PGE Marmie zabrakło „Powera”. ZDJĘCIA

Jurica Pavlic (na prowadzeniu) był w niedzielę jednym z najjaśniejszych punktów PGE Marmy Rzeszów. Słabiej pojechał za to Rafał Okoniewski (z prawej), który był bohaterem poprzedniego meczu w Gnieźnie. Fot. Wit Hadło

ENEA EKSTRALIGA. Drugi mecz przed własną publicznością i druga porażka rzeszowskich żużlowców.

Bez kontuzjowanego Nicki Pedersena drużyna PGE Mamry Rzeszów w „Derbach Południa” nie sprostała aktualnemu mistrzowi Polski, Unii Tarnów, która przed niedzielnym meczem… zajmowała ostatnie miejsce w tabeli.

ZOBACZ ZDJĘCIA

Absencja „Powera” spowodowana była kontuzją (złamanie ręki), odniesioną dzień wcześniej w Grand Prix Szwecji. Kierownictwo rzeszowskiej drużyny nie zastosowało za Pedersena „zastępstwa zawodnika”, gdyż wiązałoby się to z minimum 14-dniową absencją Duńczyka. – Po konsultacji medycznej Nicki stwierdził, że za dwa tygodnie będzie gotowy do startów i chce pojechać w Grand Prix Czech (18 maja). Obawialiśmy się formy Dennisa Anderssona, który nie miał okazji trenować na naszym torze i nie zdążył nawet przywieźć sprzętu (startował na motorach Walaska – przyp. red.) na to spotkanie, bowiem został ściągnięty w trybie awaryjnym – mówiła prezes Speedway Stali Rzeszów, Marta Półtorak. W zespole Marka Cieślaka zabrakło innego Duńczyka, Leona Madsena, który w środowym meczu swojej rodzimej ligi doznał wstrząśnienia mózgu.

Laguta nie do ugryzienia
Zgodnie z przypuszczeniami emocji w meczu nie brakowało. Po 4 biegach rzeszowianie prowadzili już 15-9, by po następnych czterech gonitwach tracić do „Jaskółek” już 2 „oczka” (23-25). Rzeszowianie, jakby podłamani brakiem swojego lidera, na dzień dobry przegrali podwójnie i już od drugiej gonitwy trzeba było odrabiać straty. Udało się to błyskawicznie. W głównej mierze to zasługa par: Okoniewski – Pavlic i Walasek – Sówka, które przywiozły do mety 10 punktów. Ten ostatni stoczył fantastyczny, a co najważniejsze zwycięski pojedynek z Januszem Kołodziejem.

– Tor nam bardzo sprzyja, jest nasączony wodą. Oby tak dalej – mówił bohater wyścigu nr 4. W kolejnym spotkały się duety, które swoje pierwsze biegi wygrały podwójnie. Za ciosem poszli goście, którzy znowu triumfowali 5-1. – Zmieniłem motocykl, ale to ciągle nie jest to. Walczymy dalej i myślę, że czekają nas emocje do samego końca – prorokował po wygranym 7. biegu Janusz Kołodziej. I miał rację. On, podobnie jak Maciej Janowski i Martin Vaculik, jeździli w kratkę. Nieoczekiwanie pierwsze skrzypce grał pozyskany z bydgoskiej Polonii Artiem Laguta, który zdobył płatny komplet punktów. Języczkiem u wagi była postawa i bardzo ważne punkty juniora, Kacpra Gomólskiego.

Zabrakło punktów kapitana
Jedyny jasnymi punktami w talii Dariusza Śledzia był Grzegorz Walasek i Jurica Pavlic. Rzeszowianom brakowało punktów Rafała Okoniewskiego, który był bohaterem meczu w Gnieźnie, a w niedzielę przełożył się dopiero na swój ostatnie bieg. W kratkę jeździli także Dennis Andersson i Dawid Lampart. O ile jeszcze od tego pierwszego cudów nie można było się spodziewać, o tyle od Lamparta, który tor przy Hetmańskiej zna jak własną kieszeń, na pewno można wymagać znacznie więcej.

Nie wiedzieć czemu rzeszowianie zaraz po starcie zazwyczaj wynosili się na zewnętrzną, która w niedzielę „nie nosiła”. Przed biegami nominowanymi gospodarze tracili do Unii 4 punkty. Remis w przedostatniej gonitwie sprawił, że tylko wygrana 5-1 w ostatnim wyścigu ratowała dla gospodarzy remis. Niestety, goście w swoich szeregach mieli Artiema Lagutę i Macieja Janowskiego.

Marcin Jeżowski