Pracując na granicy życia i śmierci

Andrzej Włodyka, lekarz specjalista medycyny ratunkowej, absolwent Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, przez wiele (ok. 15) lat kierownik oddziału pomocy doraźnej w Strzyżowie, przez kilka miesięcy kierownik Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Wojewódzkim Szpitalu Krośnie, aktualnie kierownik Izby Przyjęć, a w niedalekiej przyszłości nowo budowanego Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu MSWiA w Rzeszowie. Asystent Katedry Ratownictwa Medycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Fot. Paweł Dubiel

Andrzej Włodyka, lekarz specjalista medycyny ratunkowej, absolwent Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, przez wiele (ok. 15) lat kierownik oddziału pomocy doraźnej w Strzyżowie, przez kilka miesięcy kierownik Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Wojewódzkim Szpitalu Krośnie, aktualnie kierownik Izby Przyjęć, a w niedalekiej przyszłości nowo budowanego Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu MSWiA w Rzeszowie. Asystent Katedry Ratownictwa Medycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z Andrzejem Włodyką, specjalistą medycyny ratunkowej z Rzeszowa.

- Dlaczego zafascynowała Pana medycyna ratunkowa, praca na „pierwszej linii”, praca, która nie ma wielu chętnych wśród młodych adeptów sztuki lekarskiej. Przecież każdy lekarz jest od ratowania życia?
- Odkąd zacząłem pracować jako lekarz, jeździłem w pogotowiu ratunkowym w karetce, wtedy reanimacyjnej. Od początku podobała mi się praca na „granicy życia i śmierci”. Udzielanie pomocy chorym nieprzytomnym, z zatrzymaniem krążenia, z ciężkimi urazami, była dużym wyzwaniem i sprawiała mi satysfakcję, bo była ciągłą niewiadomą, nigdy nie wiadomo było, co czeka mnie za chwilę. Medycyna ratunkowa była specjalizacją, która dopiero się rozwijała, dawała pole do rozwoju… Nigdy nie żałowałem, że na nią postawiłem i zrobiłem z niej specjalizację i ciągle, mimo że pracuję w niej już 20 lat, znajduję w niej spełnienie.

- Co czuje się, jak uda się przywrócić człowieka z „tamtej strony” do żywych?
- Największą wartością na tym świecie jest ludzkie życie. Podejmując akcję ratunkową nigdy nie wiemy, czy uda nam się przywrócić akcję serca, a jeżeli się uda, to czy pacjenta uda się przywrócić do pełnej sprawności. Prawidłowa, skuteczna reanimacja to powrót pacjenta do życia w dobrej jakości. Dobrze zreanimowany to taki, który potem przyjdzie się pożegnać, gdy wychodzi ze szpitala. Rozmowa z nim, spotkanie go później na ulicy, to największe szczęście dla ratującego, nie ma większej satysfakcji. To, że mogę komuś dać życie, to trudne do opisania wrażenie, wielka satysfakcja i radość i spełnienie.

- Ale przecież nie zawsze się udaje? Co wtedy? Stres?
- Stres wpisany jest w pracę ratującego życie zawsze. I nigdy nie można się przyzwyczaić, zobojętnieć. To niemożliwe. W ratownictwie pracuję już od 20 lat, ale nigdy nie pogodzę się z bezsensownością śmierci, szczególnie dzieci i ludzi młodych, przed którymi jest całe życie. Co czuję? Najczęściej bezsilność, rozgoryczenie, smutek, czasem złość, że gdyby wcześniej, że gdyby…

- Frustrację stres trzeba odreagować. Jak robi to lekarz medycyny ratunkowej, idzie na grzyby, ryby, a może na przekór skacze na bungee?
- Na co dzień nie brakuje mi adrenaliny, więc nie potrzebuję żadnych ekstremalnych przeżyć. Najlepiej odpoczywam w domu i z rodziną, która jest dla mnie najważniejsza. Żona Agata, córki Adrianna i Jagienka są dla mnie całym światem, są najważniejsze. To w zaciszu domu szukam wyciszenia. Uwielbiam grzybobranie, chodzenie po łonie natury. Często wybieramy się na górskie wędrówki razem z najbliższymi. Potem lubimy odpocząć, rozluźnić się gdzieś w SPA, posiedzieć w saunie, łaźni, gabinecie odnowy biologicznej. Poczytać dobrą książkę. Wyciszyć się. Ze sportu bardzo lubię pokibicować zawodnikom Asseco Resovii. Lubimy też popływać.

