Mąż zabrał jej córkę. Nie widziała jej prawie… 11 lat

Pani Ewa, babcia 14 letniej dziś wnuczki oraz pani Monika nie widziały Ingrid od wielu lat. Nie wiedzą nawet czy dziecko żyje. Fot. Autor

RZESZÓW. Ta sprawa brzmi jak koszmar, ale dzieje się naprawdę…

Historia Pani Moniki brzmi nieprawdopodobnie, ale jest jak najbardziej prawdziwa. Poszukiwany listem gończym mąż doprowadził ją do ciężkiej depresji i szpitala psychiatrycznego. Zabrał córkę i wyjechał nie wiadomo dokąd. Pani Monika ostatni raz widziała małą córeczkę Ingrid w… 2001 roku. Sąd Rejonowy – Sąd Rodzinny w Rzeszowie uznał, że miejsce córki jest przy matce. Ale zarówno policjanci, prokuratura jak i ten sam sąd tyle, że inny wydział uznały, że… ojciec mógł zabrać 3,5 roczną dziewczynkę co w praktyce oznaczało, że przez blisko 11 lat matka nie wiedziała się z własnym dzieckiem. – Ja tylko chce wiedzieć czy żyje i choćby chwilę z nią porozmawiać – mówi załamana kobieta.

Niedawno jako jedyne media publikowaliśmy na łamach Super Nowości list gończy za mężem pani Moniki. Rzeszowscy kryminalni szukają go, bo ma do odbycia karę kilku miesięcy pozbawienia wolności. Gdy Pani Monika razem ze swoją mamą Ewą zobaczyły komunikat skontaktowały się z naszą redakcją i opowiedziały wręcz niewiarygodną historię.

Zmienił się w potwora
Cofnijmy się do 1998 roku. Młoda pełna życia Monika urodziła w kwietniu córeczkę Ingrid i razem z ojcem dziewczynki Markiem (imię na prośbę rodziny zmienione) wychowywali ją ciesząc się życiem. Mieszkali wówczas na rzeszowskim osiedlu Pobitno. – Wszystko było w porządku, a w 2001 roku wzięliśmy ślub i wtedy zaczęło się moje piekło. Miałam mieszkanie, które postanowiliśmy sprzedać. Pieniądze czyli 150 tys. zł dałam na przechowanie mężowi. Do dzisiaj ich nie zobaczyłam – mówi.
Pani Monika twierdzi, że mąż tuż po sprzedaży mieszkania wziął ją i córkę na siłę pod namioty do Holandii. Zmienił się w potwora. – Przez kilka miesięcy lżył mnie i poniewierał mną, doprowadził do takiego stanu, że dostałam głębokiej depresji. Trafiłam wówczas do szpitala – opowiada kobieta. – Gdy wróciłam do domu było jeszcze gorzej, bo zamykał mnie na klucz w domu i więził. Pewnego razu uwolnił mnie mój tata i wreszcie uciekłam od męża – dodaje.

Nie było czynu zabronionego?
Pani Monika ostatni raz widziała małą Ingrid jesienią 2001 roku. – Córka ze względu na chorobę nie mogła przez kilka miesięcy opiekować się swoim dzieckiem i wówczas opiekował się nim Marek. Później jednak wyjechał z Ingrid i nic nie powiedział Monice. Podobno do Szczecina i przez blisko dwa lata pracował na statku jako kucharz – mówi pani Ewa, babcia Ingrid.

Co ciekawe lekarz, który leczył panią Monikę uznał nie tylko, że córka powinna być z matką, ale wręcz stwierdził, że kontakt z Ingrid pomoże jej wyjść z choroby.
Od 2003 roku pani Monika próbowała zainteresować organy ścigania uprowadzeniem swojej ukochanej córki przez męża. Rzeszowscy policjanci nie widzieli jednak w jego działaniu czynu zabronionego. Podobnie rozumowała Prokuratura Rejonowa w Rzeszowie. Na początku 2005 roku na prośbę Sądu Rejonowego z Rzeszowa Straż Graniczna ustaliła, że ojciec Ingrid wyjechał z nią za granicę przekraczając przejście graniczne w Barwinku 18 kwietnia 2003 roku. Ten sam sąd kilka miesięcy później wydał postanowienie, które mówiło jasno, że dziewczynka ma być przy matce. Policjanci, którzy badali sprawę uznali, że co prawda sąd wydał decyzję, ale ojciec dziecka nie jest pozbawiony praw rodzicielskich i być może nie wie o postanowieniu sądu. – Doskonale wiedział, bo mówiłam mu to przez telefon, a poza tym po niekorzystnym wyroku wynajął w tej sprawie panią adwokat z Rzeszowa. To fakty potwierdzone urzędowo – twierdzi pani Monika.

