NKWD mordowało nie tylko strzałem w tył głowy

Kamienica przy Rynku w Dobromilu, gdzie w latach 1939-1941 funkcjonowało więzienie NKWD. Fot. Artur Brożyniak/Dariusz Iwaneczko

W ten weekend wyruszy po raz pierwszy Marsz Pamięci na trasie Przemyśl – Dobromil na Ukrainie

W 1941 roku, po ataku Niemiec na Związek Sowiecki, NKWD zabrało się za “ewakuację” więzień. Pięć dni wystarczyło, by w Dobromilu (obecnie na Ukrainie) wymordowało kilkaset osób narodowości polskiej i ukraińskiej. Więźniowie ginęli od uderzeń żelaznym młotem w tył głowy. Ciała zabitych wywożono do pobliskiej warzelni soli w Lacku-Salinie i wrzucano do szybu. Tu zlikwidowano także więźniów sprowadzonych z okolic. Największą grupę, bo aż 350 osób przygnano z Przemyśla.

Dramat rozegrał się pomiędzy 22 a 27 czerwca 1941 roku. – W pierwszych dniach wojny niemiecko – sowieckiej zostali wymordowani więźniowie w Dobromilu. Początkowo wyprowadzano ich na dziedziniec, zabijano uderzeniem w głowę, a ciała wywożono do warzelni soli w Lacku-Salinie. Zmiany w sposobie mordu nastąpiły, kiedy do funkcjonariuszy więzienia dotarły informacje o planowanym odwrocie Armii Czerwonej. Oprócz dotychczasowej metody, czyli uderzenia młotem w potylicę, dołączono strzały w tył głowy. W pośpiechu mordowano w celach, w trakcie wyprowadzania na zewnątrz albo nad dołem wykopanym na placu spacerowym, gdzie później w pośpiechu wrzucano zwłoki – mówi Piotr Chmielowiec, historyk z rzeszowskiego Oddziału IPN.

Od 22 czerwca 1941 roku do warzelni w Lacku k. Dobromila (obecnie jest to miejscowość Solanowatka) wywożono nie tylko ciała pomordowanych, ale i sprowadzano kolumny więźniów (m.in. z więzienia przy ulicy Rokitniańskiej w Przemyślu). Uśmiercano ich podobnie jak tych uwięzionych w Dobromilu – uderzeniem tępego narzędzia, albo strzałem w tył głowy. Zwłoki wrzucono do szybu solnego i do zbiorowej mogiły wykopanej w sadzie przykopalnianym.

Kim były ofiary sowieckiej zbrodni
- Różne było pochodzenie społeczne uwięzionych i różne zawody. W przemyskim więzieniu trzymano przedstawicieli przedwojennej elity, którzy mogli być potencjalnym zagrożeniem dla władzy sowieckiej. NKWD zamykało ludzi za udział w akcjach konspiracyjnych, za posiadanie radia, ale i z zupełnie błahych powodów. Wystarczyło, aby ktoś znalazł się w niewłaściwym miejscu, np. zbyt blisko więzienia, by pojmać go i oskarżyć o szpiegostwo. Dowodem winy był także podniesiony przez przypadek odłamek pocisku – opowiada Piotr Chmielowiec.

Jak dodaje, nie można wykluczyć, że wśród pomordowanych więźniów znaleźli się prawdziwi kryminaliści. Choć ci z przemyskiego więzienia zostali podobno uwolnieni przez… Niemców.

Na terenie więzienia w Dobromilu znaleziono ok. 180 zwłok. Podczas ekshumacji w Lacku-Salinie wydobyto co najmniej 290 ciał, które później pochowano w zbiorowym grobie koło szybu wentylacyjnego. Większość była w takim stanie, że nie udało się ich zidentyfikować.

- Trudno mówić o dokładanej liczbie ofiar. Znamy nazwiska tylko kilkunastu – informuje Piotr Chmielowiec. Wśród zamordowanych więźniów w grupie z Przemyśla był m.in. Walerian Kramarz, przemyślanin, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, znakomity pedagog, nauczyciel historii, ekonomii i geografii, opiekun drużyn zuchowych i harcerskich. Radziecka władza po opanowaniu Przemyśla oczywiście nie pozwoliła mu kontynuować pracy w szkole. Został zatrudniony w przedsiębiorstwie zarządzającym miejskimi wodociągami. Aresztowano go w marcu 1941 roku. Jeden z kolegów przybiegł, aby ostrzec pedagoga przed NKWD i radził uciekać. Dr Kramarz nie zamierzał się kryć, przecież nic złego nie zrobił – podobnie jak wielu innych współwięźniów bestialsko wykończonych przez sowietów.

