Milioner bankrut znowu przed sądem

Biznesmen zatrudniał w latach 90. ub. wieku około 400 pracowników i miał jedną z największych firm w północnej części Podkarpacia.

TARNOBRZEG. Miesiącami nie płacił wynagrodzeń, a nawet zmuszał pracowników do żyrowania mu kredytu.

Przed Sądem Rejonowym w Tarnobrzegu znów stanął Jerzy B. Były prezes jednego z największych przedsiębiorstw w regionie. Gdy w 1998 roku jego firma stanęła na skraju bankructwa uciekł za granicę i przez blisko 13 lat ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości i wierzycielami.

Sąd przesłuchał wczoraj dwie osoby, byłą księgową i byłą sekretarkę Jerzego B. Obie kobiety nie kryły, że był bardzo wymagającym, pedantycznym szefem, który ich zdaniem dbał o interesy firmy do czasu, gdy stanęła ona na skraju bankructwa.

- Byłam wtedy młodą dziewczyną, można powiedzieć, że czułam duży respekt przed prezesem – mówiła Jolanta N., była księgowa. – Gdy do firmy dzwonili wierzyciele, próbowałam ich uspokajać, że wszystkie zaległości zostaną uregulowane. Z czasem jednak takich monitów było tak dużo, że byłam już zmęczona tą sytuacją i postanowiłam odejść z firmy. Decyzja o rzuceniu pracy u Jerzego B. była dla młodej księgowej o tyle łatwa, że od kilku miesięcy nie wypłacał jej wynagrodzenia. – Od połowy 1998 roku prawie nikt nie dostawał wynagrodzeń – przyznała kobieta.

Weźcie dowody i chodźcie
Była księgowa przyznała także, że została zmuszona przez Jerzego B. do podżyrowania mu kredytu. – Szef wszedł do nas, kazał przygotować dowody osobiste i zawiózł nas do banku w celu poręczenia kredytu. Nie odmówiłam, bo się bałam, a poza tym potraktowałam to jak polecenie służbowe. Tarnobrzeżanka przyznała, że komornik ściągnął sobie później tę należność z jej konta, bo Jerzy B. kredytu nie spłacił.

Jerzy B. przyznał, że miesięcznie na pobory wydawał około 1 mln zł. Gdy, interesy firmy szły dobrze, nie było z wypłatą poborów żadnych problemów. Sytuacja zmieniła się w 1998 roku. Najpierw zaczęło się od wypłacania poborów na raty, a potem z kasy firmy nie szły już żadne pieniądze na konta pracowników.

Firma upadała, a on kupował mercedesy
O złą sytuację w firmie sąd zapytał też byłą sekretarkę Jerzego B. – Dlaczego, skoro sytuacja firmy była taka zła, szef zdecydował się nagle na zakup kilku luksusowych samochodów. Czy to państwa nie dziwiło? – pytał sędzia. – Faktycznie, z mojego punktu widzenia, było to dziwne, z drugiej jednak strony cieszyliśmy się, bo wydawało nam się, że mimo przejściowych kłopotów prestiż firmy wzrasta. Ja wierzyłam, że firma się utrzyma. Nie miałam wiedzy na temat kredytów zaciąganych przez szefa, nie wiedziałam, że w firmie dzieje się aż tak źle.

Splot złych decyzji i kryzysu
Podczas wczorajszej rozprawy sąd próbował ustalić, jakie były powody upadku firmy Jerzego B. Byłe pracownice stwierdziły, że ich zdaniem mogło się na to złożyć kilka spraw. Pierwsza to spadek cen prosiąt, którymi handlował Jerzy B., a także nietrafione inwestycje. Zakup fermy pod Warszawą i zakup obiektu administracyjnego w Tarnobrzegu za kwotę 3,5 mln zł. Główna księgowa, która przez wiele lat pracowała dla Jerzego B. nie stawiła się przed sądem. Nie jest znane miejsce jej pobytu, prawdopodobnie przebywa za granicą.

Tarnobrzeska Prokuratura Rejonowa zarzuca Jerzemu B. trzynaście czynów karalnych. Są wśród nich wyłudzenia kredytów bankowych oraz wyłudzenia towarów o łącznej kwocie około 600 tysięcy złotych. 59-latek od lutego br. przebywa w areszcie. Twierdzi, że nie ma żadnego majątku.

Małgorzata Rokoszewska 

do “Milioner bankrut znowu przed sądem”

  1. Ania

    tak nikt nic nie wiedzial bardzo smieszne wszyscy wyciagali z tej firmy co mogli, a sekretarka wiedziala duzo wiecej jak inni, a ksiegowa tez

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.