Reanimując człowieka ratownik wygląda na spokojnego? To pozór czy przyzwyczajenie się, rutyna?
- Nie ma czegoś takiego jak przyzwyczajenie. Reanimując pacjenta, szczególnie dziecko, oczywiście, że jestem na pozór spokojny, muszę mieć zimną głowę tym bardziej gdy obserwuje mnie rodzic/matka dziecka, co jest bardzo częste. Nawet gdy od początku wiem czym może skończyć się reanimacja muszę dochować wszystkich procedur. Chodzi o to by ona/on, a także ja sam, wiedzieli, że zrobiłem wszystko co było możliwe, wszystko co było w mojej mocy, że nie zaniechałem niczego.

- Czy jest coś co tkwi w Panu do dziś?
- Dla mnie i chyba wszystkich ratujących życie, najtrudniejsze są przypadki z udziałem dzieci, szczególnie tych ginących w bezsensownych wypadkach drogowych, gdzie z góry wiadomo, że nic już nie można zrobić… Osobiście nosiłem w sobie reanimację 12- latka, który się powiesił, jedynaka, którego znaleźli dziadkowie. Do dziś rzecz nie do opisania.

- Życie zawodowe lekarza medycyny ratunkowej to pasmo sukcesów czy porażek?
- Nasze życie składa się z radości i smutków. Medycyna ratunkowa uczy nas przede wszystkim pokory. Często po spektakularnym sukcesie, gdy udaje się nam przywrócić do życia osobę „z tamtego świata”, gdy nikt nie rokował dla niego nadziei, gdy wydaje nam się jacy jesteśmy wielcy, bogowie świata, często dostajemy po nosie. I życie sprowadza nas do parteru, pokazuje, jacy jesteśmy bezsilni, mali, że nie możemy przeskoczyć czego nie da się przeskoczyć. Uczy nas pokory.

- Czy bywa tak, że podejmujecie reanimację, kiedy wiecie, że nie ma szans na przywrócenie życia?
- Podejmowanie reanimacji w sytuacji kiedy widoczne są oczywiste oznaki śmierci, plamy opadowe, stężenie pośmiertne, jest wręcz nieetyczne. Nie zdarzyło mi się jednak nie podjąć reanimacji w przypadku dziecka. Kiedy rodzice widzą, że zrobiłem wszystko co było możliwe dla uratowania życia łatwiej im się pogodzić z odejściem dziecka (jeżeli to jest w ogóle możliwe). Proszę wierzyć, że dzieci zawsze reanimujemy długo, bardzo długo. Także dlatego, że każdemu kierownikowi zespołu reanimującego ciężko jest podjąć decyzję o odstąpieniu od reanimacji. Nie tylko rodzicom trudno jest się z tego otrząsnąć, ratownikom również.

- Każdy z nas może się spotkać z sytuacją gdy zdrowie lub życie kogoś jest zagrożone. Jak się zachować?
- Jeżeli spotkamy się z sytuacją gdy życie lub zdrowie kogoś jest zagrożone to musimy przede wszystkim zadbać o swoje bezpieczeństwo, to podstawowy warunek. Musimy też zdawać sobie sprawę, że nieudzielenie pomocy osobie znajdującej się w narażeniu życia lub zdrowia, według paragrafu 162 kodeksu karnego podlega karze pozbawienia wolności do 3 lat. Nie wchodzimy i nie ratujemy więc tylko w sytuacji gdy jest niebezpiecznie.

