Nigdy nie byłem łobuzem

Zbigniew Boniek przyjechał do Rzeszowa pierwszy raz od zakończenia kariery piłkarskiej! Prezesowi PZPN humor dopisywał. Fot. Paweł Bialic

Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej i legenda futbolu, ZBIGNIEW BONIEK, przekonuje, że był wzorowym uczniem, opowiada o geniuszu Diego Maradony, włoskich klimatach, paleniu papierosów i obiecuje, że już nigdy nie zgoli wąsów.

Wnętrze hotelu Nowy Dwór w Świlczy, godzina 18.10, do rozpoczęcia XI Gali Piłkarskiej zostało kilkadziesiąt minut. Korytarzem idzie Zbigniew Boniek. Przedstawiamy się, mówimy, że reprezentujemy Super Nowości i Ludzi Sukcesu! i prosimy o wywiad. – Za 10 minut – odpowiada “Zibi” i schodzi na dół do czekających w restauracji znajomych. Po 10 minutach, zgodnie z obietnicą, wraca. Ale nagle gaśnie światło, w hotelu nastąpiła awaria prądu. – Gadamy po ciemku – proponuje Boniek. Nie jesteśmy zachwyceni, chcieliśmy zrobić zdjęcia, nagrać jego wypowiedź do kamery. Mamy jednak szczęście. Usterka zostaje naprawiona, a legenda światowego futbolu zaprasza do swojego pokoju, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał.

- Ponoć niełatwo namówić pana na udział w tego typu imprezach
- To prawda. Rzadko korzystam z zaproszeń. Odmawiam, najczęściej dlatego, że nie mam czasu.

- Był pan kiedyś w Rzeszowie?
- Raz, wiele lat temu, jeszcze jako zawodnik. Mój Widzew przegrał ze Stalą, “załatwił” nas, o ile pamięć mnie nie myli, Marian Kozerski. Dobry piłkarz.

- Ten przyjazd na Galę to ukłon w stronę prezesa Kazimierza Grenia?
- Nie. Z pozostałymi członkami zarządu PZPN łączą mnie tak samo dobre stosunki. Po prostu podczas kampanii wyborczej ominąłem Rzeszów i obiecałem Kazkowi, że nadrobię to przy najbliższej okazji.

- Mały Zbyszek Boniek był łobuzem?
- Nigdy nie byłem łobuzem!

- Nie wierzę.
- Zawsze byłem grzeczny i dobrze ułożony. Ale zawsze też miałem swoje zdanie i potrafiłem go bronić. W Polsce lubimy dorabiać ideologię do wielu spraw. Tak zrodził się m.in. mit o niepokornym Bońku.

- I nigdy nie dostał pan w skórę od rodziców?
- No, czasami od ojca się dostało. Wie pan, żywym dzieckiem byłem. Ale w szkole, do ósmej klasy, nosiłem mundurek z naszywką “wzorowy uczeń”. Lubiłem polski, matematykę, chemię, geografię, przyrodę. Jedynie z zachowania miałem obniżony stopień. Jak mówiłem, dlatego, że byłem zbyt ruchliwy.

- Kto wtedy, gdy jako dziecko ganiał pan za piłką, był pańskim idolem?
- Niemiecki pomocnik Guenter Netzer i oczywiście Włodek Lubański. Szybko zacząłem jednak grać na wysokim poziomie i nagle okazało się, że swoich idoli mogę dotknąć.

- Najlepszy piłkarz, z jakim albo przeciwko któremu pan grał to
- Diego Maradona. On był z innej półki. Grał we Włoszech wtedy, co i ja.

- Argentyńczyk to najlepszy piłkarz w dziejach?
- Dla mnie tak, ale trudno porównywać np. Pelego do Maradony. Pelego w akcji nie widziałem, znam tylko z opowieści. To są legendy, a wiadomo jak z legendami jest. Każdy dodaje coś od siebie i na końcu dobry staje się geniuszem, a zły jest beznadziejny.

- Dlaczego zdecydował się pan mieszkać we Włoszech?
- Plan był taki, żeby po zakończeniu kariery zostać w Italii 2-3 lat. Mieliśmy tam jednak przyjaciół, dzieci chodziły do szkół, prowadziłem różne interesy. Podobało się nam, wsiąkliśmy w środowisko i jesteśmy we Włoszech do dzisiaj. Choć miejsce zamieszkania nie ma większego znaczenia. Zwłaszcza dziś, gdy jest Internet, Skype. Z Rzymu do Warszawy leci się raptem dwie godziny, a właśnie teraz mieszkam w stolicy Polski.

