Ogień już ugaszony, zostało pogorzelisko

W domu doszczętnie spaliły się wszystkie sprzęty. Fot. Łukasz Solski

OSTRÓW (gm. Radymno). Sąsiedzi pogorzelców stoją za nimi murem: -  Nie damy im zginąć – mówią zgodnie.

- A kto ma im pomóc, jak nie my, sąsiedzi? – mężczyźni pracujący we wnętrzu całkowicie spalonego domu w Ostrowie są zdziwieni naszym zainteresowaniem. – Biedacy, cały dobytek z dymem poszedł – mówią. – Ale co tam dobytek, tu ludzie zginęli – dodają. W oczach dorosłych, silnych mężczyzn błyszczą skrywane łzy.

To miał być zwyczajny sąsiedzko-rodzinny Sylwester. Maria (56 l.) z mężem Leszkiem (59 l.) mieszkali w przepisanym na córkę Beatę domu z nią właśnie, z zięciem Maćkiem (28 l.) dwójką wnucząt, Olą i Filipkiem (7 i 6 l.) oraz synem Kubą (18 l.). Beaty w sylwestrową noc nie było w domu, ale często dzwoniła do męża. Ostatni telefon jaki wykonała, to z prośbą, by położył już spać Oleńkę. Nie przepuszczała, że słyszy glos Macieja ostatni raz. Domownicy nie byli sami w domu w sylwestrową noc. Wpadli jeszcze dwaj koledzy z sąsiedztwa. Dla 18-letniego Irka ten Sylwester był ostatnim w krótkim życiu, 26-letni Kamil przeżył.

Schody aż parzyły
Wszystko wskazuje na to, że zarzewiem pożaru był tapczan w jednym z pokoi na parterze. Przy nim stała lampka. – Może zwarcie jakieś było – zastanawiają się teraz sąsiedzi rodziny. Ogień zaczął błyskawicznie trawić tapicerkę, zasłony w oknach, panele podłogowe. Wszystko działo się krótko po powitaniu Nowego Roku. Ola poszła na górę, do pokoiku na poddasze, przebrać się do snu. Kiedy domownicy zauważyli szalejące płomienie i poczuli ohydnie gryzący dym z palących się sprzętów, chcieli sami ugasić pożar. Ale nie było szans, ciśnienie wody w kranie było zbyt małe. 28-letni Maciej pobiegł na poddasze po córkę. Babcia złapała małego Filipka i wybiegła z domu, Kamil i Kuba wynieśli pana Leszka na wózku inwalidzkim, mężczyzna jest bowiem po amputacji nogi. Wrócili po Maćka i Olę, ale nie było szans dostać się na poddasze. – Kamil mówił, że schody aż parzyły, takie były gorące – opowiada ojciec 26-latka, Tadeusz Jędrzejko, sąsiad, u którego teraz zatrzymali się pani Maria i pan Leszek. – Upadł na nie, podparł się ręką, w szoku był, nic nie czul – opowiada T. Jedrzejko. – Potem się okazało, że poparzenia są takie, że musiał iść do szpitala – relacjonuje. Do ojca i córeczki na poddaszu próbował się też dostać zaalarmowany sąsiad. – Też nie dał rady, ten dym po prostu zatykał oddech, gorąco było jak w piekle, choć ognia nie wydawało się tak dużo – opowiadają sąsiedzi.

Tacy porządni ludzie
- To fajna rodzina, zgodna, życzliwa wszystkim – opowiadają o gospodarzach domu ludzie z wioski.- A ten Irek też porządny chłopak – dodają. – Boże, jak ich szkoda – rośli mężczyźni raźno pracujący przy domu sąsiadów starają się szybciej mrugać, żeby łzy nie popłynęły. Bo nie łez pogorzelcom teraz trzeba, ale otuchy i domu. – Na razie mają zamieszkać o tam, niedaleko u wujka -  pokazują nieodległy dom. – Tu musi się wszystko osuszyć – dodają fachowo. Na razie usuwają ze spalonego domu to, co zostało po pożarze. Niewiele tego, ostały się głównie metalowe sprzęty, których ogień  nie zdołał strawić. A zebranej kupce żelastwa leży dziecięcy rowerek.

Ogień strawił wszystko
- Aż trudno w taką tragedię uwierzyć – Jan Chamuła, sąsiad, aż głową kręci z niedowierzaniem. -
Oleńka z moim synem do jednej klasy chodzi – mówi mężczyzna. – Chodziła – poprawia się z trudem schrypniętym od tamowanego płaczu głosem. – Straszne to, tak nagle, w parę minut trzy osoby nie żyją, wszystko spalone – dodaje. – Mój synek do końca nie pojmuje, co się stało, że Ola już nie wróci, ale boi się spać i ciągle pyta: „Ale nie spalimy się tatusiu?” – opowiada J. Chamuła. Pracami wokół domu „dowodzi” Tadeusz Jędrzejko. – Uprzątnąć to wszystko trzeba, tyle na początek – wzdycha. – A tu jeszcze piec do centralnego, okna, meble – wylicza. – Im się dosłownie wszystko spaliło – mówi sąsiad. – Zostały gołe cegły po prostu.
Najbliżsi ofiar pożaru są jeszcze w szoku. – Niby się trzymają jakoś, ale kto to się z takim czymś da radę pogodzić – sąsiedzi starają się jak mogą wspierać rodziny tragicznie zmarłych. Pani Maria z panem Leszkiem zatrzymali się w domu Jędrzejków, wdowa po Macieju, Beata z synem Filipkiem u innych sąsiadów.

Ostrowianie się skrzyknęli
Ludzie ze wsi, jak sami podkreślają, zginąć dotkniętym nieszczęściem sąsiadom nie dadzą. Spontanicznie, w zasadzie od razu kiedy tylko wolno było, mężczyźni z Ostrowa wzięli się za porządki w spalonym domu. Ostrowianie za punkt honoru wzięli sobie, jak mówią, doprowadzenie domu sąsiadów do stanu pozwalającego na zamieszkanie w nim. To jednak potrwa i będzie kosztowało. Tymczasem rodzina ma się zatrzymać w domu krewnego, ale i tam trzeba będzie sporo zrobić, bo starszy pan, który dotychczas mieszkał tam sam użytkował w zasadzie tylko jeden pokój.

A pogorzelcy zostali dosłownie z niczym. Wszystko co mieli, zabrał ogień. – Tam w środku nic nie zostało do użytku – mówią sąsiedzi. Z miejscowego GOPS-u rodzina dostała zasiłek celowy, 5 tys. złotych. – Zawieźliśmy też kołdry i koce, które mieliśmy do rozdysponowania – mówi Danuta Mikołajek, kierowniczka GOPS w gminie Radymno. Już wkrótce utworzone zostanie specjalne konto, na które będzie można wpłacać pieniądze dla pogorzelców z Ostrowa. Jego numer będzie dostępny na stronie GOPS-u: www.gops-radymno.pl oraz Urzędu Gminy Radymno: www.ugradymno.ires.pl.

Wszystkich naszych Czytelników, którzy chcieliby pomóc rodzinie z Ostrowa, która w pożarze straciła bliskich i cały dobytek prosimy o kontakt z naszą redakcją pod nr tel. (16) 678 40 14 lub mailowo na adres: monika.kaminska@pressmedia.com.pl, albo Gminnym Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Radymnie pod nr tel. (16) 628 24 19 wew. 28. Przyda się każda pomoc!

Monika Kamińska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.