- Niemiecka prasa wydawana w czasie okupacji, informowała, że zginęło ok. 600 osób. Po wojnie Ukraińcy podawali, że ofiar było ok. tysiąca. Osobiście bardziej skłaniam się do tej pierwszej liczby – wyjaśnia Piotr Chmielowiec. – Wiele osób dzwoniło do IPN i pytało o los bliskich, o których wiedzieli tylko tyle, że zginęli w “solankach dobromilskich”, bo tak określano byłą kopalnię w Lacku-Salinie – wtrąca dr Dariusz Iwaneczko, również historyk z Oddziału IPN w Rzeszowie. – Nie moglibyśmy tego ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, bo nie mamy listy osób, które tam zginęły. W sprawie tej zbrodni jest jeszcze wiele do wyjaśnienia – kontynuuje Piotr Chmielowiec.

Czy komuś udało się uratować z sowieckiej machiny eksterminacyjnej? – Kilku osobom. Józef Kręta został postrzelony podczas masakry więźniów w Dobromilu, kula utkwiła w górnej części oczodołu. Został uznany za trupa, przeciągnięty na dziedziniec i wrzucony do wspólnego dołu. Słyszał rozmowy katów. Po ucieczce Sowietów wyczołgał się z mogiły, wydostał poza teren więzienia i znalazł pomoc w Dobromilu. Przeżył. Kuli nigdy nie wyciągnięto – opisuje Piotr Chmielowiec.

Najpierw zagłada, później sanatorium
W Dobromilu i Lacku-Salinie zamordowano nie tylko Polaków i Ukraińców, ale też Żydów. Ci ostatni po wkroczeniu Niemców na tereny zajęte wcześniej przez Sowietów zostali zmuszeni do ekshumacji zwłok z szybu solnego. Kiedy zadanie wykonali, zamordowano ich w tym samym miejscu, wrzucono do szybu i zalano cementem. – Niewykluczone, że dokonano tu jeszcze kolejnych mordów na dobromilskiej ludności żydowskiej. Pozostałych Niemcy wywieźli w lipcu 1942 r. do obozu zagłady w Bełżcu. Na ślad zbrodni na ludności żydowskiej w tym miejscu natrafił jeden ze słowackich badaczy. Teren ten był okupowany przez wojska słowackie, będące wówczas sojusznikami Niemiec.

Po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej na teren Dobromila w 1944 r. potworny mord stał się tematem tabu. Zbiorowa mogiła była kilkakrotnie niszczona przez nieznanych sprawców. Kopalnia soli w ograniczonym zakresie pracowała do 1954 roku. Później w miejscu tym utworzono… sanatorium przeciwgruźlicze i ośrodek wypoczynkowy dla lwowskich zakładów pracy.

Na odkłamywanie historii przyszedł czas dopiero po rozpadzie ZSRR. – Po utworzeniu państwa ukraińskiego upamiętnienie ofiar stało się elementem budowania tożsamości narodowej. Rok temu w uroczystościach ukraińskich uczestniczyła po raz pierwszy strona polska – opowiada dr Iwaneczko. – W tym roku organizujemy po raz pierwszy w historii Marsz Pamięci. 27 kwietnia wyruszymy spod przemyskiego więzienia. Po drodze odnajdziemy tzw. przystanki historyczne: elementy fortyfikacji z I i II wojny światowej, ślady obecności sowieckiej, tzw. Linię Mołotowa. Dzięki pomocy straży granicznej przekroczymy granicę polsko-ukraińską, której kiedyś nie było – w Malhowicach – miejscu, gdzie na co dzień nie ma przejścia i udamy się do Niżankowic. Nieprzypadkowo. To tutaj w Sanktuarium NMP Matki Bożej Opatrzności, od lat na rzecz ocalenia pamięci o pomordowanych Polakach działa ksiądz Jacek Waligóra. To właśnie on wymyślił Marsz Pamięci, a IPN podjął starania, aby go umożliwić od strony formalnej. Udało się.

Już po stronie ukraińskiej uczestnicy Marszu – w większości uczniowie II LO w Przemyślu połączą się z młodzieżą z Kamionki Buskiej, Bielska-Białej oraz młodzież z parafii rzymsko-katolickich dekanatu starosamborskiego, a także młodzież ukraińska. Wszyscy razem wezmą udział we mszy św. w Niżankowicach, by później udać się do byłej kopalni Lacko-Salina na modlitwę ekumeniczną. Piechurzy pokonają w sumie ok. 25 km.
Ze względu na uroczystości związane z Euro 2012, symboliczny przemarsz nie mógł się odbyć w faktyczną rocznicę mordu. Czy będzie to inicjatywa cykliczna? – Trudno w tej chwili powiedzieć, zobaczymy – mówi dr Iwaneczko. – Wymiar tego Marszu jest naprawdę ważny, bo chodzi o upamiętnienie ofiar i wpisanie do zbiorowej świadomości kolejnego tragicznego miejsca na mapie polskiej historii…

Beata Sander

do “NKWD mordowało nie tylko strzałem w tył głowy”

  1. Adam

    mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.