Naiwni spłacają, a cyniczni się śmieją

Fot. Archiwum

Zastanów się, gdy ktoś prosi, by wziąć mu pożyczkę lub kredyt „na siebie”.

- Wzięłam pożyczkę z banku dla koleżanki – opowiada Maria spod Przemyśla. – Chorowała, straciła pracę, płakała – kontynuuje kobieta. – Miała spłacać raty, ale nie spłaca. – dodaje. – Teraz dla odmiany płaczę ja, bo to mnie przyszło kredyt spłacać. Mąż jest na mnie wściekły i nie chce mi pomagać – mówi Maria. – Praktycznie, co zarobię, oddaję do banku, nie mam żadnych swoich pieniędzy – wzdycha.

Takich osób, jak naiwna pani Maria na Podkarpaciu, a pewnie i w całej Polsce, jest wiele. Biorą „na siebie” kredyty i pożyczki dla ukochanego, znajomej w tarapatach, kolegi, przyjaciela. Wzruszają ich łzy, opowiadanie o chorobie dziecka, czy kogoś z rodziny, wierzą, że proszący ich o tę „drobną” przysługę będzie spłacał raty, więc nawet nie biorą żadnych pokwitowań, czy rewersów na pieniądze, które pożyczyli z banku czy firmy finansowej i dali innej osobie. Potem rozpaczają, płaczą, nawet mówią o samobójstwie, gdy okazuje się, że ten, komu zaufali nie ma zamiaru płacić rat, a nierzadko znika gdzieś na dobre.

 Pokochała i zaufała

Sylwia z Przemyśla ma ładną buzię, prawie 30 lat i ponad 30 tys. złotych długów w bankach. Jak sama mówi, gdyby nie rodzice, nie miałaby co jeść, bo w zasadzie prawie wszystko co zarobi idzie na raty za kredyt. Czyżby źle zainwestowała pożyczone z banków pieniądze? – Raczej uczucia – mówi smutno Sylwia. Przez ponad dwa lata spotykała się z Krystianem spod Przemyśla. Myśleli o ślubie, była zakochana. Jest, jak mówi – realistką, dostrzegała więc wady ukochanego, między innymi tę, że zwykle nie zagrzewał za długo miejsca w kolejnych firmach, gdzie pracował i na wszystko wybrzydzał. – Myślałam, że jak się poważnie zwiążemy, to stanie się dojrzalszy – wyznaje Sylwia. Z powodu tego, że Krystian wiecznie był na okresie próbnym, albo chwilowo na bezrobociu, nie mógł nigdzie dostać kredytu, czy pożyczki. Tymczasem Sylwia pracowała. – Nie zarabiam dobrze, ale mam stałą pracę, umowę na czas nieokreślony – wyjaśnia kobieta. Krystian namawiał ją na branie kolejnych pożyczek, miały iść na wpłaty na ich wspólne mieszkanie. Na co poszły, nie wiadomo, ale wiadomo, że Krystian, który teraz pracuje w jednym z przemyskich marketów, „wozi się” dobrym samochodem. Z Sylwią się rozstali, ale mężczyzna ani myślał oddawać jej jakichkolwiek pieniędzy! – Powiedział mi, żebym spadała – wzdycha przemyślanka. – Dodał, że nie mam żadnych „kwitów” na to, że to jemu dawałam te pieniądze z pożyczek – dodaje. – No i rzeczywiście nie mam – wzdycha.

Chciał wspomóc biznes „przyjaciela”

Z 45-letnim Andrzejem łączymy się przez popularny komunikator. On również spłaca pokaźną pożyczkę. Nie, nie ukochana go naciągnęła, a przyjaciel, a raczej pseudoprzyjaciel, który teraz chodzi sobie po Przemyślu z podniesioną głową, a Andrzej wyjechał za granicę, żeby zarobić na spłatę kredytu. – Znaliśmy się już kilka dobrych lat – opowiada mężczyzna. – Wiesiek jakieś biznesy kręcił. Niby nic wielkiego, ale z tego co mówił, wychodził na swoje – relacjonuje. Kiedy Andrzej stracił pracę Wiesław zaproponował mu dorobienie u siebie. – Mówił, że póki co „na czarno”, a jak się biznes rozkręci, będzie umowa o pracę – wspomina 45-latek. – Wiesiek właśnie zarejestrował nową firmę handlową – dodaje. Po jakimś miesiącu pracy u kolegi ten poprosił Andrzeja o „drobną” przysługę. – Chciał, żebym  wziął „na siebie” kilkanaście tysięcy kredytu -  snuje opowieść przemyślanin. – Tłumaczył, że potrzebuje tej kasy na rozkręcenie tego nowego biznesu, ale nie może sam wziąć pożyczki, bo firma działa za krótko, za małe są obroty – wyjaśnia Andrzej. – Jak miałem dostać kredyt, jako bezrobotny? Bardzo prosto, Wiesiek wystawił mi lewe zaświadczenie o zatrudnieniu i dość niezłych zarobkach w jego firmie  – opowiada mężczyzna. Pierwsze parę rat istotnie spłacił Wiesław, potem powiedział Andrzejowi wprost, że nie ma pieniędzy i ten musi sobie „na razie” radzić sam. I to „radzenie sobie” trwa do teraz, niemal półtora roku. – Dowiedziałem się przypadkiem, że wkrótce po tym, jak wziąłem ten kredyt i dałem Wieśkowi pieniądze, on tę firmę wyrejestrował – mówi Andrzej. – Dowiedziałem się też, że nie jestem jedynym, który wziął kredyt dla niego „na siebie” posługując się lewym zaświadczeniem o zatrudnieniu w firmie Wieśka – dodaje 45-latek. Prawnik, któremu przemyślanin zwierzył się z całej sytuacji, złapał się za głowę. – Powiedział mi, żeby raczej cicho siedział, bo sam przecież kredyt wyłudziłem, przedstawiłem w banku nieprawdziwe zaświadczenie o pracy i zarobkach – wzdycha Andrzej. – Żadnego pokwitowania od Wieśka, że dałem mu pieniądze otrzymane na kredyt, nie brałem – wspomina mężczyzna. – Wyjechałem za  granicę do roboty, bo muszę przecież raty płacić. I płacę. A Wiesiek? Z tego co wiem chodzi sobie zadowolony po mieście i znów o jakimś biznesie gada – irytuje się Andrzej.

