Misjonarz w sercu Ameryki Środkowej

Fot. Archiwum - ks. Józef Gwóźdź
Fot. Archiwum – ks. Józef Gwóźdź

O tym, jak funkcjonariusz bieszczadzkiej Straży Granicznej porzucił ją, by wyjechać na drugi koniec świata jako…

Wyobraźmy sobie upał tropiku, wilgotne powietrze, gąszcz dżungli i kilka godzin jazdy konno, by przemierzyć błotniste tereny i dotrzeć do najdalej oddalonych od jakiejkolwiek cywilizacji wiosek. A teraz dodajmy do tej scenerii księdza – werbiści docierają naprawdę na sam koniec świata. – Jesteśmy w przeróżnych, czasem niebezpiecznych, miejscach: na froncie, terenach przygranicznych, tam gdzie Kościół dopiero się kształtuje – mówi pochodzący z Jagiełły, ks. Józef Gwóźdź, który był na misjach w Nikaragui, Kostaryce oraz Panamie.

Od zawsze pragnął zostać kapłanem. Mimo że w sercu czuł jedno, wybrał coś zupełnie innego. – Poszedłem w przeciwnym kierunku – trochę jak Jonasz. Pan Bóg kazał mu iść do Niniwy, a on popłynął w drugą stronę. No i ja „popłynąłem” do straży granicznej – wspomina. Pracował w Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej. – Bardzo lubię wojsko. Zawsze mnie fascynowało – podkreśla. Choć wtedy jeszcze tego nie wiedział, to…

bieszczadzkie przeszkolenie bardzo mu się przydało w dżungli
Myśl o służbie dla Boga zakiełkowała w jego sercu już w dzieciństwie. Swoje plany zdradził nawet koledze w 2 lub 3 klasie szkoły podstawowej. – On był pierwszym, któremu w wielkiej tajemnicy powiedziałem, że kiedyś będę księdzem – zaznacza misjonarz. Został ministrantem i zawsze był blisko ołtarza. Gdy jednak zdał maturę i przyszedł czas podjęcia decyzji, stwierdził, że to jeszcze za wcześnie. Głos Boga był jednak coraz silniejszy i już po 18 miesiącach służby w straży granicznej podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium. – Chciałem zostać misjonarzem. Zupełnie przypadkowo spotkałem kolegę, który był na misjach w Rwandzie. Dał mi adres do zgromadzenia werbistów w Pieniężnie. W życiu nie widziałem werbisty, ale napisałem do nich – wspomina ze śmiechem. Charyzmatem tego zgromadzenia są misje. Zakonnicy pracują w 80 krajach na całym świecie. Często tam, gdzie kościół dopiero zaczyna się formować.

- Przez te wszystkie lata nigdy nic złego mnie nie spotkało na misjach, a byłem w różnych skrajnie ekstremalnych miejscach - i w dżungli, i w slumsach czy wśród Indian - mówi misjonarz.
– Przez te wszystkie lata nigdy nic złego mnie nie spotkało na misjach, a byłem w różnych skrajnie ekstremalnych miejscach – i w dżungli, i w slumsach czy wśród Indian – mówi misjonarz.

Po seminarium werbista wyjechał na rok do Meksyku. Tam studiował. Nauczył się języka hiszpańskiego i kultury latynoamerykańskiej. Pod prowincję Meksyku podlegała Nikaragua i Kuba. Chciał pojechać do najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących, wiec już na samym początku poprosił o Nikaraguę. I tak na cztery lata trafił do małej wioski Los Chiles, niedaleko granicy z Kostaryką. Nie było łatwo. – To były piękne, ale też trudne czasu. Człowiek zostaje sam na końcu świata i sam musi się zmierzyć z problemami. Było mi wtedy najtrudniej i najbliżej do Pana Boga – wyznaje misjonarz. Co było najtrudniejsze? – Samotność. Ci ludzie są z innej kultury. Z czasem wchodzisz w tę kulturę, ale zaczyna ci brakować tej, w której wyrosłeś – polskiej. Tym bardziej że Internet czy telefon był niedostępny, więc jedyną możliwością kontaktu nadal była tradycyjna korespondencja. – Przez 7 – 8 miesięcy moja mama w ogóle nie wiedziała, co się ze mną dzieje, bo list szedł 3 miesiące – mówi ks. Józef. Był odseparowany od cywilizacji. Do stolicy jechało się raz na 3 miesiące. To była długa i mozolna wyprawa, ze względu na bardzo złe drogi. – Czasem ludzie kupują sobie samochody terenowe, żeby pojeździć sobie po ekstremalnych drogach – mówi ks. Józef. – Nawet sobie nie wyobrażają, z czym ludzie w Nikaragui muszą się mierzyć – dodaje ze śmiechem.

