Na mundialu jak na wojnie

Fot. Paweł Dubiel
Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z Grzegorzem Lato, wybitnym piłkarzem, królem strzelców mundialu 1974, legendą Stali Mielec.

– Jak szybko biegał Pan na setkę, gdy zostawał królem strzelców mistrzostw świata?
– Poniżej 11 sekund.

– Prawie jak najlepsi sprinterzy tamtych czasów.
– Trenerzy lekkiej atletyki w Mielcu namawiali mnie, bym rzucił piłkę i zaczął biegać. Ale nie było takiej opcji, od najmłodszych lat uganiałem się za piłką i szyby na podwórku wybijałem. Piłka była najważniejsza.

– Któryś z zawodników mógł się z Panem ścigać?
– Biegać po prostej, a z piłką, to dwie różne rzeczy. W futbolu liczą się pierwsze metry, tak zwane odejście. Jak pan wtedy ucieknie rywalowi, to już pana nie dogoni. W polskiej lidze nie brakowało szybkich zawodników, żeby wymienić tylko Tadka Nowaka i Roberta Gadochę z Legii czy Marka Kusto z Wisły.

– Pana starszy brat Ryszard też był taki szybki?
– Dawał radę. Jak mi dla żartów przystrzygł włosy na głowie, to goniłem za nim kilometr i go nie dopadłem (śmiech).

– Ponoć talentem Panu nie ustępował, ale zabrakło mu charakteru?
– Brat skończył szkołę, pojechał na wakacje, opuścił jeden trening, drugi, trzeci. Potem było mu wstyd wrócić do klubu. Mama załatwiła mu pracę na WSK i już tam został. Położył lagę na piłkę.

– Szkoda. Byłoby dwóch Latów w reprezentacji…
– Kto wie? Lecz prawda jest taka, że w piłce oprócz talentu trzeba też trafić na bardzo dobrych trenerów. Takich, którzy nauczą grać i myśleć. Ja takich miałem.

– Myśleć na boisku nauczył Pana Władysław Lemieszko, przedwojenny piłkarz i hokeista Pogoni Lwów, znajomy Kazimierza Górskiego?
– Lemieszko przerywał zajęcia, jak tylko czegoś nie rozumieliśmy, i tłumaczył cierpliwie o co mu chodzi. Zmuszał nas do myślenia. Ale nie był jedynym, równie wielkim szacunkiem darzę choćby swojego następnego nauczyciela Konrada Jędrykę. W tamtych czasach w Stali był zwyczaj, że przed seniorami swój mecz rozgrywali juniorzy. Kapitalna sprawa! Graliśmy na świetnej płycie, nie żadnym kartoflisku, przy pełnych trybunach. Tłukliśmy rówieśników, w kadrze województwa grało 8 piłkarzy Stali, ale nie ja. Trener forował kogoś ze swojej rodziny i dla mnie brakowało miejsca. Zresztą w reprezentacji Polski juniorów też byłem pomijany i praktycznie zadebiutowałem dopiero w seniorach. Niewielu przeszło taką drogę.

– Rodzice nie doczekali Pana największych sukcesów. W jakim stopniu interesowali się piłką nożną?
– Ojciec był wielkim kibicem. Piłkarze Stali robili u niego kursy na prawo jazdy. Nieraz brał od któregoś z nich motor i jechał na mecz na Śląsk. Miłość do piłki zaszczepił u mamy. Niebezpiecznie było siedzieć obok niej, jak padła bramka, to prała na lewo i prawo (śmiech). Mama była moim najwierniejszym kibicem. Chodziła na wszystkie mecze w drugiej lidze. Zmarła na raka niemal na Dzień Kobiet, 7 marca 1970 roku. Kilka miesięcy później świętowaliśmy ze Stalą awans do ekstraklasy.

– Pierwszy mundial jaki Pan pamięta?
– Rok 1966, Anglia. Byliśmy na wakacjach u babci w Kieleckiem. Oglądaliśmy mecze w świetlicy koła gospodyń wiejskich. W pamięć wrył się wyczyn Eusebio, który w pojedynkę rozbił Koreańczyków z Północy, choć ci prowadzili w ćwierćfinale już 3-0. Wtedy zamarzyłem, żeby zagrać na takiej imprezie. Marzenia się spełniły, choć dopiero u schyłku kariery, grając w Meksyku, pojąłem różnicę w postrzeganiu piłki przez Latynosów i Europejczyków. W Meksyku przed piłkarzami był tylko prezydent kraju, tam futbol jest religią. Polska to w ogóle inny temat. Zawsze mieliśmy wybitnych zawodników, jednak polityka odcisnęła wielkie piętno. Weźmy Kazimierza Deynę, polskiego Zidane`a. U nas nie był bożyszczem tłumów, nie grał w reklamach, nie zarabiał kokosów. Kaziu? Ach tak, Kaziu jest wspaniały – powtarzano w kółko. I tyle.

