Odwołujemy kolejny koniec świata

Piramida Kukulkana w Chichen Itza, jedno z najsłynniejszych dzieł architektury Majów. Zwykle „wąż schodzący na ziemię”, czyli cień poszczególnych brył piramidy, gromadzi tłumy w równonoce wiosenne i jesienne, ale w przyszły piątek tłumy pod piramidą będą jeszcze większe.

21 grudnia 2012, jako daty unicestwienia wszelkiego życia, nie wyznaczyli astrologowie Majów. To współcześni tak ją zinterpretowali, a przy okazji inni dodali trochę strachu.

Koniec z wojną polsko-polską. Palikot na zawsze zniknie już z ekranów telewizorów i nie będzie namawiał do palenia. Nigdy więcej nie usłyszymy też o katastrofie smoleńskiej, a Niesiołowski nie będzie drwił z Kaczyńskiego i też zniknie gdzieś ze swoimi owadami. Zapowiadane na nowy rok podwyżki, ich twórcy mogą sobie wsadzić gdzieś. Kto ma jakąkolwiek zdolność kredytową, powinien biec do banku po pożyczkę i ją brać, nie czytając nic, co jest napisane nawet mikroskopijnym drukiem. Pożyczkę brać jak największą i nie martwić się o jej spłatę. Wbrew temu, co słyszymy w radio i telewizji, i czytamy w czasopismach finansowych, to najlepszy czas do zaciągania kredytów. Jak ktoś jest sprytny, to zdąży je skonsumować, a kredytodawca nie ściągnie z niego ani złotówki. Nie zdąży, bo zaczęło się wielkie odliczanie. Wszak już za kilkanaście godzin ma nastąpić koniec świata.

Według kalendarza prekolumbijskich Majów, 21 grudnia 2012 r., zakończy się trzynasty, większy cykl kalendarzowy (tzw. baktun). Nie jest to ani pierwszy, ani ostatni z cykli. Oni po prostu liczyli inaczej czas i bardzo skomplikowanie to zapisywali. Jeden ich dzień to był kin. Następną jednostką był uinal (20 kin), potem tun (18 uinal), kolejnym katun (20 tun), a ostatnim baktun (20 katun). Pełny cykl miał więc 1.872.000 dni. Odczytanie tego badaczom prekolumbijskich kultur przyszło stosunkowo łatwo. Problemem, o który spierają się do dzisiaj, jest ustalenie daty początkowej, od której Majowie liczyli czas. Dla porównania, w obowiązującym u nas kalendarzu gregoriańskim, za datę początkową (też są o nią spory) przyjęto narodziny Jezusa. Co było przed, oznaczamy jako przed naszą erą, a po, jako erę obecną. A ponieważ posługujemy się układem dziesiętnym, ważniejsze dla nas wydarzenia miały się wydarzyć lub mają nastąpić co 10, 100 lub 1000 lat. Dla Majów jedna epoka miała w przybliżeniu 394 lata, a zdaniem większości badaczy, czas tzw. czwartego swojego świata, zaczęli liczyć 13 sierpnia 3114 roku przed Chrystusem. Zakończyć się on ma w przyszły piątek.

Sobota będzie początkiem piątego świata, ale tak czy inaczej, czwarty w piątek się zakończy. Podobno mają temu towarzyszyć kataklizmy, z przesunięciem biegunów Ziemi włącznie.

Dlaczego nagle tak przejęliśmy się kalendarzem Majów? To jest istota zagadnienia, które dziś zaczęło nurtować cały świat. Zaczęło nurtować do tego stopnia, że premier Rosji musiał oficjalnie ogłosić, że końca świata nie będzie. I wcale nie zrobił tego żartem, ale uspokajał niepokoje, które ogarnęły część okołouralskiej części imperium. To w części przypomina dziennikarski sezon urlopowy, w którym nie ma o czym pisać i żurnalistom zdarza się wyolbrzymiać niektóre wydarzenia. Tak powstał chociażby potwór z Loch Ness i choć do dziś nie ma dowodów na jego istnienie, to jednak okolice szkockiego jeziora weszły na stałe do rozkładu turystycznych odwiedzin Wysp Brytyjskich. Dlaczego nie mielibyśmy teraz jeździć do Meksyku, którego część zamieszkiwali Majowie? Ależ oczywiście, że wiele biur podróży skorzystało z najbliższego „końca świata”, bo niejeden chciał ostatni raz zobaczyć państwo Majów.

