– Nie mam skołatanych nerwów

– Zajmujemy wysokie 3. miejsce, ale jeszcze niczego nie wygraliśmy. Najważniejszy egzamin przed nami – zauważa Artur Skowronek, trener PGE Stali Mielec. Fot. Stal Mielec

FORTUNA I LIGA. Rozmowa z ARTUREM SKOWRONKIEM, trenerem PGE Stali Mielec.

– Co Pan dostał na Mikołaja?
– Dużo uśmiechu od życzliwych ludzi. 6 grudnia posiedzieliśmy w szatni, pożartowaliśmy z chłopakami. Bardzo przyjemnie spędziliśmy czas.

– Z klubu nie było żadnej premii za dobrze wykonaną robotę?
– Najlepszą premią jest to, że tracimy zaledwie punkt do drugiej w tabeli Sandecji. A pieniądze? Jak będziesz sumiennie pracować, to się pojawią.

– Stal tak wysoko podczas przerwy zimowej nie była od sezonu 1995/96. Grała wtedy w ekstraklasie.
– To bodziec do jeszcze cięższej pracy. Bo statystyki, przywoływane trzecie miejsce, nie będą mieć znaczenia, jeśli wiosną nie potwierdzimy klasy. Udaliśmy się na urlopy w poczuciu dobrze spełnionego zadania. Zdobyliśmy 37 punktów, przed rundą rewanżową mamy świetną pozycję wyjściową do ataku.

– Wszyscy mówią o imponującej serii 7 kolejnych zwycięstw na finiszu. Musi Pan żałować, że to koniec gry w tym roku.
– „Żarło” nam, to prawda, ale pamiętajmy, że 21 kolejek to spore obciążenie. Piłkarze odczuli trudy wyjątkowo długiej rundy. Siedem zwycięstw z rzędu to imponujący, niełatwy do pobicia wynik, lecz warto podkreślić, że od trzynastu kolejek nie przegraliśmy meczu. Jesteśmy solidni i powtarzalni, posiadamy równowagę między obroną a atakiem, potrafimy być elastyczni w ustawieniu. Worek z bramkami rozwiązał się co prawda na finiszu, ale piłkarsko już wcześniej dobrze wyglądaliśmy. Nie zapominajmy, że Stal budowała się na nowo, z 11 zawodnikami, których pół roku wcześniej w klubie nie było.

– Jak się pracuje z drużyną, która rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami? To sielanka czy może pułapka, w którą łatwo wpaść?
– Najpierw były trudne chwile, to wtedy okazało się, że w klubie pracują fantastyczni ludzie. Szefowie Stali wytrzymali ciśnienie, nie zwolnili mnie, tylko pozwolili wdrażać własną filozofię. Wówczas powstała drużyna. Gdy karta się odwróciła i zaczęliśmy wygrywać, piłkarze ani na chwilę nie stracili koncentracji. Każdy z nich pamiętał, co było wcześniej i zdawał sobie sprawę, że nie wolno nam zaprzepaścić szansy, jaka się otwiera. Wszyscy byli zdyscyplinowani, głodni zwycięstw, nikt nie narzekał na intensywne zajęcia. Potem na boisku przez cały czas utrzymywaliśmy wysokie tempo.

– Na każdym kroku prezentuje Pan ostrożność, powtarza, że jesteście dopiero w połowie drogi. Boi się Pan narastającej presji?
– Z niczego się nie wycofuję, nie przerażają mnie oczekiwania kibiców. Mam takie same, też pragnę dla Mielca ekstraklasy. Po prostu w klubie stąpamy twardo po ziemi. Bo czy to, że zajmujemy 3. miejsce oznacza, iż coś wygraliśmy? Najważniejszy egzamin dopiero przed nami.

– Kiedy piłka nauczyła Pana pokory? W Pogoni Szczecin, gdzie po początkowych sukcesach nastąpił zjazd w dół?
– Życie uczy pokory na każdym kroku, piłka też. Na pewno historia z Pogonią była momentem zwrotnym. Takie rzeczy przytrafiają się każdemu człowiekowi w pewnym etapie życia. Ja się cieszę, że mam to za sobą, że doświadczyłem tego w tak młodym wieku.