– Kto był Leo Messim pańskiego pokolenia?
– Chyba Johan Cruyff. Holender był lepszy od Pelego – miał wszystko: lewa i prawa noga, głowa, podanie, strzał. Poza tym to był wybitny strateg, a Brazylijczyk to raczej egzekutor.

– Podczas pamiętnego turnieju w 1974 roku miał Pan 24 lata i był u szczytu swoich możliwości. W normalnych okolicznościach wyjechałby Pan do Realu albo Bayernu, lecz Polska Ludowa taką szansę odbierała. Bolało?
– Zjawiła się u mnie delegacja, okazało się bowiem, że moja mama, pochodząca z Pomorza, posiada w zachodnich Niemczech liczną rodzinę. Usłyszałem: zostań po mundialu w RFN, później ściągniemy żonę i syna, zaczniecie nowe życie. Nie zgodziłem się i nigdy tego nie żałowałem. Kto wie, czy nazwisko „Lato” znaczyłoby wówczas tak wiele w polskiej piłce… Zresztą, w latach 70. sportowcy w PRL byli krezusami. Wybudowałem dom, samochód miałem, jaki chciałem. Jedno życzenie i otrzymywałem talon na auto. Oczywiście wszystko trzeba było załatwiać, ale mieliśmy możliwości. Często jeździliśmy na Śląsk, gdzie roiło się od świetnie zaopatrzonych delikatesów. Kiełbasa myśliwska, kabanosy – wszystkiego w bród, bo nie na kieszeń przeciętnego Kowalskiego. Wpadałem więc do takiego sklepu, robiłem zakupy dla rodziny i znajomych i wracałem z torbą wędlin do Mielca.

– Pan tu o kabanosach, a ja o transferze do Realu, wielkiej sławie i ogromnych pieniądzach…
– A co mam mówić?! Żyliśmy za żelazną kurtyną, kluby chętnie sprzedawałyby swoje gwiazdy za wielkie pieniądze, lecz na wszystkim łapę kładło ministerstwo sportu. Jak byli u mnie Amerykanie z Cosmosu Nowy Jork, nie mogli pojąć, że nie mogę wyjechać z kraju bez zgody partii. Młodzi nie mają pojęcia, że z Polski nie wolno było wywozić obcej waluty. Szewc pruł więc piłkę, a my pakowaliśmy tam kasę. W taki sposób przemycało się dewizy.

– Pozwalano wyjeżdżać po ukończeniu 30. roku życia. Pan ruszył do niewielkiego Lokeren.
– Zwiedziłem pół świata, byłem na dwóch mundialach i olimpiadach, więc poziom życia w Belgii już tak nie szokował. Lokeren zapłaciło za mnie, starego dziadka, 200 tysięcy dolarów. Kawał gotówki jak na owe czasy. Po mundialu w 1982 roku zostałem przyjęty w klubie po królewsku. Razem z działaczami, kibicami i władzami miasta szliśmy ulicą, od jednego baru do drugiego. Piwo lało się strumieniami, wszyscy stawiali, a na końcu powiedziałem: teraz ja zapraszam. Było tego ze 400 kufli, zapłaciłem 250 dolarów, w Polsce fortunę, ale za taką imprezę to jak za darmo! Świetnie czułem się w Lokeren i to nie tylko dlatego, że tworzyliśmy z Włodkiem Lubańskim i Duńczykiem Elkjaerem Larsenem atak marzeń. Ten klub to była jedna rodzina.

– W hiszpańskich mistrzostwach świata był Pan kimś więcej, niż doświadczonym skrzydłowym. Podczas efektownego 3-0 z Belgią wystąpił Pan w kadrze po raz 100., zaliczając dwie asysty. W meczu o srebro z Francją stawiał Pan kolegów do pionu, do Bońka krzyczał: ty ruda małpo!
– Na murawie nie wolno się cackać. Gdy trzeba było, reagowałem. Gramy ważny mecz, rywale nacierają, a Zbyszek i Janusz Kupcewicz stoją na środku i się kłócą. Więc wkroczyłem do akcji. Bońkowi mówię, żeby nie tworzył nerwowej atmosfery, a do Kupcewicza: talenciaku wielki, głowa między kolana i zasuwaj! A jak się nie podoba, to wyp… z boiska! Podziałało. Po raz drugi zostaliśmy trzecią drużyną świata.

