Ostatni wiraż „Rico”

Fot. Archiwum

- Lee był fantastycznym człowiekiem. Zawsze uśmiechnięty, pogodny. W czwartek dostał od klubu nowe silniki. Cieszył się na wyjazd do Wrocławia – mówi Tomasz Welc, kierownik PGE Marmy

Niedziela, 13 maja br na stałe zapisała się czarnymi zgłoskami na kartach historii speedwaya. W wyniku obrażeń odniesionych w trakcie upadku podczas meczu ligowego we Wrocławiu, zmarł żużlowiec PGE Marmy Rzeszów, Anglik Lee Richardson. Miał 33 lata.

- Miałem zaszczyt dobrze znać go od kilku lat i startować z nim w jednej drużynie w lidze polskiej i szwedzkiej. To był prawdziwy dżentelmen w każdym calu. Mam do niego duży szacunek. To był człowiek, który kochał swoją rodzinę – tak na wieść o śmierci Richardsona zareagował lider PGE Marmy, Jason Crump.

Feralny trzeci bieg
Do tragicznych w skutkach wydarzeń doszło podczas trzeciego biegu niedzielnego meczu. Na wyjściu z pierwszego wirażu, Richardson zahaczył o tylne koło motocykla Tomasza Jędrzejaka i z całym impetem uderzył w bandę, w miejsce, gdzie nie ma już tzw. “dmuchawców”. Pierwsze diagnozy mówiły o urazie prawej nogi. Stan Richardsona pogorszył się w drodze do szpitala, gdzie stwierdzono krwotok wewnętrzny. Mimo natychmiastowej interwencji lekarzy, Anglik zmarł na stole operacyjnym.

- Lee tuż po upadku stracił przytomność, ale później ją odzyskał. Narzekał na ból nogi, potem pojawiły się kłopoty z oddychaniem. W momencie, gdy dotarł do szpitala, było już wiadomo, że jest źle. Z tego co wiem, miał przebite i oderwane płuco. Wydawało się jednak, że wszystko skończy się dobrze i lekarze zdołają go uratować. Niestety, tak się nie stało – wspomina wydarzenia niedzielnego wieczoru kierownik PGE Marmy Rzeszów, Tomasz Welc.

Trzy lata w Rzeszowie
“Rico” trafił do Rzeszowa przed sezonem 2010, w momencie gdy drużyna występowała w I lidze. Był jednym z głównych autorów jej powrotu w szeregi Speedway Ekstraligi. W niej Richardsonowi wiodło się już o wiele gorzej. – Mam do spłacenia dług wobec rzeszowskiego klubu, prezes Marty Półtorak, trenera Dariusza Śledzia i kibiców. Po słabym sezonie, PGE Marma wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i dała mi szanse rehabilitacji – mówił przed obecnym sezonem Lee Richardson, dla którego było to już trzeci rok startów w klubie ze stolicy Podkarpacia.

Niestety, obecny sezon w wykonaniu Richardsona był… jeszcze gorszy od poprzedniego. Pasywna jazda i mizerne zdobycze punktowe sprawiły, że dla Anglika zabrakło miejsca w składzie na mecz z Unibaksem Toruń (spotkanie ostatecznie nie doszło do skutku), a na feralny mecz do Wrocławia pojechał tylko dlatego, że nie w pełni sił był inny zawodnik rzeszowskiej drużyny, Fin Joonas Kylmaekorpi.

Zawsze uśmiechnięty, pogodny
- Lee był fantastycznym facet.. Zawsze uśmiechnięty, pogodny. W czwartek dostał od klubu nowe silniki. Wreszcie był zadowolony, bowiem wszystko wskazywało na to, że “dogadał” się ze sprzętem. Cieszył się na wyjazd do Wrocławia. Rozmawialiśmy jeszcze w czasie powrotu z prezentacji do parku maszyn, liczył na dobry występ. Wcześniej był załamany swoimi słabymi występami. Wiedział, że zawiódł klub, kibiców. Robił wszystko, aby zmienić ten stan rzeczy – dodaje Welc.

Po ostatnim meczu ligowym w Rzeszowie, Richardson sfrustrowany swoim słabym występem nie wyszedł po spotkaniu wraz z innymi zawodnikami do kibiców, by podziękować im za doping. Zapewne chciał uniknąć kolejnej porcji gwizdów, skierowanej pod jego adresem. W tym momencie jednak nikt nie przypuszczał, że dwa tygodnie później wydarzy się taka tragedia i Lee Richardsona nie zobaczymy już nigdy w kevlarze PGE Marmy, ani żadnego innego klubu…

Lee zostawił żonę Emmę i trzech synów: Josha, Jake’a i Jensona.

Marcin Jeżowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.