Ponad 100 tysięcy za miejsce w parlamencie

Europoseł Kowal zapłacił w zeszłym roku na PiS w którym już nie jest 19 tysięcy złotych

PODKARPACIE. Jakie kwoty są w stanie zapłacić politycy za  premiowane mandatem miejsce na listach wyborczych.

Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią, politycy tym bardziej, mimo, że części z nich daleko do bycia dżentelmenem. Rzeczywiste koszty kampanii wyborczej są pilnie strzeżoną tajemnicą partii i kandydatów. Aby mieć pewność dostania się do Sejmu trzeba wyłożyć więcej niż pozwala na to prawo.

Niektóre wysokie miejsca na listach wyborczych na Podkarpaciu mogą kosztować nawet 100-150 tysięcy. Jeden z naszych rozmówców ujawnia, że w środowisku parlamentarzystów przyjmuje, że koszty kampanii zwracają się po roku zasiadania w ławach na Wiejskiej w Warszawie. Krążą plotki o tym ile niektórzy płacili, by dostać “premiowane” miejsce. Ponoć jeden z bardzo znanych biznesmenów kilka lat temu na kampanię wydał (łącznie ze specjalną wpłatą na rzecz partii, która miała go wypromować) 700 tysięcy złotych. Miał jednak pecha. Do parlamentu nie dostał się.

Miejsce na listach kosztuje w zależności od popularności danej partii i ilości mandatów na które można liczyć. Może to być 5, 10 tysięcy, a nawet kilkaset tysięcy. W oświadczeniach majątkowych niektórych posłów można np. przeczytać, że brali kredyty po 20 tys. na kampanię.

Płaci każdy z partyjnego nadania

Gdy się już szczęśliwiec dostanie do parlamentu to i tak dalej musi płacić. W każdej partii obowiązują nieoficjalne składki, płaci się na klub parlamentarny oraz na lokalne struktury. Są to kwoty nawet do tysiąca złotych miesięcznie. W pewnym stopniu na utrzymanie partii idą też pieniądze z kwot na utrzymanie biur. Najczęściej są one jednocześnie siedzibami partii, zaś asystenci poselscy faktycznie pracownikami aparatu partyjnego. Płacić muszą zresztą nie tylko posłowie, ale również samorządowcy, radni, osoby które z nadania politycznego dostały intratne posady. Zazwyczaj są to setki złotych, chociaż bywają i wyższe kwoty. Burmistrz jednego z niewielkich miast dostał od lidera partii, która go poparła propozycję nie do odrzucenia: 2 tysiące do ręki miesięcznie. Ten odmówił, bo popularność i tak gwarantowała mu wybór. Wielu jednak płaci.
Według “Wprost” cztery główne partie dostały w zeszłym roku ok. 57 milionów złotych darowizn. Do tego doszły oficjalne subwencje państwowe: PO – 40 mln, PiS 38 mln, PSL – 15 mln, SLD – 14 mln. Z danych tygodnika wynika, że np. minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski zapłacił swej partii 2400 złotych w zeszłym roku, wicemarszałek Grzegorz Schetyna 4800, ale już np. europarlamentarzyści: Wojciech Olejniczak, Ryszard Czarnecki czy Paweł Kowal po 19 tys.

Poseł z długami

Niekiedy dla przywykłego do luksusów polityka nawet wysokie – dla zwykłego zjadacza chleba – uposażenie parlamentarne, może okazać się za niskie. Jeden z posłów obecnej kadencji popadł w tarapaty finansowe po rozwodzie, była małżonka odebrała mu część majątku, zostawiła z kredytami i obciążyła wysokimi alimentami. Startować teraz nie będzie, ale liczy na intratną posadę w jednej ze spółek. Swego czasu głośno było o problemach z płaceniem alimentów znanych polityków, m.in. Przemysława Gosiewskiego i Ludwika Dorna.
- Każda kampania to potworny stres jeżeli nie jest się na jedynce dużej partii. Wielu z nas nie dostając się na Wiejską może mieć poważne kłopoty finansowe. Prawie każdy inwestował w czasie kadencji w domy i samochody, często jednak zaciągając pokaźne kredyty. A jedna kadencja może starczyć na ich spłatę – dodaje jeden ze znanych lokalnych polityków.

Szymon Jakubowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.