– Na trybunach pojawiały się flagi Solidarności. Rozumiał Pan, co się za tym kryło?
– W Polsce trwał stan wojenny, ale mnie ten ponury okres ominął – od dwóch lat występowałem w Belgii. Poza tym polityka mnie nie interesowała.

– Adamowi Nawałce bliżej do Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha czy Antoniego Piechniczka?
– Trenera weryfikują wyniki. Adam wprowadził Polskę na mistrzostwa Europy i świata, jest na topie. Życzę mu sukcesów, to mój młodszy kolega z boiska, razem graliśmy na mundialu w 1978. Zawsze przygotowany, opanowany i stanowczy. W jego kadrze panuje dobra atmosfera. Dziennikarze często wzdychają do zagranicznego szkoleniowca, ale przypominam, że jednego takiego już mieliśmy. Hochsztaplera z Holandii.

– Nie ma Pan najlepszego zdania o Leo Beenhakkerze.
– Chciał rządzić w PZPN, wtrącał się w nie swoje sprawy, obrażał naszych ludzi. Gdy powiedział, że Antoni Piechniczek to żaden trener, wylądował u mnie na dywaniku (Lato był wtedy prezesem PZPN – red.). Pokazałem mu punkt 2 jego kontraktu, gdzie stało jak byk: będę dbał o dobry wizerunek Polskiego Związku Piłki Nożnej. Mówię więc do niego, że albo przeprosi Piechniczka, który zajął z Polską trzecie miejsce w świecie, albo może się pakować.

– Zwolnił Pan Beenhakkera przed kamerami telewizyjnymi, ten o niczym nie wiedział.
– Z reguły panuję nad emocjami, lecz wtedy się „zagotowałem”. Ale miałem powody, Beenhakker zabronił mi wejścia do szatni i porozmawiania z chłopakami. Chciałem podnieść drużynę na duchu, przegrała w eliminacjach mundialu 0-3 ze Słowenią, tracąc szansę na awans. Stało się jak się stało, lecz proszę spojrzeć: po przygodzie z polską reprezentacją Beenhakker poszedł do Feyenoordu, gdzie szybko się na nim poznali. W końcu słuch o nim zaginął.

– Za Pana czasów reprezentacja skrzydłowymi stała, miała też genialnych rozgrywających. Dziś kadra to bardziej grupa walczaków i rzemieślników.
– Z bramkarzami nie mamy kłopotów, w przodzie jest Robert Lewandowski, supergwiazda światowego formatu. Kilku innych chłopaków też jest ciekawych, więc tak źle to nie wygląda.

– Spytam inaczej: którego z obecnych zawodników wziąłby Pan do waszej paczki z lat 1974-82?
– Ciągle mnie o to pytacie, lecz to są inne dekady, inna piłka. Nie da się tego porównać.

– Wyjście z grupy jest obowiązkiem?
– Część komentatorów wpadła po losowaniu w euforię, że niby trafiliśmy do łatwej grupy. Zalecam więcej pokory. Senegal w Afryce nie przegrał, Kolumbia bez problemu awansowała z Ameryki Południowej, gdzie konkurencja jest olbrzymia. Z Japonią, o ile się nie mylę – a na szczęście przyjaciel Alzheimer się nie odzywa – dwa ostatnie mecze przegraliśmy i to do zera. Na mundial jedzie się jak na wojnę, chłopaki muszą być na to przygotowani, ale ja wierzę w tę drużynę. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie wyszli z grupy. Wątpliwości są zawsze, w latach świetności też mieliśmy problemy. W sparingach przed 1974 graliśmy bez polotu, ale potem Kaziu Górski nam odpuścił i jak zaskoczyło to byliśmy nie do zatrzymania. Z kolei przed wyjazdem do Hiszpanii nikt nie chciał z nami grać, świat bojkotował reprezentację kraju, w którym łamane były prawa człowieka. Jedno się nie zmienia: pierwszego meczu nie wolno przegrać.

– Mistrzem świata zostanie?
– Jakbym to wiedział, zarobiłbym kupę kasy u bukmacherów. Kibicuję Robertowi, żeby został królem strzelców, ale dziś jest trudniej. W moich czasach na mundialu była jedna grupa, potem druga, graliśmy przynajmniej sześć meczów. Dziś po trzech spotkaniach obowiązuje system pucharowy. Trafimy w 1/8 finału na Anglię albo Belgię i zaczną się schody.

