Praca, w której trzeba być zawziętym

Fot. Archiwum

Czasem rodzice krzywdzą swoje dzieci. Niektóre rodziny nie radzą sobie z alkoholizmem. , Zdarzają się przypadki, że mała dziewczynka albo mały chłopiec są krzywdzeni seksualnie. Gdy na jaw wychodzą te dramaty cały ciężar odpowiedzialności zrzuca się na… pomoc społeczną. Gdzie była? – To jak uderzanie głową w mur. Informacje od nas, że może się coś stać, nie są brane pod uwagę. Możemy sobie pisać, ale żeby była reakcja, musi się coś wydarzyć – przekonują pracownicy socjalni. Jak wygląda więc ich praca?

Anna w pomocy społecznej pracuje od 8 lat. Obecnie jako starszy pracownik socjalny. Już jako dziecko wiedziała, że chce pomagać. Zaczynała wolontariatu. Ukończyła studium opiekuna pomocy społecznej, następnie studia z pracy socjalnej. Potem nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Rozpoczęłam pracę jako pracownik socjalny przyznający świadczenia. Byłam młoda, miałam swoje ideały i myślałam, że będę mogła nieść ludziom pomoc. Bardzo się angażowałam – nie ważne, że był wieczór albo weekend – wspomina. – Po pewnym czasie zrozumiałam, że moje postrzeganie życia podopiecznych różni się z ich wizją. Większość nie oczekiwało wsparcia, jakie ja chciałam im dać. Chodziło tylko o pieniądze.

Przed trzema laty Anna została pracownikiem socjalnym w pogłębionej pracy socjalnej z osobami starszymi i zaburzonymi psychicznie. – Zajmuję się „rzeczami niemożliwymi” – żartuje. Wcześniej na rejonie miałam pod opieką 100 lub więcej rodzin. Interwencje, czy trudne sytuacje zajmowały bardzo dużo czasu. Z drugiej strony nie można było im poświęcić tyle, ile byśmy chcieli. Teraz mogę je doprowadzić do końca.

Jak to wygląda w praktyce? – Dostaliśmy zgłoszenie o rodzinie, która nie wychodzi z mieszkania. Okazało się, że żyją tam trzy osoby – tata i mama w wieku ok 80 lat oraz 50-letnia córka. Z asystą policji i straży pożarnej udało się wejść do środka. Zaburzona psychicznie córka trafiła na leczenie psychiatryczne. Kolejne działania, jakie podjęłam, aby pomóc tym ludziom trwały ok. roku – podkreśla nasza rozmówczyni. – Nawiązaliśmy kontakt z ich rodziną, a także spółdzielnią. Udało się wyremontować ich mieszkanie. Dziś są zaopiekowani. Starszy pan przeszedł zabiegi okulistyczne.

To duże sprawy, ale są też z pozoru błahe. – Musiałam nauczyć 50-latkę funkcjonowania od podstaw – obsługi telefonu czy poruszania się komunikacją miejską. Razem kupowałyśmy bilet, wsiadałyśmy do autobusu i jechałyśmy do środowiskowego domu – wylicza Anna. – To wymaga łącznia „interdyscyplinarych” działań. W tym zawodzie trzeba być mocno zawziętym oraz mieć dużo empatii – podkreśla. Śmieje się, że „na rejonie”, była bardziej lubiana, bo dawała zasiłki. Obecnie jej praca jest bardzo interwencyjna, często wymaga niezwykle trudnych decyzji np. skierowania podopiecznego na przymusowe leczenie czy umieszczenia w domu pomocy.

Naprzeciw chory, a w kącie siekiera

W reakcji na drastyczne kroki próżno szukać wdzięczności. Pracownicy socjalni rzadko są witani z otwartymi rękami. W ubiegłym roku Najwyższa Izba Kontroli ujawniła szokujący raport. Prawie 98 proc. z nich zadeklarowało, że było świadkiem przemocy, a ponad 81 proc. doświadczyło jej osobiście. Z agresją fizyczną spotkało się prawie 50 proc. ankietowanych. Zdarzały się napaści z nożem, siekierą, a nawet kosą. Niektórym uszkodzono samochód. Wyzwiska czy groźby usłyszało aż 86 proc. badanych.

