Ocalała z pogromu

– Widzieliście film „Wołyń”? – pytała pani Józefa zgromadzonych w Kamienicy Orsettich – No to proszę państwa, to jest bardzo delikatne w porównaniu z tym, co naprawdę się tam działo. Chcieli czystej Ukrainy bez żadnej innej nacji. Mordowali Żydów, Polaków i Ormian – wszystkich, którzy nie byli Ukraińcami. A Ukrainiec, który nie chciał mordować, też został zamordowany. Fot. Materiały prasowe Wydawnictwa Znak

Był 12 marca 1944 roku, na polach jeszcze leżał śnieg, który niebawem miał się stać czerwony od krwi…

Uciekała przed bezwzględnymi banderowcami. Patrzyła, jak strzelają do jej rodziców. Aby uniknąć śmierci, udawała martwą. Kiedy fala mordów na tych, którzy nie byli Ukraińcami, dotarła na Podole, miała niecałe 6 lat. Przez dekady Józefa Bryg nie potrafiła ubrać w słowa, jakim cudem przeżyła pogrom w Palikrowach. Do dziś nie mieści jej się w głowie, jak ludzie którzy latami mieszkali dom w dom, mogli wyrzynać siebie nawzajem.

Urodziła się 1938 r. w Jarosławiu. Była drugą dziewczynką z piątki rodzeństwa. Gdy rok później zjawili się Sowieci, rodzina małej Józi, podobnie jak kilkanaście innych zamieszkałych po prawej stronie Sanu, została przesiedlona na Podole. Trafili do kolonii Palikrowy, niedaleko Podkamienia. Tam wybudowali dom i zaczęli nowe życie. – Było nam tam bardzo dobrze. Ukrainy wtedy nie było. Była Polska. Żyliśmy z Ukraińcami. Mieszkaliśmy razem, bawiliśmy się razem, a gdy były problemy, razem płakaliśmy. Oni przychodzili do nas na święta, a my do nich – wspomina Józefa Bryg podczas spotkania (8 marca) w Kamienicy Orsettich w Jarosławiu.

W 1941 roku na teren Galicji Wschodniej wkroczyli Niemcy. Któregoś dnia zabrali ojca Józefy, jej starszego brata i siostrę na roboty. Jej tata udawał umysłowo chorego i tym sposobem udało mu się po jakimś czasie wrócić do rodziny. – Gdyby został, pewnie by przeżył… – zauważa ocalona.

Z czasem w Palikrowach pojawiły się coraz większe niepokoje. Dochodziło do napadów i grabieży. Zaczęły się pierwsze mordy na Polakach dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów. Na Wołyniu ich apogeum przypadło na lato 1943 roku. Kilka miesięcy później fala śmierci dotarła na Podole. – Atmosfera stała się straszna. Wszyscy się bali. Ja albo brat siedziałam przy stole, przy oknie i patrzyłam, czy ktoś do nas nie idzie, bo co chwilę słyszało się: „tego zabili, tego porąbali, tamtego zastrzelili”. Baliśmy się okrutnie! – wyznaje pani Józefa. Wieczorami przychodzili do nich znajomi i razem ukrywali się w piwnicy. Na drzwiach do niej prowadzących stawiali duże beczki wypełnione różnymi ziarnami. W ten sposób maskowano kryjówkę. – Każdego dnia w tej piwnicy siedzieliśmy. Dopiero późno, gdy z warty wracali ojcowie, mogliśmy wyjść, albo kiedy mama mdlała, bo była chora na serce i musieli ją wynosić – zaznacza.

Po drugiej stronie rzeki mieszkał zacny Polak, którego wszyscy szanowali i na imieniny zbierali się u niego z życzeniami. – Siedziałam przy tym stole i widziałam, jak na święto Piotra i Pawła bryczki i zwykłe furmanki jechały do tego Piotra – wspomina pani Józefa. Nazajutrz usłyszała strzępy rozmów dorosłych: „Wymordowali wszystkich, wyrąbali siekierami, było dużo krwi”. – Jeden tylko chłopiec się uratował. Kolega mojego brata, który pasł z nim krowy. Bawiliśmy się razem. Uciekł pod ręką bandycie, który stał przy drzwiach i pilnował, żeby nikt nie wyszedł, a potem przesiedział całą noc w gnoju – opowiada.

Przeczytaj pełny tekst artykułu w piątkowym (15.03.) papierowym wydaniu Super Nowości.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o