Funkcjonariusze oraz prokurator odmówili jednak wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. – Ostatni raz mąż dzwonił do mnie z Chicago w grudniu 2005 roku. Błagałam go, żeby dał do telefonu córkę, ale tego nie zrobił. Powiedział, że jak zaangażuje do poszukiwań policjantów, to nie zobaczę jej przez 20 lat – opowiada pani Monika.

Wszędzie pod górkę
Kobieta odwoływała się od decyzji o umorzeniu, ale Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie nie przychyliła się do zażalenia. Sprawę miał rozpatrzyć Sąd Rejonowy w Rzeszowie tyle, że nie rodzinny, a X Wydział Grodzki, który w 2007 roku uznał to samo co policja i prokuratura, czyli, że nie było mowy o przestępstwie.

Jednoczesną sprawę o przywłaszczenie przez jej męża 150 tys. zł pochodzących ze sprzedaży mieszkania prokurator z rejonówki także umorzył. Policjanci i prokurator uznali pod koniec 2006 roku za… niemożliwe sprawdzenie czy pieniądze nadal są na koncie męża pani Moniki. W banku kobieta dowiedziała się jednak, że według prawa bankowego śledczy mogli się do nich zgłosić w tej sprawie. – Wytłumaczono nam, że bank ma obowiązek udzielenia im takich informacji – dodaje pani Ewa. Po zażaleniu pani Moniki ta sama rzeszowska prokuratura uznała, że należy jednak wznowić śledztwo, ale po krótkim czasie je zawieszono. Dlaczego? Ponieważ nie można było ustalić gdzie podziewa się mąż pani Moniki. – Ostatni raz umorzono tę sprawę w 2011 roku – twierdzi pani Ewa.

Pani Monika próbowała również rozwieść się ze swoim mężem, ale sąd stwierdził, że… nie ma podstaw, do tego, żeby rozwiązać ten związek pomimo tego, że jej mąż zapadł się pod ziemie i nie dawał żadnych znaków życia, a wcześniej według słów kobiety doprowadził ją do głębokiej depresji.

Gdzie jest córka?
Mijały kolejne lata i nic. – Szukałam córkę na własną rękę przez portal społecznościowy i znalazłam dwie dziewczyny o takim samym imieniu i nazwisku. Jedna z Tarnowa, druga z Holandii, ale nie wiem czy to one, bo przez lata dziecko się zmieniło i w nich nie rozpoznałam mojej córeczki – mówi.

- Próbowałyśmy zainteresować tą sprawą prawnika, który udzielał porad za darmo. Jak zobaczył o co chodzi nie pomógł nam – dodaje babcia Ewa.
Kobiety twierdzą, że Marek z Ingrid może być w Chicago u swojej matki albo u rodziny w Norwegii, Danii lub Holandii. Ale to tylko przypuszczenia. – Jak dowiedziałyśmy się, że jest poszukiwany listem gończym, to od razu zgłosiłyśmy się na policję i do waszej gazety. Być może to coś nam pomoże, bo czujemy się kompletnie bezsilne. Córka nie widziała Ingrid prawie 11 lat i nikt, ale to nikt nie chce nam pomóc, a nie stać nas na prawników – mówi babcia.

Pani Monika mówi, że nawet nie wie czy córka żyje. – Kiedyś mój mąż powiedział, że jak mu zabraknie pieniędzy, to sprzeda córkę, bo taka ładna – mówi pani Monika.

Dodaje, że nie chodzi jej nawet o to, żeby córka z nią mieszkała, bo wie, że po tylu latach to dla Ingrid mogłaby być trauma. Zdaje sobie również sprawę z tego, że jest już dla niej praktycznie obcą osobą. – Pragnę jednak ze wszystkich sił po tych wszystkich latach ją zobaczyć i choćby chwilę porozmawiać. Nic więcej – mówi załamana.

***
Rozumiem, że ojciec nie ma odebranych praw rodzicielskich, ale jeśli sąd wydaje postanowienie o tym, że dziecko ma być przy matce, to tak ma być – tak przynajmniej mnie się wydawało. Wychodzi jednak na to, że postanowienia sądu można brzydko mówiąc olać i metodą spychologii pozbyć się niewygodnego problemu. Problem pani Moniki polega głównie na tym, że nie ma pieniędzy i nie stać ją na adwokatów, a więc jest bez szans w zderzeniu z prawniczą machiną. Jedyne światełko w tunelu to fakt, że jej mąż ma trafić do więzienia i szukają go kryminalni. Jeśli znajdzie się, to być może odnajdzie się także Ingrid. Apeluje także do prawników, którzy mogliby bezinteresownie zająć się tą bulwersującą sprawą i pomóc pani Monice.

Grzegorz Anton

do “Mąż zabrał jej córkę. Nie widziała jej prawie… 11 lat”

  1. edward

    A jak go zamkna to dziecko musi wrocic do matki.

  2. robol ze wsi

    Ja tez bym jej zabral dziecko o ile bym sie wogole zdecydowal je miec z taka kobieta.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.