Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

67. rocznica Powstania Warszawskiego

Przejście przez zrekonstruowany, powstańczy kanał w Muzeum Powstania Warszawskiego trwa zaledwie kilka minut. Dłużej nie da się wytrzymać. Mam problemy z przeciskaniem się przez korytarz, który w niektórych miejscach ma 120 centymetrów wysokości. Nie da się w nim rozłożyć rąk. Tunel jest czysty, oświetlony. Ale ta chwila w nim spędzona jest wiecznością. Pierwszą myślą każdego zwiedzającego muzeum jest: jak ludzie mogli w tych warunkach wytrzymać nawet kilkanaście godzin.

W prawdziwym kanale przechodzący nim człowiek tonął w szambie, w ludzkich odchodach, przechodził wśród gnijących trupów. Najlepsi przewodnicy prowadzili setki, tysiące ludzi przez minimum dwie godziny. A zdarzały się sytuacje, gdy marsz z jednej dzielnicy do drugiej trwał nawet 17 godzin. Czołgając się, idąc w zgiętej pozycji, unikając zasadzek Niemców, którzy wrzucali do włazów granaty i minowali wyjścia. Ludzie dostawali obłędu. Znane są przypadki, gdy specjalnie wychodzono na zewnątrz w miejscach, gdzie byli Niemcy, by zginąć od kuli, a nie w kanałach. Głośny film Andrzeja Wajdy “Kanał”, w którym grają przecież naoczni świadkowie tamtych wydarzeń, przedstawia tylko część gehenny, którą musieli przejść ludzie uciekający kanałami.

“Czekamy na ciebie, czerwona zarazo”
Warszawa. Lipiec 1944 r. Wydaje się, że wolność jest w zasięgu ręki. Słychać odgłosy radzieckich dział. Zmaltretowana terrorem hitlerowskim ludność stolicy odlicza już nie dni, ale godziny do wejścia Sowietów. Reakcje są różne. Jest strach przed tym, co ma nadejść. W końcu Rosjanie też są w ogólnym przekonaniu uważani za wroga, ale wybitny, antykomunistyczny poeta Kazimierz Wierzyński napisze w swym wierszu “Czekamy na ciebie, czerwona zarazo, byś nas uchroniła od czarnej śmierci”.

Decyzja o wybuchu powstania tli się w głowach dowódców Armii Krajowej niemal od początku istnienia konspiracji. W tajnych instrukcjach mówi się o wybuchu powstania powszechnego w chwili, gdy Niemcy znajdą się w odwrocie. Sytuacja na froncie wschodnim wymusza jednak pewne zmiany. Rosjanie prą na zachód. Początkowo Warszawa nie jest brana pod uwagę jako miejsce walk. Jeszcze wiosną 1944 roku na Kresy Wschodnie skierowany zostaje potężny transport konspiracyjnej broni maszynowej, której później tak bardzo zabraknie w Warszawie.

Siły Armii Krajowej w okupowanej Warszawie to około 50 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Broń ma może co dziesiąty. W dodatku to broń kiepskiej jakości. Praktycznie brak broni ciężkiej, nie wspominając o artylerii, którą powstańcy w ogóle nie dysponują. A Warszawa jest przedpolem frontu, na który Niemcy skierowali doborowe jednostki, m.in., pancerną dywizję “Hermann Goering”. Ich podstawowym zadaniem jest utrzymanie linii komunikacyjnych przez Warszawę.

Każdy chce walczyć, nie ma czym
Warszawa chce walczyć. Już nikt nie przestrzega żelaznych zasad konspiracji. Młodzi ludzie chodzą po mieście w wojskowych butach, co chwila dochodzi do strzelaniny. Ale jak powie po latach jeden z uczestników tamtych wydarzeń, o spontanicznym wybuchu powstania nie mogło być mowy. To było wojsko, konspiracyjne, ale wojsko, podlegające wojskowej dyscyplinie. Jednostki innych ugrupowań politycznych stanowiły niewielki procent wszystkich zaangażowanych w walkę konspiracyjną.
Wydaje się, że Niemcy są w kompletnym odwrocie. Niemieccy cywile w popłochu wyjeżdżają z miasta. 28 lipca jednostki AK na rozkaz pułkownika Antoniego Chruściela “Montera”, późniejszego dowódcy powstania meldują się w wyznaczonych miejscach. Mieszkańcy otwarcie bojkotują niemieckie wezwania do budowy fortyfikacji. Zamiast stu tysięcy ludzi stawia się ledwie kilkaset, w większości niepełnosprawnych. Niemcy nawet nie są w stanie podjąć działań represyjnych. Na ulicach oficjalnie jest kolportowany podziemny “Biuletyn Informacyjny”. Wobec braku reakcji ze strony Niemców mobilizacja oddziałów podziemnych zostaje odwołana. Warszawa czeka na przebieg wydarzeń.
29 lipca wywiadowcy AK donoszą, że wcześniejsze rozprzężenie w szeregach armii niemieckiej zostało opanowane. Niemcy minują mosty, wzmacniają posterunki. 30 lipca pierwsze jednostki radzieckie podchodzą na przedpola Warszawy, szybko zostają jednak wyparte przez Niemców. Tego samego dnia w Moskwie ląduje premier emigracyjnego rządu Stanisław Mikołajczyk.