Do bunkra na trzy doby
Jest na świecie – i w Polsce oczywiście też – grupa osób nazywających siebie preppersami (od angielskiego prepared – przygotowany). Są zawsze przygotowani na wszystko; spakowani tak, że nawet Bear Grylls byłby zaskoczony. Plecak ze wszystkim, zawsze mają pod ręką, a w nim wszystko, co pomoże przeżyć 72 godziny. Nie mnie sądzić, ale podobno po najgorszej dewastacji Ziemi, da się wyjść z kryjówki po trzech dobach i zacząć nowe życie. Czy ktoś poza preppersem chciałby w czymś takim żyć? Znów nie mnie się zastanawiać, ale warto zajrzeć do preppersowkiego plecaka. Nic specjalnego, chociażby zwykła apteczka, z jodyną oczywiście, bandażami i wszystkim co, zwykły skaut ma w tornistrze. Preppers jednak, w odróżnieniu od nas zwykłych ludzi przyjmujących los z pokorą, ma upatrzone miejsce, gdzie kataklizm można przetrzymać. Wcale nie są to już wyznaczone miejsca do obrony przed bronią atomową, jaka kojarzy się nam najgorzej. Tym razem będzie inaczej. Ostatecznie, nigdy dotąd końca świata nasza cywilizacja nie doświadczyła i trzeba wymyślić coś poza bunkrami. Stąd niektórzy wybierają załomy ziemi, inni zwykłe chatynki, na które przecież OBCY by nie spojrzał. Zajrzyjcie do amerykańskiej telewizji, a przekonacie się, jak wielu wykupuje zapasy ryżu i zapałek. To prawie tak, jak u nas przed stanem wojennym pod koniec ub. wieku. Z tą różnicą, że astrologowie Majów nie widzieli pod koniec swojego trzynastego baktunu gościa w ciemnych okularach.

Nie musisz umierać biednym
Czy trzeba umierać biednym? Wcale nie! Meksykanie ściągnęli już tylu turystów, że gdyby nawet zastał ich gości Armageddon, to i tak musieliby do nowego świata jeździć na raty. A czy w ogóle trzeba umierać w piątek? Wcale nie! Niepreppersi idą na łatwiznę, czyli chowają się w jednym z wielu schronów. Jest ich, znaczy schorów – a co, na koniec świata sobie pozwolę – od cholery! Najwięcej mają oczywiście Amerykanie i Rosjanie. Ich wojna zimna sprzed pół wieku, daje teraz okazję do spożytkowania ówczesnych osiągnięć militarnych. W Moskwie oczywiście najlepiej zjechać do metra. W Ameryce najbezpieczniejszym miejscem jest Peanut Island, gdzie Kennedy kazał wybudować schron przeciwatomowy przy okazji spodziewanej inwazji na Kubę. Niemcy też mają swoją szansę, bo mogą skorzystać z budowli militarnych z czasów dla nich wstydliwych, chociażby potężnych schronów w Bad Neuenhar-Auhrweiler. Nasi sąsiedzi z północy Szwedzi, mają też jakiś bunkier, który do tej pory chroni przed zakusami wszelkich wywiadów archiwa Wikileaks.

