Od harcerstwa po łódkę z żaglem

Zbigniew “Dyzio” Gibała. Uśmiech i energia mimo 83 lat na karku.

Niezniszczalny ZBIGNIEW GIBAŁA o tym, dlaczego odmówił legendarnemu Eugeniuszowi Nazimkowi, przewadze motocykla nad rowerem i jeździe bez hamulców.

Zbigniew Ludwik Dionizy Gibała, lepiej znany jako “Dyzio”. Urodził się 83 lata temu w wielkopolskim Wolsztynie, od 1939 roku mieszkaniec Rzeszowa. Pasjonat sportu. Kolarz, łucznik, uczestnik wyścigów i rajdów motocyklowych i samochodowych, żużlowiec, narciarz, skoczek narciarski, wciąż czynny żeglarz. Zwycięzca i uczestnik wielu regat, m.in. o puchar “Super Nowości” na Jeziorze Solińskim. O jego pełnym przygód życiu, sportowym dorobku, ale też historii Rzeszowa, Bieszczad i innych miejsc, do których dotarł wszędobylski “Dyzio”, traktuje wydana niedawno książka napisana przez Jerzego Popowa “Sportowe wspomnienia Zbigniewa Gibały. Od wolsztyńskiego pyry do rzeszowskiego krzoka”. Byliśmy na jej prezentacji.

- Co było na początku?
- Harcerstwo, rzecz jasna! Harcerstwo w tamtym czasie przygotowywało do życia każdego młodego człowieka. Po wojnie chcieliśmy się zająć czymś pożytecznym, więc lgnęliśmy do ZHP, który kontynuował piękne tradycje. Zapisałem się tam za namową przyjaciela Jurka Talagi. Śpiewaliśmy, haftowaliśmy, wykonywaliśmy inne przeróżne prace manualne. Miałem do tego dryg. Ojciec był krawcem i ja też uczyłem się na krawca. No i przyszły pierwsze sukcesy. Znalazłem się w poczcie sztandarowym, zdobyłem ćwika, a więc harcerską sprawność.

- Przygodę ze sportem rozpoczął pan natomiast od kolarstwa.
- Już za okupacji miałem rower. Służył mi do wyjazdów, nazwijmy to, półpartyzanckich. Przekazywałem informacje, choć było ciężko, bo tylko siedząc na ramie dostawałem do pedałów (śmiech). Po wojnie trafiłem do Rzeszowskiego Towarzystwa Kolarzy i Motorzystów, startowałem w pierwszych zawodach. Szło mi nieźle, mimo że miałem stary rower z dzwonkiem i blaszanymi błotnikami, który ważył ponad 20 kilogramów. Potem przez kilka sezonów byłem w sekcji kolarskiej Gwardii i Resovii. Najstarszy rzeszowski klub w latach 1949-55, zgodnie z ustawą o reorganizacji sportu i podziale na resorty, zmieniał nazwę. Był więc Ogniwem, Spartą, Budowlanymi.

- Nie każdy mógł sobie pozwolić wtedy na rower. Prawdziwego szyku zadawali jednak motocykliści.
- To do nich lgnęły dziewczęta. Jakżeż zazdrościłem tych chłopcom w skórzanych kurtkach i goglach! Myśmy rowerami jeździli z Rzeszowa do Zakopanego, ale bohaterami i tak byli ci, którzy posiadali motocykl. Ja taki sprzęt dostałem, gdy zapisałem się do Ogniwa-Resovii. Stary, wysłużony motor marki SHL. Dobrze mi szło zwłaszcza w wyścigach ulicznych, gromadzących tłumy rzeszowian. Pokonałem samego Mariana Frankowskiego, wielokrotnego mistrza Polski.

- Jeździł pan też na żużlu w barwach Budowlanych-Resovii.
- Porad udzielał mi sam Józef Dyląg, czarodziej motocykla. Zajęliśmy z Resovią czwarte miejsce na osiem drużyn startujących w drugiej lidze. Tor sąsiadował z bieżnią lekkoatletyczną, tak to wtedy wyglądało.

- Żużlowcem Stali Rzeszów nie chciał pan zostać, mimo że nakłaniał pana do tego legendarny Eugeniusz Nazimek. Dlaczego?
- Nie lubiłem tego “cyrku”, udział w zawodach na zamkniętym torze, na stadionie, jakoś mnie krępował. Realizowałem się za to w rajdach obserwowanych, które polegały na tym, że zawodnicy pokonywali dwie połączone z sobą trasy – szosową i terenową.

- A potem przesiadł się pan z dwóch kółek na cztery.
- Konkretnie do poniemieckiego BMW należącego do ojca Basi, mojej przyszłej żony. To auto odziedziczyliśmy po nauce jazdy z PZMot. Silnik wyremontowali mechanicy Stali, ze słynnym Tadeuszem Fedko na czele. Fedko i jego kompan Romuald Iżewski stworzyli polski silnik żużlowy. Silnik BMW został zatem odpowiednio przerobiony, ale samochód wciąż palił jak smok. Gdy zatankowałem i pojechałem do Krasnego, to potem nie miałem jak wrócić. Różne miałem auta. W 1966 roku za kierownicą skody startowałem w Rajdzie Bieszczadzkim. Załadowaliśmy do wozu dwa worki piasku, żeby się lepiej trzymał szosy. Ale na zjeździe z Połoniny Wetlińskiej w stronę Ustrzyk Górnych wysiadły hamulce! Oj, działo się, działo…

- Żeglarstwo to pana największa pasja?
- Na pewno jestem przy niej najdłużej. Motocyklem w wieku 83 lat nie pojeżdżę, a na łódce wciąż się ścigam. Inna sprawa, że dbam o siebie, że ciągle mi się chce. Każdego dnia robię 30 pompek. Przygodę na wodzie zacząłem od motorówki, potem zakochałem się w żaglach, w Jeziorze Solińskim i Wyspie Energetyk. Latem 1985 roku nastąpiło uroczyste wodowanie jachtu “Dyzio”. Nazwa wzięła się od mojego drugiego imienia – Dionizy. Dla mieszkańców Bieszczad i tamtejszych wodniaków jestem “Dyzio”, a nie Zbyszek.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

do “Od harcerstwa po łódkę z żaglem”

  1. Zdzisław

    Witam.
    Pozdrowienia dla Pana Zbigniewa i jego firmy a bardziej dla jego żony Pani Basi od lokatora D.S Promień .
    Pozdrawim i życzę dużo zdrowia
    Zdzisław Stecko

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.