Posterunkowy Młot dał im nowe życie

Posterunkowy Witold Młot pokazuje, gdzie chłopcy wpadli do wody. Fot. Autor

Policjant uratował tonących chłopców. Gdyby nie on, nie wróciliby już do domu.

Wydarzenia sprzed tygodnia na długo pozostaną w pamięci mieszkańców Przemyśla. Wieść o dramacie nad rzeką szybko się rozeszła. Wszyscy mówią o bohaterskim czynie młodego funkcjonariusza, który uratował życie dwóm chłopcom. Gdyby nie posterunkowy Witold Młot, 13-latek i jego młodszy kuzyn nie wróciliby do swoich domów.

Chociaż rzeka w tym miejscu nie jest głęboka, nie ma wątpliwości co do tego, że chłopcy byli bliscy śmierci. Sami, bez pomocy dzielnego policjanta, nie byliby w stanie wydostać się na brzeg. Nie mieli szans nawet na wspięcie się na krę. Przekonany jest o tym mł. bryg. Daniel Dryniak, zastępca dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Komendzie Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Przemyślu. – Osoby wysportowane mają ogromne trudności z powrotem na lód, a co dopiero dzieci – wyjaśnia.

Najgorsze, co może się stać w takiej sytuacji, to wpłynięcie pod lód. Dokładnie tak stało się z 11-latkiem. Nurt rzeki wciągnął go pod taflę lodową. Żeby się wydostać, musiał głową przebić twardą pokrywę. Miał szczęście, że kruchy lód ustąpił. Chwilę później poczuł szarpnięcie. Ktoś wyciągnął go na brzeg. Był to posterunkowy Witold Młot, który chwilę wcześniej uratował jego kuzyna.

Chciał tylko umyć zabłocone buty

Wszystko zaczęło się w czwartkowe popołudnie (1 marca). Chłopcy poszli pobawić się nad rzekę. I byłyby to ostatnie ich chwile. Przed powrotem do domu, ok. godz. 15, starszy z nich chciał wyczyścić buty. Wpadł na pomysł, że umyje je w rzece. Nie wiedział, że za chwilę zabawa zmieni się walkę o życie. Kiedy 13-latek wszedł na lód, usłyszał trzask. Nim się zorientował, był już w lodowatej wodzie. Prąd znosił go coraz dalej. Nie miał siły na powrót na brzeg. Organizm odmawiał posłuszeństwa, nogi i ręce nie chciały słuchać, jakby należały do kogoś innego. Zimna woda zapierała mu dech w piersiach. Zapomniał o brudnych butach. Teraz liczyło się jedno: utrzymać głowę ponad wodą. Tymczasem pozostawiony  na brzegu młodszy chłopiec zorientował się, że jego kuzyn znalazł się w niebezpieczeństwie. Ruszył mu na pomoc, ale i pod jego ciężarem lód nie wytrzymał. Obaj rozpoczęli walkę o życie. Teraz zagrożone były dwa istnienia. Na szczęście, dostrzegł ich z daleka jeden z przechodniów. Ciszę przerwał krzyk.

To miał być zwykły dzień

W tym samym czasie posterunkowy Witold Młot, mieszkający w jednym z bloków nieopodal rzeki, wychodził właśnie z domu. Dzień wcześniej pełnił służbę, więc czwartek miał wolny. Skierował kroki w stronę parkingu, gdzie zostawił samochód. Był już prawie przy aucie, gdy usłyszał znad rzeki wołanie o pomoc. Z tego co zrozumiał, ktoś się topił. Posterunkowy rzucił się w stronę Sanu. Jak szalony popędził w miejsce, z którego dochodziły krzyki. W biegu zdjął buty i kurtkę. Kiedy znalazł się na brzegu, przeszukał wzrokiem taflę rzeki. Zobaczył wystającą z wody głowę. Wiedział, że tylko od niego zależy, czy ta osoba przeżyje. W jego rękach nagle znalazło się ludzkie życie.