Dzięki doświadczeniu pracownicy już na samym wejściu wyczuwają, czy może być niebezpiecznie. – Niektórzy ludzie mają odruch zamykania drzwi na klucz. Na szkoleniach zawsze nas uczulają, żeby zwracać na to uwagę. Zwłaszcza, gdy wchodzę do osób zaburzonych psychicznie – często niezdiagnozowanych albo nieleczonych – przyznaje Anna. Pracownice, jeśli mogą, umawiają się z dzielnicowym albo koleżanką po fachu, ale często nie towarzyszy im nikt. Wtedy się zabezpieczają. – Wysyłam do koleżanki sms z informacją, gdzie jestem, albo proszę, żeby za chwilę do mnie zadzwoniła. Zdarzały się sytuacje, że siedziałam naprzeciw osoby zaburzonej psychicznie. Obok niej stała siekiera, którą w każdej chwili mógł chwycić. W takich momentach trzeba być czujnym i wiedzieć, kiedy wyjść – zauważa. Sama do tej pory doświadczyła „tylko” słownej agresji.

Beata spotkała się z bezpośrednim atakiem. Od niedawna pełni funkcję kierownika działu usług w ośrodku pomocy społecznej, ale przez kilkanaście lat była koordynatorem asystentów rodzin. Przyznaje, że zagrożenia są ogromne. – Przychodziłam do domu, w którym zostałam zaatakowana. Podopieczny organizował ustawkę na mnie i moje dziecko. „Ustawiał” ludzi, gdzie mają podjechać, gdzie się spotkać, i jak mnie „załatwić“. Dostał wyrok nakazowy, tylko dlatego, że były mocne dowody. Skazano go na prace społeczne i tyle. A ja nadal chodziłam do tej rodziny i patrzyłam temu panu w oczy – mówi z ironią.

Jej koleżanka też spotkała się z napaścią. – Mężczyzna wykręcił mi ręce. Dobrze, że był przy tym pan, który go powstrzymał, bo nie wiadomo, jakby się to skończyło. Tamten człowiek był bardzo agresywny. Podejrzewaliśmy, że jest niepełnosprawny, ale badania psychiatryczne wykazały, że jest zdrowy – zauważa Beata.

Sąd go skazał, ale pokrzywdzona jeszcze przez 2 tyg. odwiedzała rodzinę, w której została napadnięta. Bo w ośrodkach brakuje kogoś na zastępstwo.

Pojęcie brudu jest względne

– Asystenci są ostatnim ogniwem w pomocy społecznej – mówi Beata. – Jeżeli pracownik socjalny przydziela pomoc finansową, pogłębiona praca socjalna odkryje problemy, a wiodącym jest problem opiekuńczo-wychowawczy, to rodzina zostaje przekazana do współpracy z asystentem – tłumaczy. Podkreśla, że napotykają na osoby niepełnosprawne, zaburzone psychicznie, uzależnione, przemocowe. – Deficyty, które złączyły się na dysfunkcję czy nawet patologię w danej rodzinie bywajążne, dlatego nasza praca musi się skupić na wszystkich, żeby rodzina wyszła z problemu. Przy ich znikomych zasobach oraz dziedziczeniu biedy i bezradności to trudne – nie ma złudzeń kierownik.

Asystenci nierzadko wypełniają zadania kuratora, pedagoga, psychologa, lekarza, opiekunki, korepetytora, a niekiedy sprzątaczki. – Słyszałyśmy różne komentarze, czy będziemy ich seksualizować, wyprowadzać psy na spacer. To upokarzające, ale na co dzień się z tym borykamy. I wiemy, że jeżeli nie pokażemy pani, że z psem trzeba wychodzić 3 razy dziennie, to ona tego nie zrobi – zaznacza nasza rozmówczyni.