“Bór” wydaje rozkaz: “walczyć”
31 lipca. Komenda Główna Armii Krajowej podejmuje decyzję o odroczeniu terminu wystąpienia zbrojnego, ale wieczorem napływa meldunek, że zagony radzieckie wkroczyły na Pragę. Generał Tadeusz “Bór” Komorowski wydaje rozkaz.: uderzamy następnego dnia o godzinie 17.
Decyzja brzemienna w skutkach, podjęta pod wpływem niesprawdzonych danych, powoduje chaos. Oddziały zmierzające na miejsce zbiórek przedwcześnie się dekonspirują, wiele z nich nie zdąży nawet odebrać broni, a sama Komenda Główna AK przez wiele godzin jest w okrążeniu. Do Warszawy wkraczają jednostki niemieckich kryminalistów, które w ciągu kilku dni wymordują kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Ochoty i Woli. Do dzisiaj o ich tragicznych losach przypominają tablice na wielu budynkach tej części Warszawy.

Decyzja o wybuchu powstania była zaskoczeniem. Nie tylko dla wielu oddziałów AK, ale również dla mieszkańców, którzy akurat wracali z pracy, dla zachodnich sojuszników nieprzygotowanych do natychmiastowej pomocy, dla Rosjan niechętnych londyńskim władzom Polski.

Złudne nadzieje
Generał “Bór” łudził się, że powstanie zostanie wsparte przez wojska radzieckie, a on sam przywita Rosjan w charakterze gospodarza. Przeliczył się. Sowieci nie mieli zamiaru forsować wówczas Wisły nie tylko dlatego, że im to politycznie nie odpowiadało, ale przede wszystkim dlatego że głównym kierunkiem ich działań było południe Europy. Od Warszawy ważniejsze były roponośne tereny Rumunii. Front na linii Wisły zatrzymał się aż do stycznia 1945 roku, gdy Rosjanie uderzyli ponaglani przez aliantów mających poważne problemy z powstrzymaniem kontrataku Niemców w Ardenach.

Jednostki AK w Warszawie nie były w stanie zdobyć miasta. Do stłumienia powstania wystarczyły niemieckie siły policyjne, a jednostki frontowe stały na przedpolu stolicy, czekając na rosyjską ofensywę. Sowieci nie widzieli potrzeby i powodu, by pomagać walczącym. Zachodni alianci dopiero we wrześniu wykonali pierwszy duży zrzut dla powstańców i przyznali walczącym prawa kombatanckie. Desant wojsk generała Zygmunta Berlinga zakończył się rzezią kilku tysięcy żołnierzy, mimo że dysponowali siłą ognia większą niż wszystkie oddziały powstańcze. Generał Władysław Anders już po wojnie domagał się, by “Bora” postawić przed sądem wojennym. Najwybitniejszy polski dowódca z okresu II wojny światowej uznał decyzję o wybuchu powstania za zbrodniczą. 63 dni heroicznej walki przyniosły Warszawie zniszczenie całego centrum i okolicznych dzielnicoraz śmierć 200 tysięcy mieszkańców.

Przejmującym epitafium dla ginącej Warszawy jest wiersz Zbigniewa Jasińskiego z końca sierpnia, nie mogącego opanować nerwów, gdy w londyńskim radiu wciąż nadawano chorał “Z dymem pożarów…” – zakamuflowaną wiadomość, że tego dnia nie będzie zrzutów. Jasiński pisał w wierszu, który poruszył środowiska emigracyjne: “Halo! Tu serce Polski. Tu mówi Warszawa!/ Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!/ Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla was!/ Oklasków też nie trzeba!/ Żądamy amunicji!”.

Szymon Jakubowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.