Ileż tych końców już było…
Z góry odpierając zarzut dość luxnego podejścia do piątkowego końca świta, odważam się podnieść, że kilka podobnych „końców” przeżyłem, (przeżyliśmy?) i to głównie nieświadomie. Wszyscy spodziewaliśmy się czegoś nadzwyczajnego po przełomie 1999/2000. I co? Nawet zapowiadany wirus nie zadziałał. Żebyśmy mieli jasność, 24 listopada 1993 r. koniec świata widziała w swoich snach ukraińska sekta „Białe Bractwo”, kierowana m.in. przez znaną u nas Marinę Cwigun. A jeżeli już o sektach, to w 1997 r. kres wszystkiego miał nastąpić wg. japońskiej Najwyższej Prawdy Aum. Pamiętamy jej ataki w metrach. Nie wiem czemu, ale bardzo bliski obecnemu tematowi jest rok 1988, kiedy to niejaki Harold Camping ogłosił przez radio datę końca świata. Ba, od głupich zbierał po 100 tys. dolarów za przeżycie, a potem ten sam numer powtarzał kilka razy. No dobrze. Świadkowie Jehowy odczytywali zakończenie doczesności na lata 1925, 1975 i 1985.

Postraszmy się optymistycznie
No dobrze. A jeżeli obudzimy się 22 grudnia, uszczypniemy się i przekonamy, że to jest ten sam 2012 rok? To i tak bądźmy czujni. Z najbardziej znanych, najbliższy będzie nam koniec świata w 2034 r. Niestety – bez urazy – znów przepowiadany przez Świadków Jehowy. Dwa lata później w Ziemię ma uderzyć asteroida Apophis. Warto natomiast dożyć do 2060 r., albowiem to jest koniec świata wg Issac’a Newtona. Sam uczony nadmienił, że to nie będzie nic strasznego, albowiem ludzie dobrzy przeżyją  Wreszcie jakaś nadzieja! Żeby już nie ciągnąć, to za 5.000.000.000 lat naszemu Słońcu zacznie brakować wodoru, przez co zacznie przekształcać się w czerwonego olbrzyma i wchłaniać po kolei Merkurego, Wenus i Ziemię. Jest jeszcze naukowo wyznaczona data końca świata, ale ma ona tyle zer (kto wie ile to jest seksdecyliard lat?), że nie warto tym sobie głowy zawracać. To jednak kiedyś będzie. W 1998 r., błogosławiony dziś Jan Paweł II, powiedział: „Koniec świata na pewno nastąpi ale nie wiadomo kiedy. Chrystus nie wyznaczył konkretnego dnia ani godziny”.

21 grudnia 2012, jako daty unicestwienia wszelkiego życia, nie wyznaczyli astrologowie Majów. To współcześni tak ją zinterpretowali, a przy okazji inni dodali trochę strachu. I wzięło się. My, na konserwatywnym Podkarpaciu, nie dajemy się prekolumbijskim kalendarzom. Po pierwsze, nie zauważyliśmy paniki. Normalnym zjawiskiem byłby spadek cen nieruchomości. A skąd! Wręcz przeciwnie. Wygląda to tak, jakby bogaci Amerykanie mieli przyjeżdżać tu na stałe. Nie zauważyliśmy też, by nasi prominenci zaczęli wykorzystywać zaległe urlopy, a wiadomo, że oni maja prawo wiedzieć więcej niż my. No i choinka. Nie tyko na rzeszowskim rynku stanęła. Chyba nie po to, by miała witać koniec świata.

Jerzy Mielniczuk

do “Odwołujemy kolejny koniec świata”

  1. ROMAN

    strach – od narodzenia człowiek jest cały czas straszony ; to dziadem / to baba-jagą / to diabłem/ to cyganką / to żydem że przerobi na macę / to kominiarzem -władza to samo ; to wojną – to terroryzmem- to że kurek zakręcą z gazem- to podwyżkami- to powodzią – to klęską głodu – to chorobą – to epidemią – to zarazą- to gwałcicielem- to bandytami- to mafią- to brakiem pracy – to służbą zdrowia – to kryzysem- to radarami – to samochodami policyjnymi bez oznaczeń – to kometą- to katastrofą światową – a na koniec kostuchą
    - Ja mam dość tego straszenia – niech w końcu raz łupnie i pierdutnie i będzie święty spokój.
    - Wszystkiego dobrego do zobaczenia po drugiej stronie lustra.!

  2. oleg

    ale jaja a już sobie trumnę zamówiłem i nawet dałem zaliczkę , i co może teraz tusk mi zwróci.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.