– Miałam takie zdarzenie, że dzieci trafiły do pieczy zastępczej, potem wróciły do domu. Rodzina uzależniona od alkoholu. Mama po dwóch udarach, ojciec po trzech. I syn, który masturbuje się w obecności młodszego brata. Razem z nimi mieszkał pies. Był zaniedbany. Załatwiał się na podłodze. Dałam im 2 tygodnie na poprawę – opowiada. Nic się nie zmieniło. Zwierzę trafiło do schroniska. – Syn na mnie nakrzyczał, że zrobiłam mu obciach na całą klatkę i wróci po tego psa. Odpowiedziałam: „Pamiętaj, że był skrajnie zaniedbany i jeśli po niego pojedziesz, zapłacisz karę”. Wycofał się.

Nie zawsze wzorce i priorytety pracowników pokrywają się z tymi, jakie mają ich podopieczni. – Myślimy sobie, np. że jest brudno, ale to pojęcie względne. Dla ludzi, wychowywanych w takich środowiskach to nieporządek dnia codziennego. Trzeba im więc tłumaczyć: „brudne ubrania zbieramy z podłogi i wynosimy do prania, śmieci nie wyrzucamy za okno czy pod nogi, tylko do kosza, a wody po umyciu nie wylewamy za drzwi, bo przecież jest kanalizacja. To prozaiczne rzeczy, ale nie potrafią tego zrobić – podkreśla Beata. Tak jak innych rzeczy, dlatego wachlarz działań pracowników jest szeroki – Umieszczamy podopiecznych w szpitalach, jeździmy do lekarzy, konsultujemy z pielęgniarkami, jakie leki mają zażyć – wylicza kierowniczka. – Mamy zadaniowy czas pracy, więc jesteśmy dostępne w świątek, piątek i niedzielę – od 6 rano do 22. Bywa, że i o 4 rano odbieram telefon z płaczem: „On jest agresywny, pijany. Co mam zrobić?“

Rodzina tańsza niż dom dziecka

Mimo że wydaje się to niemożliwe, powtarzającym się problemem jest analfabetyzm. Rodzice nie potrafią pomóc w lekcjach dziecku w 1 klasie szkoły podstawowej. Nie mają umiejętności na tym poziomie, albo im się nie chce. – W jednej z rodzin matka była upośledzona umysłowo. Ojciec uzależniony od alkoholu. Z pieniędzy ze świadczeń wynajmował adwokatów, żeby tylko wybronić się przed leczeniem odwykowym – wspomina Beata. – Prosiłam, żeby dzieci zaraz po szkole przychodziły do domu, siedziały z mamą, nawiązywały z nią poprawne relacje. Okazało się, że to było błędne założenie, ponieważ ona niczego ich nie nauczyła – rozkłada ręce. Po rozmowach z kuratorem umieścili najmłodszych w placówce opiekuńczo-wychowawczej wsparcia dziennego, gdzie mogły się uczyć czy zjeść ciepły posiłek.

Po wyczerpaniu wszelkich możliwości wsparcia i pomocy dla rodziny pracownicy specjalni w porozumieniu z asystentami. – Problem w tym, że sąd zawsze daje rodzicom szansę. Tłumaczy, „nie ma jak w domu”. To bywa trudne – nie ukrywa i podaje przykład. – Weszłam do domu o godz. 16. Matka – 2,7 promila. Tata – nie kontaktował. A w domu było czworo dzieci, w tym 2-letnie. Sąd umieścił je na niecałe pół roku w ośrodku, po czym pozwolił wrócić, bo mama się zresocjalizowała, odbyła odwyk. W rzeczywistości została z niego usunięta – kwituje.

Inny przypadek. – Dzieci trafiły do domu dziecka. Zaopiekowane pod względem wychowawczym, opiekuńczym i medycznym. 3 tygodnie później sąd oddał je w pieczę zastępczą do najstarszego brata, który masturbował się przy młodszym. Ręce opadają!