Dołączył do o. Cornelio Doogana, Iralndczyka, który całe życie poświęcił biednym. – W Nikaragui, tak naprawdę zbudował parafię od zera – podkreśla misjonarz. W czasie wojny domowej w te niedostępne tereny uciekło bardzo dużo ludzi. Chcieli przetrwać, więc tam się osiedlili. Z dala od cywilizacji. Duchowni byli pierwszymi misjonarzami, którzy do tych ludzi dojechali. Nie tylko ewangelizowali. Budowali mosty, drogi, szkoły. Parafia liczyła ponad 50 wiosek – rozsianych po rozległym terenie, oddzielonych górami i dżunglą. Żeby tam dotrzeć, musieli jechać kilka godzin konno. W dżungli, gdzie drogi przypominały błotniste rzeki to nie lada wyzwanie. Docierali do wioski brudni i wyczerpani. Zawsze jednak byli wyczekiwanymi gośćmi, witanymi z ogromną serdecznością.

Być może to sprawiło, że po święceniach nie zapomniał o Nikaragui. – Mogliśmy wybrać sobie 3 kraje z 80. Napisałem Amerykę Środkową i wróciłem w to samo miejsce – mówi. Dwa lata później został proboszczem w Palacaguinie, po drugiej stronie Nikaragui, blisko Hondurasu. To rozwinięty region z dużą parafią o bogatej tradycji. Tak jak poprzednio, misjonarz został bardzo ciepło przyjęty przez parafian, których do dziś darzy ogromnym sentymentem.

Jako motto swojego powołania kapłańskiego ks. Józef wybrał słowa Psalmu 37: „Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu: On sam będzie działał”.
Jako motto swojego powołania kapłańskiego ks. Józef wybrał słowa Psalmu 37: „Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu: On sam będzie działał”.

„Nie będę bawił się w profesora, kiedy nie ma księdza”
Po kilku latach opuścił ukochaną Nikaraguę, by spełnić swoje marzenie i studiować duchowość na papieskim uniwersytecie gregoriańskim w Rzymie. – Miałem taki plan, że zajmę się wykładami, kierownictwem duchowym, spowiedziami, czy rekolekcjami. Gdy wróciłem do Ameryki Środkowej, jeden z biskupów bardzo odległej prowincji w Panamie potrzebował księdza. Wcześniej byli tam Hiszpanie, ale z powodu sędziwego wieku, powiedzieli, że nie dadzą rady i zrezygnowali. Biskup prosił 6 zgromadzeń zakonnych, neokatechumenat i nikt nie chciał mu pomóc. Wszyscy mówili, że, to nie ich charyzmat, albo że nie mają ludzi. – Pomyślałem sobie, że jestem przede wszystkim misjonarzem i nie będę  się bawił w profesora, kiedy nie ma księdza – wyznaje misjonarz. Poszedł do prowincjała zaproponować, że pojedzie. Ten odparł: „Idź do kaplicy, pomódl się i podejmij decyzję. Nie wysyłam cię tam, ale też nie zabraniam”. Po modlitwie już wiedział, co zrobi. – Nie widziałem w życiu tego biskupa ani nie wiedziałem, gdzie to jest. Wiedziałem tylko, że nie ma tam księdza. Pojechałem – wspomina.

Biskup go odebrał, zawiózł na archipelag Bocas del Toro i tam zostawił…
Bocas del Toro to miejsce kontrastów. Z jednej strony to jest najbardziej turystyczny region w tym kraju. Z mnóstwem hoteli czy restauracji otoczonych przepiękną przyrodą. – A zaraz obok tego wszystkiego w wioskach żyją Indianie Ngobe-Bugle – w 70 proc. nieochrzczeni. Ciągle mają inny styl życia, swoje prawo, władzę. Wielu z nich nadal nie zna hiszpańskiego – informuje misjonarz. Żyją zgodnie z od wieków ustalonymi zasadami. Starają się też zachowywać własną tożsamość, kulturę. Jak odnoszą się do księży? – Bardzo szanują, Kościół, bo zawsze im pomagał i ich bronił. Jeśli pojawiają się konflikty między rządem a Indianami, biskup jest mediatorem. Nie indoktrynujemy Indian, nie nawracamy na siłę. Po prostu żyjemy obok siebie i oni wiedzą, że możemy im pomóc, dlatego są bardzo wdzięczni i serdeczni – tłumaczy ks. Józef.

Latynosi generalnie mają inny temperament. Są bardziej żywiołowi, emocjonalni. – Nie wszystko biorą na rozum, bardziej na serce. Nie przejmują się, nie planują. Gdy trzeba coś zrobić, nie mają niczego zorganizowanego, ale powtarzają: „Padre tranquilo, no te preocupes, co znaczy Ojcze, spokojnie, nie przejmuj się”. Zbiorą się w ostatniej chwili, ale zrobią to dobrze – mówi misjonarz. Spontaniczność i radość to coś czego warto się od nich uczyć. W Panamie wszystkie spotkania są radosne, nawet w kościele. – Podczas modlitwy muszą poklaskać, poruszać się. Jak już śpiewają, to całym sobą. Gdy w kościele jest „Chwała na wysokości Bogu”, to naprawdę widać, że chwalą sercem – zauważa duchowny.