– Emeryt Grzegorz Lato obejrzy MŚ w kapciach, wygodnym fotelu i ze szklaneczką whisky?
– Whisky to nie taki zły pomysł. Czyżby zabrał Pan jakąś buteleczkę na wywiad? (śmiech). Mundial obejrzę w telewizji, choć mało brakowało, a poleciałbym do Rosji. Otrzymałem zaproszenie na mecz Polska – Kolumbia, miałem być gościem honorowym FIFA. Niestety, nie byłem w stanie zmienić planów i musiałem odmówić mojemu przyjacielowi Gianniemu Infantino (przewodniczący FIFA – red.). Jak jest wesele, to jeszcze można uciec sprzed ołtarza. Ja wymigać się nie mogłem i w Kazaniu się nie pojawię.

– W przerwach między meczami wybierze się Pan na ryby?
– O, na pewno! Lubię łowić, przebywać nad wodą. Polityką się nie zajmuję, niech się w tym Sejmie pozabijają. Telewizji publicznej nie oglądam, bo się nie da. Wolę puścić National Geographic. Boleję jedynie, że skłóciły się całe rodziny, brat do brata się nie odzywa. Dlatego u mnie w domu jest zakaz rozmów o polityce i kościele.

– Ponoć najchętniej wypoczywa Pan w Bieszczadach.
– Kupiłem tam piękną działkę, postawiłem dom. Cisza, czyste powietrze, wspaniała przyroda. Często wyjeżdżamy tam z Jasiem Domarskim i jego żoną. Od lat się przyjaźnimy.

– Bohater z Wembley. Od niego wszystko się zaczęło…
– Jedną bramkę strzeliłeś i zapisałeś się w historii złotymi zgłoskami – docinam mu. Ale tak poważnie, to bez tego trafienia nie byłoby wielkiej polskiej reprezentacji, Górskiego, Laty i wielu innych.

***
7 – tyle bramek zdobył GRZEGORZ LATO (rocznik 1950) na mundialu w RFN w 1974 roku. Polska została trzecią drużyną świata, a szybszy od wiatru pomocnik Stali Mielec królem strzelców. Lato pokonywał bramkarzy również na kolejnych MŚ – w Argentynie 1978 i Hiszpanii 1982. Jest złotym i srebrnym medalistą olimpijskim. Dla drużyny narodowej strzelił 45 goli w 100 występach, więcej mają tylko Włodzimierz Lubański i Robert Lewandowski. Urodzony w Malborku Lato jest wychowankiem Stali Mielec, z którą dwukrotnie zdobywał mistrzostwo kraju. Grał też w Lokeren i Atlante Mexico City. Po zakończeniu kariery zajął się trenerką, prowadził m.in. Stal Mielec, Olimpię Poznań i Widzew Łódź. W 2001 roku został senatorem z listy SLD, w 2008 – prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Mieszka w Mielcu.

***
Bohater literacki

Pod koniec życia Bohumil Hrabal zgodził się na wywiad rzekę. Książka ukazała się pod tytułem „Drybling Hidegkutiego”, co było poniekąd hołdem dla genialnego napastnika węgierskiej Złotej Jedenastki. Diego Maradona ma w Argentynie setki tysięcy wyznawców zrzeszonych w kościele Iglesia Maradoniana, a przed Espana`82 miliony Polaków nuciły za Bohdanem Łazuką: „Entliczek, pentliczek”, zastanawiając się, co zrobi Piechniczek i w którą uliczkę wyskoczy Boniek. Grzegorz Lato trafił do literatury za sprawą Karola Zbyszewskiego, przedwojennego, a później emigracyjnego publicysty i satyryka. W książce „Nogami do sławy” pisał on tak:
Mała Plato pyta: „Tato, kto to Lato?”
Tata Plato na to: „Ty smarkato, Lato ta to ten skrzydlato, co w finałach dał wszystkim w gnato”.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
cykBenekeseldekgb Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
eseldekgb
Gość
eseldekgb

A lato było ciepłe tego roku.

Kto to jest ten łysy spaślak na zdjęciu? Ja nie znaju.

Benek
Gość
Benek

No niestety chciałeś chamie się popisać a wyszło jak wyszło jesteś gnidą a Panu Lacie to nigdy nie dorównasz bo to jest ta lepsza historia naszych czasów.

cyk
Gość
cyk

A głupiś gnojarzu.

Benek
Gość
Benek

Brawo Grzesiu Ty zawsze byłeś wielki i o wiele więcej byś zrobił dla naszego rejonu mam na myśli PODKARPACIE gdyby nie ten z HUFCA mam na myśli Grenia to żałosne ale niestety takie nic długo dołowało naszą piłkę ale i tacy byli działacze którzy go popierali , dopiero Boniek zrobił z nim porządek , dzisiaj już się nie mówi o Greniu bo i po co jego czas minął .
Grzesiu byłeś wielki i jesteś i tego Ci nikt nie odbierze a Greń był nikim i nikim został .