Kluczowa jest jednak kwestia finansowa. Utrzymanie dziecka w placówce to o wiele większy koszt niż świadczenia rodzinne. – Dla nas to niezrozumiałe, bo to dobro dziecka powinno być najważniejsze, ale zabranie go z domu po prostu się nie opłaca – kwituje Beata. I tak ludzie, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci, wychowują po kilkoro.

Gorzej zarabiają tylko na Białorusi

Pandemia nie oszczędziła pomocy społecznej, szczególnie opiekunek, które dziś są na pierwszym froncie. Mają ze sobą środki ochrony i dezynfekcji, w kontaktach z ozdrowieńcami nawet fartuchy jednorazowe. Strach przed zakażeniem zostawiają za drzwiami. – Na to nie ma miejsca. Musimy wykonać swoją pracę – słyszę.

Od godz. 7 do 15 opiekują się osobach po udarach, bez kontaktu, zmieniają im pampersy, myją, rehabilitują, ale też rozpalają w piecu, przynoszą zakupy, albo posiłek. Ich rolę śmiało można porównać do roli pielęgniarki i salowej.

Podczas gdy wszyscy pracują zdalnie, opiekunki, takiej możliwości nie mają. Codziennie jadą w teren, ale mało kto to zauważa. – Czasem docierają do nas informacje, że rodzina jest na kwarantannie, wtedy nie chcemy wchodzić do domu. W odpowiedzi słyszymy bunt: „Proszę pani, ja mam prawo wymagać, bo za to płacę” Tak. 4,80 zł albo 1,60 zł za godzinę pracy opiekunki, które nawiasem mówiąc, są najniżej opłacane – podkreśla Beata. Ale pensja to bolączka wszystkich pracowników pomocy społecznej. Nieważne, że mają wyższe wykształcenie, specjalizacje, muszą mieć wiedzę z prawa, edukacji, a nawet medycyny. Według oficjalnych danych, średnia płaca pracownika z 10 letnim stażem to około 2600 zł – 2700 zł… brutto! Dochód pracownika socjalnego bywa nawet niższy od dochodu osób otrzymujących świadczenia pieniężne z pomocy społecznej.

Z opublikowanego niedawno raportu porównującego wynagrodzenia pracowników socjalnych w Europie wynika, że jedną z najniższych jest średnia zarobków w Polsce. Gorzej mają już tylko na Białorusi.

Gdzie była pomoc społeczna?

Celina w ciągu 18 lat w ośrodku pomocy społecznej pracowała na kilku stanowiskach. Dziś jest pracownikiem socjalnym w pogłębionej pracy socjalnej z problemem opiekuńczo-wychowawczym. – Przez 5 lat byłam asystentem i wiem, że w praktyce jest on za późno wprowadzany do rodzin. Brakowało stanowiska, które zapobiegałoby „pożarowi”, bo w asystenturze są rodziny, w których już się „pali”. Dlatego wprowadzane są obostrzenia, odbierane dzieci, itd. – wylicza pracownica.

W mediach nie brakuje jednak historii o tym, jak to ojciec molestował dzieci, matka z konkubentem się nad nimi znęcała, albo wszyscy byli pijani, a maluchy potwornie zaniedbane. Na koniec zawsze pada to samo pytanie: „Gdzie była pomoc społeczna?” – Z mojego doświadczenia wynika, że tak naprawdę niewiele możemy zrobić – odpowiada Celina.

– Na początku pracy spotkałam się z tym, że po roku asystentury, uczeniu, dotykaniu każdej sfery życiowej rodziny okazywało się, że pani ma naprawdę duży problem alkoholowy, który skrzętnie ukrywała. Zrzucała to na złe samopoczucie. Podejrzewałam o co, chodzi, ale nie przypuszczałam, jak duży był problem – przyznaje. Do czasu. – Był 7 stycznia, kiedy jej 12-letnia córka do mnie zadzwoniła. Ta data wryła mi się w pamięci. Godzina 20., a dziewczynka pyta: „Przyjedzie pani do nas teraz? Bo ja już nie wytrzymam. Mama z babcią piją od świąt.“

