Odkrywamy kolejne tajemnice “grupy lubaczowskiej”

KORCZOWA. Jedni mówią, że „mafia” na przejściu jest, inni, że jej nie ma , a my …

O celniczej “mafii” z Korczowej pisaliśmy kilka tygodni temu. Choć oficjalnie zapewniano nas, że rzekomo “grupa lubaczowska” nie istnieje, a wszelkie informacje o niej są wyssane z palca, kolejne osoby blisko związane ze środowiskiem celniczym nie tylko potwierdzają to, co do tej pory przekazali nam nasi informatorzy, ale i dodają nowe szczegóły. Padają konkretne nazwiska (których z oczywistych przyczyn nie ujawniamy). Czyżby więc tajemnicza “grupa lubaczowska” naprawdę istniała? – Jasne, że tak! A przewodził  jej kiedyś “Car”, a teraz dowodzą “Matołek” i “Bracie”  – zdradza szczegóły pragnący zachować anonimowość człowiek.

Według uzyskanych przez nas informacji, grupa powstała tuż po otwarciu korczowskiego przejścia granicznego z funkcjonariuszy, którzy “przeszli” na nie z innego przejścia. Wszyscy byli  z Lubaczowa, albo jego okolic. Przewodził im niejaki “Car” (nazwisko znane redakcji). – “Car” był prawdziwym władcą przejścia – opowiada nasz informator. – Zmontował taką grupę, że struktura korupcyjna była identyczna, jak na Ukrainie. Celnicy “odpalali” działkę kierownikom zmian, a ci “Carowi” – relacjonuje. – To był fakt powszechnie znany i najwyraźniej akceptowany przez ówczesne władze Izby Celnej w Przemyślu – dodaje. Z opowieści kolejnych osób wynika, że “Car” nie tylko pobierał “daninę”, ale był też po carsku “sprawiedliwy” i władczy.

– Wszyscy bali się go jak ognia, bo mógł każdego przyjąć do siebie, albo wyrzucić – mówi kolejna zorientowana osoba. – Ludzie prześcigali się więc w udowadnianiu “lojalności” – dodaje. Polegać to miało oczywiście na dzieleniu się pieniędzmi. – Lewymi rzecz jasna – doprecyzowuje nasz rozmówca. – Ale nikt z “lubaczowiaków” nie narzekał, interes się bowiem kręcił nieźle. Nawet wtedy, gdy “Car” zaczął się budować i trzeba było odpalać mu więcej niż normalnie – opowiada. Jako dowód na to, jak dobrze szły interesy “grupy lubaczowskiej” i jak składano dary “Carowi “ nasz rozmówca opowiada, że jedna z funkcjonariuszek o pseudonimie “Kobyłka” miała kupić swemu szefowi w prezencie do nowego domu drogie meble.

– Na czym się te interesy robiło? Na wszystkim! Na cukrze, elektronice, mięsie i papierosach. To były hurtowe ilości przepuszczane przez granicę w ramach “umowy” z tymi, co chcieli przewieźć – snuje wręcz nieprawdopodobną opowieść nasz kolejny informator.

Nowych nie chcieli “przy korycie”
Biznes “grupy lubaczowskiej” miał się zepsuć, gdy na przejściu pojawili się nowi celnicy, głównie alokowani. – Byli spoza układu no i mieli oczy przecież – opowiadają zainteresowani. – “Lubaczowiacy” nie chcieli ich dopuszczać do “koryta”, nie ufali im – relacjonują. Nowi interesu we wspieraniu “grupy lubaczowskiej” nie mieli. – Zaczęły napływać anonimy w sprawie działania grupy, kierowane “wyżej” – mówi nasz rozmówca.

– Najpierw to było bez echa, ale ktoś w końcu spisał wszystko dokładnie, z nazwiskami, datami. Chodziło o przekręty z mięsem. Szefostwo już nie mogło udawać, ze nikt nic nie widzi i  większość “lubaczowiaków” poprzenoszono w inne miejsca – padają szczegóły. “Car” też został “zabrany” z Korczowej. Zastąpił go inny człowiek. Według relacji naszych informatorów wtedy na przejściu zrobiło się jak na przejściu, a nie na prywatnym folwarku. – Było w miarę normalnie, bez żadnych grup i większych układów – mówią.

Triumfalny powrót?
Nie trwało to jednak, jak podkreślają nasi informatorzy, długo. – “Lubaczowiacy” wrócili na Korczową – zdradzają. – I to silną grupą, mają znów władzę – zapewniają. – Naliczyliśmy sześciu ważniejszych członków “grupy lubaczowskiej”, która triumfalnie wróciła na Korczową – opowiadają nasi rozmówcy.

Kiedy pierwszy raz napisaliśmy o “grupie lubaczowskiej”, szefostwo przemyskiej Izby Celnej wprost zarzucało nam, że opisujemy nieprawdę. Tymczasem jednak …- Dziwnym trafem po waszej publikacji spore kłopoty zaczął mieć pewien celnik z grupy, na temat działalności którego podaliście “garść” szczegółów – zdradza nam zorientowana osoba. – Przypadek? – pyta.

Nasi rozmówcy twierdzą, że wspomniany funkcjonariusz, którego nieprawidłowości w pracy miały zostać dostrzeżone po naszej publikacji wcale nie ma zamiaru “złożyć broni” – Odgraża się, że jak zacznie “tonąć”, pociągnie wszystkich, z którymi robił “interesy” za sobą – opowiadają nasi informatorzy. – A wie sporo o wielu ludziach i na wielu ma “haki” – zapewniają.

A może nie ma żadnej “grupy lubaczowskiej”?
Jak niektórzy są przekonani o istnieniu “grupy lubaczowskiej” i jej rządach na korczowskim przejściu, tak inni zaprzeczają, by takowa istniała. – To jakieś plotki są, kopanie dołków pod kolegami – mówi celnik twierdzący, że jest dobrze poinformowany. – Były jakieś doniesienia do prokuratury? Były! I co? I nic nie wykryto nieprawidłowego – przekonuje. – Może tam kiedyś jakieś układy były – dodaje. – Ale teraz? Jest wszędzie monitoring, nowi ludzie poprzyjmowani.

Zresztą było tyle afer z celnikami, zamykano nas, a potem się okazywało, że niewinnie – wspomina funkcjonariusz. – Kto by teraz coś kombinował? Teraz każdy każdemu patrzy na ręce – dodaje.
Nasi rozmówcy wiedzą jednak swoje: – Nikt nie mówi, ze tam sami “lubaczowiacy” pracują – zastrzegają. – Ale faktem jest, że wróciła tam ich silna “obsada”. A systemy monitorowania da się “obejść”. To tylko w teorii tak różowo wygląda – dodają.
Tak czy owak, sprawa budzi spore emocje nie tylko wśród celników.

Monika Kamińska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.