- Jest pan światowcem, bywa tu i tam, ale gdzie się pan najlepiej czuje? Ma pan swoje miejsce na ziemi?
- To Rzym i Bydgoszcz, gdzie jest dom rodziców i moi starzy znajomi.

- Co takiego wziąłby pan z Polski do Włoch i na odwrót?
- Gdy jestem w Italii, nie brakuje mi niczego co polskie, a u nas nie brakuje mi niczego co włoskie. Każda rzeczywistość jest inna, a ja umiem się zaadoptować.

- Polski Związek Piłki Nożnej to faktycznie stajnia Augiasza?
- Nie, nie. PZPN nie był najlepiej zarządzany, część umów, które związek podpisywał, trzeba było renegocjować, ale przeprowadzenie zmian wcale nie było takie trudne. Zobaczymy, co uda się zrobić przez te cztery lata.

- Ma pan jakiś kontakt z Grzegorzem Lato?
- Dzwoniłem do niego ostatnio dwa, trzy razy, chciałem pogadać, ale nie miałem szczęścia. Nie wiem, może zmienił numer telefonu? Nic do Grześka nie mam. Gdy graliśmy w piłkę, bardzo się lubiliśmy. Uważam zresztą, że to jeden z najwybitniejszych zawodników w historii. Jako prezes PZPN Grzesiek miał trochę problemów, ale nie chcę do tego tematu wracać.

- Nigdy nie miał pan kompleksów. Nawet jak wyjeżdżał z komunistycznej Polski do wielkiego klubu. No i błyskawicznie nauczył się pan języka włoskiego, co na pewno pomogło.
- Juventus na początku lat 80. XX wieku był chyba najlepszym zespołem świata. Po dwóch treningach miejscowi zobaczyli, że mają u siebie gościa, który może im pomóc, więc było sympatycznie. A języka nauczyłem się, grając w karty. Włosi cały czas powtarzali “settebello”, zachodziłem w głowę, co to takiego. Okazało się, że to siódemka karo – szalenie ważna karta w tej grze. Nie miałem kłopotów z opanowaniem włoskiego, bo wtedy człowiek przez cały czas przebywał w grupie, kwitło życie towarzyskie. Dziś są iPody, komputery, piłkarze się izolują, nie wychodzą z pokojów.

- Można powiedzieć o panu biznesmen?
- Mentalnie bliżej mi do biznesmena niż do polityka. Zawsze umiałem zadbać o swój majątek, pomnożyć go. O interesach nie lubię jednak mówić, nie jestem politykiem, więc nie muszę się publicznie z tego spowiadać. Inwestuję w Polsce w energię odnawialną, na Zachodzie w ziemię, posiadłości. Wszystko legalne (uśmiech).

- Wciąż mieszka pan w Rzymie w 300-metrowym apartamencie w zamożnej dzielnicy Parioli?
- Tak, u mnie rzadko coś się zmienia. To fajne, strzeżone, spokojne miejsce. Jedno piętro zajmuje córka z dzieciakami i jeśli dziś czegoś mi brakuje, to właśnie kontaktu z wnukami. Mateusz ma 8 lat, nauczyłem go grać w golfa i tenisa. Jak leci mecz w telewizji, wpada do mnie i wspólnie oglądamy. Piękna sprawa!

- Może pan zdradzić, co porabiają pana dzieci?
- Najstarsza córka Karolina ma 36 lat i wspaniałe dzieci, syn Tomek ukończył londyńską szkołę biznesu i pracuje w jednym z funduszy inwestycyjnych. Udziały miał tam kiedyś niejaki Mitt Romney, kandydat na prezydenta USA. Najmłodsza córka Kamila ma natomiast 21 lat i wciąż się uczy.

- Nadal pan podpala papierosy?
- W dobrym towarzystwie spalę ze dwa, może trzy. Nie lubię natomiast cygar.

- Jakieś inne słabości?
- Nigdy nie byłem niewolnikiem używek, choć wszystko co dozwolone, jest dla ludzi. Byle w małych ilościach. Hazard, ruletka? Takie rzeczy w ogóle mnie nie kręcą.

- Czy jeszcze kiedyś zgoli pan wąsy?
- Raz zgoliłem, bo człowiek bez wąsa wygląda młodziej. Ale czegoś mi jednak brakowało i znów zapuściłem. Trzymam go krótkiego, wtedy łatwiej o pielęgnację. I raczej bez wąsa mnie nie zobaczycie!

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.