– Jaki był najtrudniejszy moment w tej rundzie?
– Na pewno porażka z Pogonią Siedlce w Pucharze Polski. Po tym meczu razem z zarządem podjęliśmy kluczowe decyzje. Odtąd zespół funkcjonował na innych zasadach.

– Kilku piłkarzy otrzymało żółtą kartkę.
– Nie wiem, jakie ma pan informacje. Powtórzę jednak: porażka w Siedlcach to był moment przełomowy dla drużyny.

– Gdy nie szło, rozważał Pan dymisję?
– Ani przez moment! Gdyby tak było, być może dziś byśmy nie rozmawiali. Byłem rozczarowany wynikami, ale nie grą. Ta wyglądała obiecująco. W wielu meczach dominowaliśmy, tworzyliśmy sytuacje, zawodnicy dobrze wyglądali fizycznie. Działacze widzieli, że nie panikuję, tylko konsekwentnie robię swoje. A do tego jestem elastyczny. Na pewno pomogli sami piłkarze, którzy nie kwestionowali moich pomysłów.

– Kto jeszcze wspierał?
– Jak zawsze największym oparciem była rodzina. Wracałem do domu, w którym żona i dzieciaki pozwalały złapać odpowiedni dystans do przykrej wówczas boiskowej rzeczywistości. Wie pan, kontrakt jest przyjacielem trenera, lecz każdą umowę można rozwiązać… Na początku tylko w domu miałem największych przyjaciół.

– Spotkał Pan kiedyś równie wyrozumiałych szefów?
– W Suwałkach. Tam była niemal identyczna sytuacja, po sześciu meczach mieliśmy 2 punkty. W Stali jest większa presja, niż w Wigrach, ale oczywiście i tam można było zwolnić trenera. Może tego nie zrobiono, bo działacze docenili, że jestem walczakiem? Facetem, który łatwo się nie poddaje.

– Stal to Pana ósmy klub, ale jeszcze nigdy Pan nie awansował.
– Z Ruchem Radzionków, będąc asystentem Rafała Góraka, przebyłem drogę z trzeciej do pierwszej ligi. Jednak pracując na własny rachunek nie dane mi było cieszyć się z awansu. Mam nadzieję, że stanie się to w Stali Mielec, choć indywidualne cele nie mają większego znaczenia. W piłce nożnej zawsze chodzi o dobro wspólne, o drużynę, o klub.

– Ma Pan w zespole piłkarzy, którzy posmakowali ekstraklasy. To pomaga?
– Oczywiście, że tak. To są ludzie, którzy wiedzą, jak funkcjonować poza boiskiem, w szatni, budować atmosferę sukcesu. Jednocześnie są dalej głodni zwycięstw. My wszyscy, którzy poznaliśmy smak ekstraklasy, pamiętamy jak tam było fajnie. I zrobimy wszystko, by tam wrócić.

– A jak Pan ogląda akcję, jaką wyprodukowali ostatnio Bartosz Nowak z Maksymilianem Banaszewskim, to co Pan sobie myśli?
– Że to jest to! Nie gramy według schematów, funkcjonujemy na trenowanych zasadach gry. Staramy się otwierać i budować atak pozycyjny według tych zasad, ale w fazie finalizacji ataku trener nie ma już wpływu na to, co zrobi piłkarz. To zawodnik powinien podjąć najlepszą dla zespołu decyzję, czy potrzebny jest drybling, podanie, dośrodkowanie czy strzał. Niech dokonują wyborów. Gdy posiadają odpowiednie umiejętności techniczne, może się zakończyć majstersztykiem jak w meczu z Bytovią.

– I pomyśleć, że taki Banaszewski nie ma pewnego miejsca w składzie…
– Cóż, to dowodzi, jak wielka panuje rywalizacja w drugiej linii. Andreja Prokić, Łukasz Wroński, Maks Banaszewski – oni wszyscy są skrzydłowymi. Lekki spadek formy u jednego z nich powoduje, że trafiają na ławkę i muszą się uzbroić w cierpliwość.

– Do siatki trafiało 10 zawodników z każdej formacji. Nie da się jednak ukryć, że wciąż brakuje wam klasycznej „9”. Gdybyście kogoś takiego mieli, goli byłoby więcej.
– Niekoniecznie. Grzesiek Kuświk przyszedł w trakcie rundy. Na pewno nie pokazał pełni umiejętności, choć zdobył 4 bramki, a przy siedmiu miał udział. To nie tak mało. Wierzę, że wiosną pokaże na co go naprawdę stać. Mendi wyglądał coraz lepiej i z niego też będziemy mieć pożytek. Cieszy mnie, że tak wielu piłkarzy zdobywa gole. Lubimy grać atakiem pozycyjnym, w ten sposób strzeliliśmy 10 bramek. W Stali nie bazujemy wyłącznie na wysuniętym napastniku.

– Mendi nie znalazł się na liście zawodników, którzy zimą mogą sobie szukać nowego klubu. Kibice trochę się z Hiszpana śmieją, choć ten ostatnio spisywał się nieźle.
– Mendi walczy o każdą piłkę, ostatnio schodził z boiska przy aplauzie publiczności, więc kibice zaczynają doceniać, że i on dokłada cegiełkę do naszych zwycięstw. Oczywiście, liczby go nie bronią, napastnik kończący rundę bez zdobytej bramki musi być poddany krytyce. Lecz po przybyciu do klubu rodaka Jonathana de Amo Pereza Mendi odżył. Uznaliśmy, że nie wolno chłopaka kasować po niespełna sześciu miesiącach. Oby wiosną odpłacił za zaufanie.

– Dla mnie numerem 1 był w tej rundzie Josip Soljić. To dziś najlepszy defensywny pomocnik I ligi?
– Chyba najsłabszy. Jeśli powiem, że najlepszy, to zaraz mi go zabiorą (śmiech). Josip to fantastyczny zawodnik i szalenie wartościowy człowiek.

– Wiosną gra toczyć się będzie tylko o jedno premiowane awansem miejsce, bo Raków gra w swojej własnej lidze.
– Nie zgadzam się. Futbol jest przewrotny i choć źle Rakowowi nie życzę, różnie może być. Wyobraźmy sobie, że dwóch albo trzech kluczowych zawodników łapie kontuzje, nie „zapali” im na początku, później przyjeżdżają do Mielca (śmiech). Jedno jest pewne: nie zrezygnujemy z pościgu za liderem.

– Dostrzega Pan jeszcze zagrożenie ze strony drużyn innych, niż Sandecja i ŁKS?
– Owszem. Podbeskidzie na pewno nie odpuści, a czarnym koniem może być Termalica Nieciecza. Stać ich, żeby złapać długą, zwycięską serię.

– Nigdy Pana nie pytałem, w jaki sposób koi Pan skołatane nerwy?
– Prawda jest taka, że jestem pracoholikiem, ale nie mam skołatanych nerwów (śmiech). Staram się mieć do tego wszystkiego odpowiedni dystans, nie można dać się zwariować. Spokój znajduję podczas rodzinnych spacerów, zabawy z dzieciakami, wspólnych wypadów. Czekam na święta, będzie okazja do spotkań z bliskimi i przyjaciółmi. Nie jestem typem człowieka, który musi biec do lasu, żeby tam zastanawiać się nad życiem.

– Podejrzewam, że dawno nie miał Pan urlopu. Wybiera się Pan gdzieś podładować baterie?
– Miałem ochotę polecieć na staż do Izraela. W Hapoelu Beer Sheva pracuje mój przyjaciel Łukasz Bortnik. To dobry zespół, trzy razy z rzędu sięgał po mistrzostwo kraju, walczył w Lidze Europy. Chciałem połączyć przyjemne z pożytecznym, ale jak się pan domyśla, brak czasu sprawił, że z wyjazdu zrezygnowałem.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o