Poważny człowiek i bajki

Wojciech Jama prezentuje jedną z perełek swojej kolekcji. Album z historią obrazkową „La famille Fenouillard” prawdopodobnie z 1904 roku (4 wydanie), autorstwa jednego z prekursorów komiksu Marie-Louis-Georges Colomb ps. Christophe (1856 - 1945). Fot. Elżbieta Krupińska

Wojciech Jama prezentuje jedną z perełek swojej kolekcji. Album z historią obrazkową „La famille Fenouillard” prawdopodobnie z 1904 roku (4 wydanie), autorstwa jednego z prekursorów komiksu Marie-Louis-Georges Colomb ps. Christophe (1856 – 1945). Fot. Elżbieta Krupińska

SuperWywiad z WOJCIECHEM JAMĄ, entuzjastą i kolekcjonerem przedmiotów związanych z komiksem oraz dobranockami z okresu PRL.

- Stary chłop, a zajmuje się bajkami i komiksami. Jak często Pan to słyszy?
- Prawie cały czas. W Polsce komiks, zabawki, filmy animowane są kojarzone jako fajna rzecz dla dzieci, z tego się powinno wyrosnąć. Więc jest coś podejrzanego w tym, że człowiek poważny zajmuje się takimi niepoważnymi rzeczami (śmiech).

- Ano właśnie. W oczach innych osób może Pan uchodzić za niedojrzałego. Nie przeszkadza to Panu?
- Jak ktoś ma z tym problem, to jego sprawa. Jeśli ktoś ma potrzebę udowodnienia, iż jest człowiekiem szalenie poważnym, to leczy kompleksy. Gdy zacząłem się stawać świadomym kolekcjonerem, zgłębiającym temat, wnikającym w historię, pracowałem w… policji. Wykonywałem odpowiedzialny zawód, realizowałem się w życiu. Mam żonę, syna – dziś już dorosłego – więc jako ojciec też się chyba spisywałem. W każdym z nas tkwi dziecko, lecz muszę podkreślić, że do swoich zainteresowań podchodzę bardzo na serio. Absolutnie nie uważam, że zajmuję się czymś niepoważnym. Nie obchodzi mnie, co ludzie mówią. Grunt, że mam tolerancyjną żonę (śmiech).

- To musi być prawda, skoro pozwoliła Panu urządzić w kuchni małe muzeum.
- Akurat te puszki po kawie i herbacie, na które pan spogląda, to jej zbiór. Razem z żoną chodzimy po targach staroci.

- Na Zachodzie jest inaczej?
- W krajach cywilizowanych rynek antykwaryczny zabawek działa na dużą skalę. To bynajmniej nie jest rzecz dla dzieci, czasami te przedmioty osiągają bardzo wysokie ceny. U nas ciągle brakuje świadomości, że zabawka z przedmiotu użytkowego staje się zabytkiem kultury materialnej.

Figurki Tytusa i A'Tomka otrzymane w darze od znajomego kolekcjonera Pawła Pasterza.

Figurki Tytusa i A’Tomka otrzymane w darze od znajomego kolekcjonera Pawła Pasterza.

- Wygląda na to, że zabawki najpierw są dla dzieci, a później dla dorosłych.
- O ile przeżyją (śmiech).

- W czasach zalewu chińszczyzną to faktycznie może być nie lada wyczyn.
- To nie do końca tak. Chińczycy są w stanie zrobić wszystko, stworzyć piękne zabawki dla wymagającego klienta. No, ale jak łykamy tandetę, to jest jak jest. Na rynku kolekcjonerskim nie brakuje figurek z filmów animowanych, za które trzeba zapłacić kilka tysięcy euro. Tymczasem przez kilka dziesięcioleci PRL-u niezbyt szanowaliśmy własny dorobek kulturalny, nie potrafiliśmy tego pożytkować. Filmy z Bolkiem i Lolkiem czy Gąską Balbinką były fajne, ale o przedmiotach kolekcjonerskich nikt nie myślał. Zaniedbania próbował nadrabiać przemysł prywatny, drobni rzemieślnicy. Ten potencjał nie został jednak wykorzystany.