Dała się nabrać na łzy koleżanki

  39-letnia Elwira z jednej z podkarpackich wsi wydaje się bardzo rozsądną osobą. – Akurat – mówi gorzko kobieta. – Jakbym była rozsądna, to nie wpadłabym w takie bagno – dodaje. Koleżanka z dawnej pracy poprosiła Elwirę o to, by wzięła dla niej „na siebie” pożyczkę. – Chciałam jej pomóc, ale już miałam swoje zobowiązania pożyczkowe w banku – wspomina kobieta.  – Ona strasznie płakała, mówiła, że mąż ją zostawił, została bez grosza z dziećmi – wylicza 39-latka. Po tym, gdy koleżanka wspomniała, że chyba się zabije, Elwira nie mogła w nocy spać. Rano skontaktowała się z przedstawicielem jednej z firm udzielających pożyczek na bardzo wysoki procent. – W odróżnieniu od banku, w tej firmie, mimo innych zobowiązań, nie miałam problemu z uzyskaniem pożyczki  – opowiada kobieta. – Tyle, że do spłaty miało być prawie dwa razy tyle, ile wzięłam – dodaje. – Ale nie martwiłam się, bo koleżanka zaklinała się, że będzie spłacać – wspomina. Szybko okazało się, że deklaracje były puste. Przedstawiciel firmy upominał się o kasę, a koleżanka Elwiry „rozpłynęła się”. – Dowiedziałam się od jej sąsiadki, że u nich w miejscowości też ponaciągała ludzi na pożyczki, a mąż wcale jej nie zostawił, razem wyjechali za granicę, nikt nie wie, gdzie – irytuje się 39-latka. – Mnie został dług i nauczka, żeby się więcej nie dać nabrać na łzy i jęki – podkreśla kobieta.

  Nie bierzmy sobie pętli na szyję

 Osoby, których historie „kredytowe” opisaliśmy, to tak naprawdę przedstawiciele dość licznej grupy oszukanych i naciągniętych przez pesudoprzyjaciół naiwnych ludzi. Chcą pomóc, współczują i zadłużają się dla innych, nie biorąc nawet głupiego pokwitowania na przekazane, nierzadko bardzo duże sumy pieniędzy.  Pamiętajmy, że naprawdę warto komuś pomóc, a współczucie nie jest niczym złym, tylko jeśli pomagając komuś mamy sami sobie założyć na szyję „pętlę kredytową” to  powinna nam się zapalić w głowie mocna „czerwona lampka”.

Imiona bohaterów oraz niektóre szczegóły ich historii zostały na ich prośbę zmienione

Monika Kamińska

do “Naiwni spłacają, a cyniczni się śmieją”

  1. Mrówka

    myślałam, że będę tą jedną z nielicznych, której przyjaciel odda pieniądze (prawie 80 tyś) ale przyjaciel z czasem obarczył mnie swoją chorobą (nerwy, prawie zwał serca) więc płaczę nad sobą, że taką idiotką jednak….jestem…..

  2. aleksandra

    Czy naprawde niema zadnego prawa na tych oszustow?

  3. ROMAN

    stara zasada mówi myśl trzy dni zanim podejmiesz decyzję – tak to jest przy pieniądzach nie ma sentymentów bo potem- płacz/ jęki i zgrzytanie zębami – a bank nie popuści bo bank daje chce swoje odebrać i jeszcze zarobić – i nie ,ma sentymentów – nie ma przy pieniądzach wspólczucia- sentymentów- miłości – jest mamona – jedni słyszą jej szelest a naiwni płacą i płaczą.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.