- Co zrobić gdy widzimy osobę z hipoglikemią, niedocukrzeniem?
- Hipoglikemią zagrożone są osoby chorujące na cukrzycę. Objawy hipoglikemii to obwite pocenie się, drżenie kończyn, niepokój, pobudzenie, tachykardia, bladość powłok. Co robić? Podać coś słodkiego, diabetycy często mają przy sobie słodycze. Dobrze jest podać słodki napój, który szybko się wchłonie. Pamiętajmy jednak, że u osoby z hipoglikemią może dojść do utraty przytomności i tym osobom nie podajemy jedzenia czy picia, bo może dojść do zadławienia.

- Często, w miejscach publicznych dochodzi do ataku padaczki. Jak reagować?
- Podczas ataku padaczki najważniejsze jest zabezpieczenie chorego przed urazami wtórnymi. Trzeba więc chorego przytrzymać, szczególnie głowę żeby nie uderzała o podłoże, ostre kanty krzesła, chodnika, itp. Atak trwa z reguły minutę – dwie. Charakteryzuje go skurcz toniczny całego ciała, drgawki, zasinienie, szczękościsk, bezdech, często bezwiedne oddanie kału lub moczu. Ważne by nie wpychać choremu nic do ust, bo to nie pomoże mu w złapaniu oddechu. Szczękościsk w tym wypadku będzie tak czy tak, a możemy, oprócz pogryzionych palców doprowadzić do wyłamania zębów czy uszkodzenia stawu skroniowo-żuchwowego. Ważne by wezwać pogotowie, bo nie znamy przyczyn ataku (nie dotyczy tylko alkoholików).

- Lato to czas na owady. Niektórzy bardzo źle znoszą użądlenia. Czy jest się czego bać?
- Boimy się przede wszystkim błonkoskrzydłych owadów: os, pszczół, szerszeni. Osoby nieuczulone na nie, po ukąszeniu z reguły mają reakcję miejscową. Użądlenie oczywiście boli, może wystąpić obrzęk, swędzenie, podwyższona temperatura. W przypadku osób uczulonych na jad błonkoskrzydłych, może dojść jednak do wstrząsu anafilaktycznego, który jest bezpośrednim zagrożeniem życia. Lekiem pierwszego rzutu jest adrenalina domięśniowa, to najważniejszy lek. Jeżeli pacjent wie, że jest uczulony jest z reguły zaopatrzony w ampułkostrzykawkę z adrenaliną i sam ją sobie podaje. Gorzej gdy pacjent o tym nie wie. W tym przypadku, konieczna natychmiastowa pomoc medyczna.

- Najczęstszym urazem są skaleczenia, jak sobie z nimi radzić?
- Skaleczenie to przerwanie ciągłości tkanki skórnej, od otarcia, rany ciętej, tłuczonej, kłutej, szarpanej. Co należy z nią zrobić? Przede wszystkim oczyścić, zdezynfekować, na pewno nie spirytusem, bo uszkodzimy tkanki. Najlepiej zrobić to zwykła wodą albo wodą utlenioną. Potem należy unieruchomić kończynę, ewentualnie unieść ją. Przy krwawieniu zakładamy jałowy opatrunek uciskowy. Trzeba się udać do lekarza, bo rana może wymagać szycia i profilaktyki p/tężcowej. Jedynie przy amputacji kończyny zakładamy opaskę uciskową na kikut i to tylko na określony czas.

- Często dochodzi do skręceń lub złamań kości, jak zabezpieczyć tego typu przypadki?
Objawem i złamania i skręcenia będzie bolesność i obrzęk. Żeby się przekonać jaki to uraz konieczne jest wykonanie badania RTG. Należy więc unieruchomić poszkodowaną kończynę (w przypadku złamania otwartego wcześniej zakładając w miejsce złamania jałowy opatrunek), najlepiej w pozycji zastanej, by nie prowadzić do uszkodzeń wtórnych. Przy złamaniach otwartych nie wolno wpychać odłamów kostnych do rany. Słowem im mniej tzw. rękoczynów, tym lepiej. Warto na pewno przyłożyć lód. Zmniejszy i ból i obrzęk.