- Pierwszym bohaterem, który rozpalał wyobraźnię młodych Polaków, był Koziołek Matołek.
- Stworzony przez rysownika Mariana Walentynowicza i pisarza Kornela Makuszyńskiego. Pojawienie się na początku lat 30. XX wieku historyjki obrazkowej, inaczej mówiąc – komiksu – z Koziołkiem Matołkiem to było w kraju wydarzenie, absolutna nowość. Książeczkę wykupiono na pniu, więc wydawca, Gebethner i Wolff, zdecydował się na kontynuację serii. Do wybuchu wojny powstały cztery księgi przygód Koziołka Matołka, a także historyjki o małpce Fiki-Miki, wawelskim smoku i królewnie Wandzie. Na fali popularności sporo historyjek obrazkowych publikowało się w ówczesnej prasie: „Wędrowcu”, „Świecie Przygód”, „Karuzeli”. Ukazywała się też licencyjna, disneyowska „Gazetka Miki” – kolorowa, pięknie wydawana. Coś się zatem ruszyło, choć na tle innych krajów to wciąż była mizeria. Bohaterowie historyjek Niemca Wilhelma Buscha pojawiali się już od połowy XIX wieku w pięknych, liczących 500 stron albumach z twardą okładką!

- Gdyby nie było PRL-u i żelaznej kurtyny, to taki „Bolek i Lolek” mógłby się stać ikoną masowej kultury na podobną skalę, co „Kaczor Donald” albo „Smerfy”?
- Niewykluczone. Na Zachodzie o popularności decydował rynek. Jak coś się czytelnikom podobało, to wydawca i twórcy kuli żelazo póki gorące i powstawał z tego wielki przemysł. Idealnym przykładem choćby seria komiksów o przygodach podróżnika Tintina. Jego twórca, rysownik Herge (właściwie Georges Prosper Remi), doczekał się pod Brukselą własnego muzeum. W Polsce nic takiego nie miało miejsca, bo byliśmy na peryferiach obiegu kulturalnego, mimo że posiadaliśmy i posiadamy bardzo zdolnych artystów. Ale wie pan, i tak jest lepiej. Nie zaczął pan naszej rozmowy od pytania, czy komiks jest sztuką, jeszcze kilkanaście lat temu sztandarowego. Oczywiście, że jest. W takim samym stopniu co film czy literatura. W kioskach można kupić Harlequiny – to literatura, tylko, że niskich lotów. Z komiksem, ze sztuką animacji jest identycznie. Mamy rzeczy słabe, średnie i wybitne.

WojciechJama (19).jpg

- No, ale co z tym „Bolkiem i Lolkiem”?
- Cóż, to najlepszy przykład zmarnowanego potencjału. „Bolek i Lolek” cieszył się np. dużą popularnością w Niemczech. Ale czy ktoś próbował to wykorzystać? Nawet nie produkowano figurek. Próby podejmowali prywaciarze, z marnym skutkiem. U mnie w gablocie znajdują się Bolek i Lolek oraz Tola. Lecz gdyby nie to, iż Tola stoi między Bolkiem a Lolkiem to by się pan po urodzie nie domyślił, że to jest serialowa przyjaciółka braci. Zaniedbania pokutują do dzisiaj. Proszę zwrócić uwagę na kinder niespodzianki. Rosjanie umieszczają tam „Wilka i Zająca”, Czesi – „Krecika” oraz Pata i Mata, czyli „Sąsiadów”, Niemcy – „Pszczółkę Maję” i „Piaskowego Dziadka”. A u nas? Pustka. A przecież bohaterów nie brakuje. Oprócz „Bolka i Lolka” to choćby „Tytus, Romek i A`Tomek”, „Kleks”, „Reksio”, „Kajko i Kokosz”. Długo by wymieniać.

- Sęk w tym, że dzisiejsze dzieciaki oglądają głównie zachodnie produkcje. Mój niespełna 8-letni syn w rzeszowskim Muzeum Dobranocek lekko się wynudził, bo dla niego „Jacek i Agatka” to czysta abstrakcja. To ja się tam dobrze bawiłem!
- Nie dziwię się, od początku twierdziłem, że dorośli będą się tam lepiej bawić. Natomiast ze strony urzędników miejskich słyszałem: super, co za wspaniała rzecz dla dzieci! Za cholerę nie mogli „zajarzyć”, że placówka jest dla osób w każdym wieku. Dzieci powinny tam chodzić w towarzystwie dorosłych. To w tym muzeum bardzo często stykają się bowiem z dobranockami swoich rodziców. No i jest to doskonały pretekst, by zachęcić własne dzieci do obejrzenia naprawdę wartościowych, czasem mniej znanych animacji. Ot choćby „Gapiszon”, „Gucio i Cezar” czy mój ukochany „Zaczarowany ołówek”. Tam działy się historie prawie kryminalne, sensacyjne!

