O Polaku, który nie chciał zabić Niemca

W latach 60. wraz z żoną Teklą i córkami zamieszkał w Głogówku na Opolszczyźnie. Fot. Archiwum

Tam, gdzie trwała zaciekła walka na śmierć i życie, Julian Osękowski umiał odnaleźć w sobie i we wrogim żołnierzu człowieka.

Ta historia jest tak nieprawdopodobna, że trudno w nią uwierzyć. A jednak jest prawdziwa. Julian Osękowski, skromny nauczyciel spod Sanoka, w czasie kampanii wrześniowej walczył w bitwie pod Mokrą. W pewnej chwili patrolując okolice, natknął się na niemieckiego telegrafistę. Mógł go zabić, ale puścił wolno. Niemiec też nie wydał wybawcy „swoim”. A wiele lat po wojnie doszło do ich przypadkowego spotkania. Dopiero wtedy się poznali, a z czasem stali symbolem polsko-niemieckiego pojednania.

Julian Osękowski pochodził spod Niebieszczan koło Sanoka. Urodził się 15 sierpnia 1913 r. Jako absolwent Seminarium Nauczycielskiego w Krośnie w 1934 r. został powołany do wojska. Gdy wybuchła II wojna światowa młody polonista został wcielony do 42. Pułku Piechoty w Brodach, wspierającego Wołyńską Brygadę Kawalerii. Jego oddział walczył w słynnej bitwie pod Mokrą, nazywanej do dziś „polskimi Termopilami”.

Gdy 3 września przedzierał się wraz z młodym podkomendnym do Warszawy, w lesie w okolicach Radomska natknął się na młodego niemieckiego telegrafistę. Wróg leżał ukryty w krzakach i nadawał meldunek. Dwóch Polaków zauważył dopiero wtedy, gdy stanęli przed nim, mierząc do niego z karabinów. Niemiec zrozumiał, że nadszedł jego koniec – w tamtym czasie nikt pojedynczych jeńców nie brał – wstał, zasalutował Osękowskiemu i jego towarzyszowi, i czekał na śmiertelne strzały. Te jednak nie padły. Nasi żołnierze po chwili odeszli tak nagle, jak się pojawili.

Nie mógł wydać tych, którzy darowali mu życie
Podczas tego zdarzenia, trwającego chyba niecałą minutę, nie padło ani jedno słowo. Funker Thomas, bo tak się nazywał ów telegrafista, zrozumiał jednak, że jest ocalony. Ci dwaj polscy żołnierze darowali mu życie. Przez dłuższą chwilę nie robił nic. Dopiero gdy doszedł do wniosku, że obaj Polacy oddalili się na bezpieczną odległość, zabrał się za nadawanie meldunku. Ani jednym słowem nie wspomniał w nim jednak o tym, co go spotkało. Ani jednym słowem nie wspomniał o obecności na polanie dwóch polskich żołnierzy. Wiedział doskonale, że tym samym dopuszcza się zdrady, ale nie potrafił wydać na śmierć ludzi, którzy przed chwilą darowali mu życie.

Posłuchał napomnień matki
Dlaczego Julian Osękowski wówczas nie strzelił? – Mama mu powtarzała, gdy szedł do wojska: „nigdy nikogo nie zabijaj od tyłu, nawet jeśli to wróg”. Gdy tata stanął twarzą w twarz z wrogiem, zobaczył, że to młody chłopak. Do niewoli nie mógł go wziąć, a zabijać nie chciał. Dlatego puścił wroga wolno, mimo że ryzykował bardzo dużo. Do końca wojny nigdy zresztą nikogo nie zabił, co zawsze podkreślał – mówiła w jednym z wywiadów Anna Osękowska-Posłuszna, córka naszego bohatera.

Po wojnie Julian Osękowski osiadł na krótko w Niebieszczanach, gdzie uczył w miejscowej szkole. Potem władze przeniosły go do Bobowej pod Gorlicami. Na początku lat 60-ty, trafił z rodziną do Głogówka na Opolszczyźnie, gdzie osiadł na stałe. O swoich wojennych losach opowiadał najbliższej rodzinie. Innym się nie chwalił, raz bo nie chciał się narazić na prześladowania ze strony władz, dwa, bo i tak pewnie by mu mało kto chciał uwierzyć w historię z niemieckim telegrafistą. Tymczasem miał nastąpić jej ciąg dalszy.