Panama jest niesłychanie zróżnicowana kulturowo. Można tu spotkać Chińczyków, białych, Indian, Afroamerykanów, a co za tym idzie różnego rodzaju wierzenia i tradycje. Indianie mają religię synkretyzmu opartą na chrześcijaństwie i wierzeniach indiańskich.  – Pewna Indianka miała kiedyś sen, że jej się objawiła Matka Boża. Od tamtej pory jest w ich wierzeniach. Modlą się do Matki Bożej, czytają Biblię, a jednocześnie łączą to z własnymi wierzeniami – wyjaśnia misjonarz . Kultury karaibskie nadal wierzą w magiczne moce i czary.  Ludzie boją się, np. że ktoś rzuci na nich urok. – Na mnie też kiedyś rzucali i rozsypali mi coś pod domem – zaznacza ksiądz.

104

Obok katolików, najwięcej jest jednak wyznawców sekt o podłożu protestanckim. Czasem nawet po kilka w jednej miejscowości. – Ktoś przychodzi z Biblią i straszy piekłem. Wybuduje sobie szopę i w ten sposób „zakłada” nowy „kościół”, a siebie nazywa pastorem, choć w ogóle nie ma o tym pojęcia – mówi ks, Józef. Zazwyczaj później członkowie tego zgromadzenia kłócą się i każdy zakładała sobie swój kościół. Z tego powodu tych sekt są już tysiące. Ich celem jest atak na kościół, Matkę Bożą, papieża. Zdarzało się, ze podczas drogi krzyżowej ulicami miasteczka, ustawiali na ulicy kolumny nagłaśniające i zagłuszali nabożeństwo Próbują dzielić ludzi, manipulować nimi. – Wyrywają dużo rzeczy z kontekstu. Mówią np., że chrzest katolików jest nieważny, bo Pan Jezus się ochrzcił w rzece. Ich jest ważny, bo idą do rzeki. Wtedy trzeba ludziom wytłumaczyć jaki był chrzest Jana, Jezusa, jaki jest nasz – wyjaśnia ks. Józef..

„Skoro Panama została wybrana, to pan Bóg nam pomoże”
Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie papież Franciszek ogłosił, że kolejne odbędą się w Panamie. Ta informacja wywołała niemałe zaskoczenie. – Przyjechałem na Światowe Dni Młodzieży do Polski z 20-osobową grupą młodzieży. Nie wiedzieliśmy, że kolejne odbędą się u nas – zaznacza ks. Józef. Jak mówi, pierwszą reakcją była wielka radość. Później jednak przyszedł moment refleksji. Po tym, co zobaczyli w Polsce, padło pytanie: „jak my to zrobimy?”. To tak jakby jedna polska diecezja miała zorganizować całe wydarzenie. – W końcu pojawiła się ufność: „Skoro Panama została wybrana, to pan Bóg nam pomoże” – wspomina misjonarz. – Tłumaczyliśmy, że pielgrzymi to nie turyści. Mają karimaty i powinni mieć dostęp do łazienki. Nie potrzebują luksusów. Najważniejsze żeby mieszkańcy Panamy z nimi byli, podzieli się swoim światem i kulturą – dodaje. Jeszcze w Panamie ks. Józef był organizatorem w diecezjalnym, a także międzydiecezjalnym komitecie ŚDM. Zapewnia, że mieszkańcy bardzo się zaangażowali. Są bardzo dumni i szczęśliwi, a ich zapał z pewnością nie zgaśnie po ŚDM. – To największe wydarzenie w historii tego kraju. Nigdy nie było większego. Pierwszy raz będą mogli zobaczyć kościół katolicki, który do nich przyjedzie. To będzie umocnieniem dla tego młodego, bo 500-letniego kościoła – zauważa duchowny.

A czego powinni się spodziewać sami pielgrzymi? Po pierwsze, nie powinni się bać, że jadą do dzikiego kraju, ponieważ spotkają bardzo serdecznych ludzi. Po drugie, misjonarz uprzedza, że nie znajdą tam wielkich muzeów. – Chciałbym, żeby nie pojechali turystycznie tylko na misje, by dzielić się wiarą. Żeby umieli się zachwycić prostotą. Od Panamczyków mogą nauczyć się ich wiary, sposobu jej przeżywania i spontaniczności. To może być bardzo ubogacające – mówi. I dodaje: – Jestem szczęśliwym misjonarzem. Cieszę się, że tam trafiłem i przeżyłem bardzo piękny czas. Chciałbym, żeby ci, którzy tam pojadą, mieli podobne doświadczenia…

***
Na stronie internetowej misjapanama.pl można przeczytać o doświadczeniach ks. Józefa i bliżej poznać kraje, w których przebywał.

Wioletta Kruk

etnia negra 008_(3) etnia negra3

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o