- Moje dzieciństwo przypadło na połowę lat 80. Wyrywaliśmy sobie z kolegami komiksy z „Tytusem” czy „Kajko i Kokoszem”. Nie przypominam sobie jednak, by komiksy czytali nasi rodzice.
- Cóż, komiks w PRL-u był traktowany bardzo podejrzliwie, jako produkt zgniłego kapitalizmu. Rzecz wywrotowa, która deprawuje dzieci i młodzież, wręcz wychowuje bandytów, jak to się dzieje w Ameryce. Ta narracja obowiązywała w latach 50. i 60., potem było nieco lepiej, lecz piętno pozostało. Oczywiście, gdy zorientowano się, jaką komiks cieszy się popularnością, wykorzystywano go do celów propagandowych. Co ciekawe, przez długi czas nie pojawiało się określenie „komiks”. Seria o kapitanie Żbiku czy Hansie Klossie nazywana była kolorowymi zeszytami, zeszytami typu komiksowego. Branżowy magazyn „Relax” ogłosił nawet konkurs dla czytelników na polski odpowiednik nazwy „komiks”. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo komiks to komiks. Choć dla mnie bardziej pojemnym określeniem są historie obrazkowe. Opowiadanie obrazem towarzyszyło ludzkości od zarania dziejów, czego przykładem płaskorzeźba na kolumnie Trajana czy słynna tkanina z Bayeux.

- Od lat myśli Pan o stworzeniu Muzeum Komiksu, ale zderza się ze ścianą. Może w Polsce nie ma zapotrzebowania na tego rodzaju placówkę? My wolimy zwiedzać miejsca uświęcone krwią, związane z martyrologią narodu.
- Nie jestem przeciwnikiem Muzeum II Wojny Światowej czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie zgadzam się jednak, iż wojna to wspaniała, męska przygoda i „jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie”. Wolę bolesną prawdę, a więc pokazanie flaków ułana. W Polsce chwalimy się klęskami, rozdrapujemy rany, a nie umiemy się cieszyć z tego, co się nam udało. Nie zniechęca mnie to jednak. Jeśli u nas się nie uda, to może u naszych sąsiadów za granicą? Wtedy temat potraktujemy szerzej. My naprawdę nie jesteśmy pępkiem świata… Myślę o Muzeum Komiksu oraz wydawnictwie naukowym, gdyż w Polsce nie istnieje Encyklopedia Komiksu. Albo taki Janusz Christa (twórca „Kajko i Kokosza” – red.), który nie doczekał się poważnej publikacji. Czesi mają trzy encyklopedie, w tym jedną 1000-stronicową, a dorobek Kai Saudka przedstawiono w monumentalnym dziele.

- Miał Pan okazję poznać tych, którzy zawrócili Panu w głowie?
- Tak. Bywałem u Henryka Jerzego Chmielewskiego, czyli Papcia Chmiela. Poznałem też Janusza Christę, Szarlotę Pawel, Tadeusza Baranowskiego i wielu współczesnych twórców. Legendarni w PRL rysownicy bądź ilustratorzy nie zarabiali zbyt dużo i byli traktowani raczej jak wyrobnicy. Bardzo to smutne i nie zmienia tego fakt, iż po latach zostali odznaczeni medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

- Rozumiem, że do tej pory ogląda Pan bajki?
- Ależ naturalnie! I jestem szczęśliwy, bo robię w życiu to, co kocham.

***
Wojciech Jama ma 56 lat, poświęca się kolekcjonowaniu komiksów i ich okolic oraz paru innym tematom (bakelit, stare zabawki, film animowany). Próbuje doprowadzić do utworzenia w Polsce autentycznego Muzeum Komiksu. Od pewnego czasu wspólnie z kolegami z Krakowa, Tomaszem Trzaskalikiem i Arturem Wabikiem pracuje nad dużą wystawą części swoich zbiorów, która będzie miała miejsce w Muzeum Narodowym w Krakowie w 2018 roku. Inicjator powstania Muzeum Dobranocek w Rzeszowie i jego pierwszy dyrektor.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

do “Poważny człowiek i bajki”

  1. Janusz

    Hijena lamusie, kolekcja Wojciecha Jamy jest warta ok 1,2 mln PLN. Turlaj kapsle lamusie!

  2. hijena

    Serdeczne dzięki za wnikliwą analizę moich tekstów,Polecam się na przyszłość.Co polecisz?Zbieranie kapsli od piwa ,czy zuzytyxh biletow MPK

  3. kozak

    Ta hijena to pisze i pisze na wszystkie tematy, czasem z sensem ale częściej jak człowiek zżerany przez nudę i frustracje. Znajdź sobie staruszku jakieś hobby a nie krytykuj zamiłowań innych ludzi. Ten twój komentarz obraża.

  4. hijena

    ten jegomość musi tkwić jeszcze geboko w dzieciństwie ,trzymając taką rupieciarnię.Nie lepiej rozdać te eksponaty rozmaitym domom dziecka ,borykającymi się z finansami?

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.