Przygoda w Krakowie
Młodsza córka Juliana Osękowskiego – Barbara – pod koniec lat 70-tych studiowała w Krakowie. Któregoś dnia wraz z przyjaciółką natknęła się na dwie młode Niemki. Jak się okazało, turystki zostały okradzione, nie miały dokumentów i żadnej możliwości noclegu. Polki zaprosiły je do swojego akademiku, tam gościły przez kilka dni i pomogły załatwić wszelakie dokumenty. Tak zawiązała się pomiędzy przyjaźń, która trwała latami.

Spotkanie w Lipsku
Jedna z Niemek, w zamian za okazaną pomoc, postanowiła zaprosić swoje nowe znajome do swojego rodzinnego domu. Skorzystała Barbara, która do Lipska pojechała w towarzystwie taty. Tam odżyły dawne wspomnienia. – Siedziałam z naszymi gośćmi i moimi rodzicami przy stole – wspomina przyjaciółka Barbary Osękowskiej – Gizela. – W pewnym momencie pan Osękowski zaczął mówić o tym, jak walczył podczas wojny. Mój ojciec zachowywał się dziwnie. Milczał, ale był wyraźnie poruszony. Widziałam, że coś się z nim dzieje. Bałam się. Był wtedy zaledwie kilka miesięcy po pierwszym zawale serca. Kiedy więc nagle opuścił pokój i wyszedł, pobiegłam za nim. Gestem nakazał mi powrót. Moja mama spokojnie rozmawiała z profesorem. Po chwili ojciec wrócił. Trzymał w rękach fotografię w ramkach. Znałam tę fotografię. Było to jedyne wojenne zdjęcie ojca w mundurze. Podsunął je profesorowi i zapytał: „Czy pan mnie poznaje, Herr Osękowski? To ja jestem właśnie tym radiotelegrafistą, któremu darował pan życie we wrześniu 1939 roku.” – Wtedy to po raz pierwszy w życiu moja matka i ja poznałyśmy historię ocalenia ojca – opowiadała Niemka.

Doceniony rok przed śmiercią

Tę nieprawdopodobna historię poznał po latach pewien ksiądz z Mokrej. To on przekazał ja niemieckim organizacjom kombatanckim. Rok przed śmiercią Juliana Osękowskiego w 1999 r., odbyła się wielka uroczystość pojednania w 60. rocznicę bitwy. Sam wziął w niej udział i przemawiał. Od austriackich i niemieckich kombatantów otrzymał dyplom honorowy i statuetkę z brązu, jako dowód uznania dla swojej postawy. – Pragniemy zapisać na stałe w pamięci czyn pana Osękowskiego, który w czasie wojny zachował się niczym wielki heros. Należy mu się za to szacunek i najwyższe uznanie – mówił wówczas Austriak Walter Kominek, który we wrześniu 1939 walczył po stronie Niemców.

Autor podczas pisania tekstu korzystał m.in. z artykułu Joanny Dżon, który ukazał się w czasopiśmie Focus Historia.

Piotr Pezdan

do “O Polaku, który nie chciał zabić Niemca”

  1. babcia Jadzia

    i dlatego tak trudno było nam wygrać tą wojnę.Przeciwnika nie puszcza się wolno-ja sama nigdy nie dałam zadnej szansy bo wiedziałam ze jutro taki może strzelać do mnie

  2. Janusz

    24 marca 89. lat życia kończy Robert Frettlohr – niemiecki spadochroniarz wzięty do niewoli na Monte Cassino 18 maja 1944 r. przez patrol 12 Pułku Ułanów Podolskich, dowodzony przez przemyslanina ppor. Kazimierza Gurbiela. W 1984 r. zdementował on kłamstwo (podane w programie III telewizji RFN), jakoby patrol Gurbiela wymordował jeńców, w 1985 spotkał się z Gurbielem w Niemczech, a w 1989 obaj – wraz z kolegami – wspólnie odwiedzili Monte Cassino w 45-lecie bitwy. Obaj panowie bardzo się zaprzyjaźnili i R.Frettlohr (obywatel brytyjski zamieszkały w Mirfield – West Yorkshire) do dziś z wielką sympatią (i dozgonną wdzięcznością) wspomina zmarłego w styczniu 1992 r, Kazimierza Gurbiela. Na urodzinach, jak co roku, z łzą w oku Go wspomni, jako zołnierza honoru, który ciężko rannego jeńca opatrzył, nakarmił i wysłał do szpitala).

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.