Przydało się policyjne szkolenie

Świeżo upieczony policjant rozpoczął służbę w Komendzie Miejskiej Policji w Przemyślu niespełna dwa miesiące temu. Na szkoleniu w Katowicach został przygotowany na takie sytuacje. Wiedział, co ma robić. Bez zastanowienia rzucił się na ratunek. Funkcjonariusz był świadomy, że woda w tym miejscu nie jest zbyt głęboka, ale zdradliwa. Silne prądy mogą bez problemu porwać dorosłego mężczyznę. Ostrożnie położył się na krze, by móc dosięgnąć chłopca. Ten powiedział mu, że w wodzie jest jego kuzyn. Drugi nastolatek był dość daleko, ok.10 metrówod brzegu. Na szczęście, posterunkowy Młot zdążył do niego dotrzeć, zanim nurt poniósł go w dół rzeki.

Wyziębieni chłopcy trafili do szpitala, gdzie udzielono im pomocy. Jeden skarżył się na bóle głowy i brzucha. Obaj wrócili już do domu. Dziś po tych dramatycznych wydarzeniach pozostały jedynie przykre wspomnienia. Nauczkę, którą otrzymali zapamiętają na długo.

Rozpoczął karierę od nagród i pochwał

28-letni posterunkowy Witold Młot został szybko okrzyknięty bohaterem. Od pamiętnego czwartku słyszy same pochwały pod swoim adresem. Wszyscy gratulują mu odwagi. Przez zwierzchników stawiany jest za wzór. W miniony poniedziałek (5 marca) w KMP w Przemyślu odbyła się uroczystość, podczas której odbierał gratulacje i wyróżnienia. Specjalnie dla niego do gmachu przy ul. Bohaterów Getta przybył  Podkarpacki Komendant Wojewódzki Policji – insp. Zdzisław Stopczyk, prezydent miasta – Robert Choma, vice starosta – Marek Kudła, a także kapelan policji przemyskiej – ks. Janusz Mączka oraz kapelan garnizonu przemyskiego – ks. komandor Wojciech Szerszeń. Bohater otrzymał m.in. listy gratulacyjne, statuetkę z dedykacją oraz nagrodę pieniężną. Rodzice chłopców także podziękowali policjantowi za uratowanie życia ich dzieciom.

“Nie jestem bohaterem”

Posterunkowy Witold Młot nie może odnaleźć się w roli herosa. Powtarza, że zrobił tylko to, co do niego należało. – Ratowanie życia to mój obowiązek. Wstąpiłem do policji po to, by pomagać innym – mówi skromnie. Największą nagrodą dla dzielnego policjanta jest życie chłopców. – Cieszę się, że są cali i zdrowi, to jest najważniejsze – dodaje. Posterunkowy Młot w środę wrócił do swoich obowiązków. Wspólnie z kolegami z Wydziału Wywiadowczo-Interwencyjnego dbają o nasze bezpieczeństwo.

Lód jest kruchy jak ludzkie życie

- Każde wejście na lód, czy to przypadku zbiornika ze stałą wodą, czy rzeki, jest ogromnie niebezpieczne. Nigdy nie można być pewnym tego, że lód wytrzyma nasz ciężar – tłumaczy mł. bryg. Daniel Dryniak z KM PSP w Przemyślu. Na grubość lodowej pokrywy wpływa wiele czynników. W jednym miejscu lód może być grubszy przy brzegu, ale już parę metrów dalej stabilniejszy może być bliżej środka rzeki. Wchodząc na skutą lodem rzekę bez specjalistycznego sprzętu, takiego jak odzież flotacyjna, linka zabezpieczająca lub śruba lodowa, ryzykujemy życiem. Od momentu wpadnięcia do lodowatej wody mamy około 5 minut na ratunek. Organizm bowiem szybko wychładza się. Możemy stracić przytomność i utonąć. Oprócz walki z czasem, tonący musi próbować utrzymać się na wodzie, co nie jest wcale łatwe. Grube, zimowe ubranie ciągnie nas w dół. Dlatego pomocy w takich sytuacjach należy udzielać z rozwagą. – Jeśli nie czujesz się na siłach, zadzwoń po pomoc i staraj się udzielić pomagać z brzegu – ostrzega mł. bryg. Daniel Dryniak. Często zdarza się, że sam ratujący potrzebuje pomocy. Dowódca specjalistycznej grupy wodno-nurkowej wie, co mówi. W lutym 2010 roku został ciężko ranny w akcji ratunkowej. Doznał wtedy wielu poważnych obrażeń. Stracił ponad trzy litry krwi. Przez kilka kolejnych dni sam walczył o życie. Dziś w pełni zdrowia nadal ratuje innych.

Ewa Faber

 

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.