Pojechała. Mieszkanie przypominało melinę. Matka była w pościeli, w bardzo złym stanie. Wezwała policję, ale wcześniej babci, z którą łatwiej było się dogadać, poleciła, żeby zadzwoniła po kogoś, kto przyjedzie po dzieci. – Chciałam uniknąć ich instytucjonalnego zabrania. Matka była wściekła, ale porozmawiałyśmy od serca, przeszła leczenie odwykowe i sąd zwrócił jej dzieci. Pytałam jej potem, czy to musiało się stać. Odparła: „Tak, musiało, bo ja nie wiedziałam, w jakim gównie siedzę. U nas zawsze był alkohol, nie znałam innego życia“. W ciągu tygodnia się popijało, a w sobotę i niedzielę było picie na umór – stwierdza Celina. – To było dla niej jak kubeł zimnej wody, ale potem otrzymała pomocną dłoń. A kiedy usłyszałam od jej córki „W końcu nam ktoś pomógł“, wiedziałam, że decyzja była słuszna.

W innej rodzinie dzięki jej interwencji pewna dziewczynka trafiła do ośrodka opiekuńczego. – Jako dorosła wyznała mi: „Jak ja się cieszę, że byłam w domu dziecka. Dzięki temu jestem tu gdzie jestem!“ W końcu ją ktoś zauważył, wspierał – wylicza kobieta. Tylko gdy ona już była bezpieczna, pod opieką matki i konkubenta została jeszcze 3-latka. – Powiedziałam o tym na rozprawie, argumentując, żeby i ją zabrać. Sędzina mi przerwała, mówiąc: „W tej sprawie nie ma rozprawy. Tu rozpatrujemy tylko kwestię starszej dziewczynki“ Trzeba było założyć osobną sprawę – bulwersuje się.

Dlaczego tak długo to trwa? – Bo pracownik socjalny nie ma uprawnień. Nasze informacje, że może się coś stać, nie są brane pod uwagę. Możemy sobie pisać, ale to jak uderzanie głową w mur. Żeby była reakcja, musi się coś wydarzyć – przekonuje Celina. – Potem pytają, gdzie jest pracownik socjalny. Odpowiadamy: „A gdzie rodzina, sąsiedzi? Dlaczego nikt nie reaguje na krzyki?” My za to mamy być jak detektywi. Wiedzieć wszystko – kto z kim śpi, z kim ma dzieci.

Cienie, ale i blaski

Wbrew pozorom Celina w swojej pracy znajduje więcej blasków niż cieni. O tych drugich stara się nie myśleć. – Wiele rzeczy się udaje, jeśli człowiek na początku ustali zasady współpracy, powie, po co przychodzi, czego oczekuję. Moja praca to nie przyznawanie zasiłku. Ja idę z wymaganiami i rozpytaniem, bo dostałam pismo ze szkoły, sądu czy kuratora, ale też pytam: „Jeśli jest źle, w czym ja mogę wam pomóc?”

– Kiedy przychodzą trudne chwile, przypominam sobie te dobre, kiedy po ciężkich sytuacjach słyszałam podziękowania. Jedna z matek, której notabene zabrałam dzieci, opublikowała wyrazy wdzięczności w lokalnej gazecie. Wyszła na prostą, poszła do pracy, jest szczęśliwa – zdradza nasza rozmówczyni. W takich momentach pracownicy socjalni są dumni ze swojej pracy, bo wiedzą, że ma ogromne znaczenie.

– Chcemy pomóc i wierzymy, że ci ludzie mogą wyjść na prostą. A jeśli uda nam się przelać im trochę naszej energii i pokazać inny świat, to dla nas wielki sukces. Nasze wysiłki przynoszą dużo dobrego, dzięki czemu nabieramy wiatru w żagle – wyznaje Celina. – Musimy widzieć przede wszystkim pozytywne strony, bo inaczej byśmy zwariowały!

Imiona w artykule zostały zmienione.

Wioletta Kruk

3 3 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments