Niepotrzebnie umieramy ze… wstydu

Czasami objawy choroby są dla nas tak wstydliwe, że opóźniamy wizytę u lekarza, co opóźnia postawienie diagnozy i utrudnia wyleczenie. Fot. Archiwum
Czasami objawy choroby są dla nas tak wstydliwe, że opóźniamy wizytę u lekarza, co opóźnia postawienie diagnozy i utrudnia wyleczenie. Fot. Archiwum

Są choroby, które mimo dokuczliwych objawów nie skłaniają nas do wizyty u specjalisty. To sprawia, że za późno podejmujemy leczenie.

Choroby przenoszone drogą płciową, hemoroidy i inne choroby odbytu (w tym rak jelita grubego), prostata, nietrzymanie moczu, choroby psychiczne, grzybica stóp, łuszczyca, nadpotliwość, epilepsja – to schorzenia najczęściej uważane za wstydliwe. Wstyd i lęk przed upokorzeniem utrudniają decyzję o podjęciu leczenia, co może spowodować liczne komplikacje zdrowotne, a nawet okazać się tragiczne w skutkach. Warto przełamać bariery wstydu, iść do lekarza i podjąć terapię. Bo wstyd to naturalny odruch człowieka.

– Pewne okolice ciała, zwłaszcza związane ze sferą seksualności czy wydalania, są w naszym społeczeństwie uważane za wstydliwe – mówi dr n. med. Dariusz Mazurkiewicz, ordynator oddziału psychiatrycznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Rzeszowie.

Najbardziej wstydliwe choroby psychiczne
Do listy chorób, do których nie chcemy się przyznać, można by dopisać jeszcze gruźlicę, uchodzącą za typową dla nizin społecznych, a zatem stygmatyzowaną. Przede wszystkim zaś wstydliwe dla większości są choroby psychiczne. Aż 76 proc. Polaków jest zdania, że należy je ukrywać przed otoczeniem, bo chorzy psychicznie są gorzej traktowani gdy chodzi o możliwość zatrudnienia, poszanowania godności osobistej, ochronę majątku. Z obawy przed odrzuceniem nie przyznajemy się więc, że chorujemy na nerwicę, depresję, czy schizofrenię.

– Jest to spowodowane społecznym nastawieniem do osób z zaburzeniami psychicznymi, stereotypowym widzeniem takich osób jako groźnych dla otoczenia, niezrównoważonych, a w najlepszym razie dziwacznych – mówi nasz ekspert. – Stereotypy te, są niestety utrwalane przez media poprzez chybione kampanie edukacyjne, w których osoba w kaftanie bezpieczeństwa, jednoznacznie kojarząca się z chorym psychicznie, biega po ulicy i obija się o samochody – mówi dr Mazurkiewicz.

Nie wiemy co mówimy
Często z ust osób publicznych słyszymy psychiatryczne określenia (których faktycznego znaczenia osoby te zapewne nie potrafiłyby podać), np. o czyimś zachowaniu: “to paranoja”, lub, że ktoś tam “ma urojenia”.

– Wiele określeń czysto psychiatrycznych stało się określeniami pejoratywnymi, z tego powodu przestały funkcjonować w fachowym nazewnictwie. Należą do nich: histeria – będąca dawnym określeniem z kręgu zaburzeń nerwicowych; debilizm, kretynizm, imbecylizm, idiotyzm – są to dawne określenia stopni upośledzenia umysłowego. Na osoby chore psychicznie pojawiło się wiele wulgarnych określeń, jak świr, psychol, czubek – mówi lekarz.

Skoro od dziecka jesteśmy uczeni, że pewne stany, postawy czy zachowania nie są społecznie akceptowane, że należy się ich wstydzić, to trudno się dziwić, że duża część pacjentów i ich rodzin ukrywa te problemy.

– Taka postawa społeczna bierze się z braku wiedzy i rzetelnej edukacji na temat chorób psychicznych z jednej strony i opisanych wyżej zjawisk społecznych i medialnych z drugiej. Efektem jest etykietowanie pacjentów chorych, unikanie ich, strach przed zagrożeniem z ich strony – mówi psychiatra. – Niestety, jest to zjawisko bardzo niepokojące, gdyż utrudnia, a często wręcz uniemożliwia wczesne rozpoczęcie leczenia, co skutkuje cięższym przebiegiem choroby, a w efekcie niejednokrotnie społecznym wyłączeniem osoby chorej.

Anna Moraniec

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments