, ale dziwi, że nie reagują rodzice, czy opiekunowie.

Przepraszam, czyje to dziecko?
Całą scenę widzi nasza dziennikarka, też jest pewna, że dziecko jest pod opieką kogoś z restauracyjnych klientów. – Przepraszam, czy je jest to dziecko? – pyta. Nikt się jednak nie przyznaje do malucha. – Nie wiemy – odpowiadają klienci zdumieni tym, że tak małe dziecko jest pozostawione bez opieki. Płaczące, zgrzane do granic wytrzymałości mimo czapeczki na głowie, a jak się potem okazuje także spragnione i głodne dzieciątko, bierze pod chwilową opiekę pracująca tuż obok kioskarka. Chłopczyk jest przestraszony, nie chce powiedzieć, jak się nazywa, ale łagodny głos i ciepła dłoń kobiety, która sama jest matką sprawia, że uspokaja się i zaczyna bawić bączkiem, jedną z zabawek dostępnych w kiosku. Tymczasem nasza dziennikarka zgłasza sprawę urzędującemu w magistracie strażnikowi miejskiemu. Ten idzie sprawdzić, jak się sprawy mają. Zastaje chłopca w kiosku, gdzie już go napojono, a przemiłe młode dziewczyny z restauracji przyniosły mu bułkę z szynką, bo mówił, że  chce pić i jest głodny. Chłopczyk wie, jak ma na imię, ale nic więcej: ani nazwiska, ani adresu. Strażnik miejski wzywa policję.

Ani „dziękuję”, ani cienia refleksji
Wtem znajdująca się całkiem niedaleko kobieta z wózkiem, która wcześniej zajęta była ożywioną rozmowa z koleżanką, zaczyna się niepewnie rozglądać. Czyżby „coś” zgubiła? A jakże! Najprawdopodobniej słyszy rozmowę strażnika z policją „o dziecku” i …idzie za nim do magistratu. – To ta kobieta, która wcześniej wlokła małe dziecko po kamieniach na Rynku – mówią zgodnie dwie klientki restauracji. Kobieta dłuższą chwilę nie wychodzi z magistratu, potem pojawia się w kiosku w towarzystwie strażnika miejskiego. – To jest twoja mama? – pyta chłopca strażnik. – O mama! – maluch uśmiecha się i ściąga z półki jedną z zabawek, ale zaraz uśmiech mu rzednie. Mama jest bowiem zła! – Nic ci nie kupię -  mówi podniesionym głosem do dziecka. – Za to, że mi uciekłeś! – dodaje. Odchodzi ze strażnikiem miejskim. O jakimkolwiek „dziękuję” dla pań, które nakarmiły, napoiły i zaopiekowały się jej synkiem, można zapomnieć. Na twarzy kobiety widać raczej złość: po co się wtrącały? Jak się dowiedzieliśmy policja pojawiła się na miejscu i rozmawiała z matką, finału tej rozmowy nie znamy, ale wiemy, ze może ona liczyć teraz na częstsze „odwiedziny” dzielnicowego

Monika Kamińska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.