- Na Podkarpaciu, rzadko, ale zdarza się spotkać jadowitą żmiję? Wysysać jad czy nie wysysać?
- Pragnę uspokoić, że ukąszenie przez żmiję zygzakowatą tylko w 1 proc. kończy się śmiercią. Przede wszystkim nie wysysamy, nie nacinamy ranki po ukąszeniu. Słowem nie bawimy się w Winnetou. Im mnie ingerencji przy ranie tym lepiej. Nakładamy tylko jałowy opatrunek, unieruchamiamy kończynę i udajemy się po specjalistyczną pomoc.

- Co robić w przypadku oparzeń?
- W przypadku oparzeń najważniejsze jest natychmiastowe schłodzenie miejsca oparzenia. Minimum przez 10-15 minut. Jeżeli mamy do czynienia z kończyną (palcami, dłonią), należy ściągnąć biżuterię, pierścionki, bransoletki, zanim narastający obrzęk nam to uniemożliwi, a później nałożyć jałowy opatrunek. W przypadku rozległych oparzeń lub dzieci trzeba natychmiast wezwać zespół ratownictwa medycznego.

- W czasie upałów narażeni jesteśmy na udar słoneczny. Jak z nim postępować?
- Udar słoneczny – to odmiana udaru cieplnego. Objawy to bóle i zawroty głowy, niepokój, osłabienie, dreszcze aż do zaburzeń świadomości i utraty przytomności. Pierwsza pomoc to usunięcie ze słońca i schłodzenie. Zimne kompresy, szczególnie na głowę i kark. Podawanie chłodnego płynu, dużo, w małych porcjach i kontrola samopoczucia. Uwaga: jeżeli obniżymy temperaturę, która przy udarze słonecznym może sięgnąć powyżej 40 stopni C. do 38,0 to przerywamy czynności z tym związane. Bezwzględnie wzywamy pomoc.

Rozmawiał ANNA MORANIEC

do “Pracując na granicy życia i śmierci”

  1. emigrant

    Pielegniarka w przychodni zarabia jak robotnik w fabryce, a wiec 1/3 zarobkow lekarza w szpitalu panstwowym.
    Pielegniarka szpitalna lub RATOWNIK DROGOWY zarabia okolo 40% tego ile zarabia lekarz w szpitalu panstwowym.
    Pielegniarka Dyplomowana zarabia okolo POLOWE tego ile zarabia lekarz w szpitalu Panstwowym.
    Ciag dalszy o PRAWIE PRACY
    Trzeba pracowac tak jak mowi PRAWO PRACY ktore tez obowiazuje lekarzy na zachodzie. Kazdy lekarz/pielegniarka pracuje tylko 8 -10 godzin dziennie (40 godzin tygodniowo) i dopuszczalne jest w INSTYTUCJACH panstwowych TYLKO 10 nadgodzin TYGODNIOWO platnych wedlug stawek 50/100%.
    NIE WOLNO pracowac jak w Polsce na zmianach 24 godzinnych. Mozna stracic prawo wykonywania zawodu lekarza, a pracodawca grzywna NAWET o wielkosci zarobkow 1 roku pracy lekarza.
    Dyzury szpitalne jak w zakladach pracy po 10 godzin zmiana. Maksymalnie wolno niby 14 godzin na dobe(uzasadnione) i MUSI byc przerwa w PRACY 10 godzin(nie wolno pracowac w innym zakladzie), ale nalezy tez pamietac o zasadzie TYLKO 10 godzin nadliczbowych w tygodniu.
    Przy normalnych godzinach pracy wynagrodzenie lekarza w Szpitalu Panstwowym wynosi TRZYKROTNE zarobki robotnika wykwalifikowanego (tokarz, spawacz, murarz).
    Jezeli Nie pasuje to trzeba sobie szukac INNEJ PRACY !

  2. Bożena

    Pan Andrzej to dobry człowiek. Niestety tak jak każdego porządnego człowieka, Strzyżów „wypluł”…

  3. WatchDog

    Nie spotkałem doktora – obym nie musiał. Ale …. wszystkiego dobrego, sukcesów na nowym oddziale !!!
    i Długiego stażu pracy.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.