Prezydent Mielca zrobił granat

Od szkraba kochał technikę. Przez to o mało nie… wysadził się w powietrze. – Skonstruowałem granat i zdetonowałem go w mieszkaniu. Cud, że nikomu nic się nie stało. A, oprócz mnie, w domu byli jeszcze rodzice i rodzeństwo. A do tego odwiedzili nas goście. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy tata spuścił mi lanie. Naprawdę dostałem konkretnie w skórę – śmieje się dziś prezydent Mielca Janusz Chodorowski.

Urodził się ponad 66 lat temu w Krośnie. Tam też spędził szczęśliwe dzieciństwo w towarzystwie trójki rodzeństwa: starszej siostry i dwóch młodszych braci. Był łobuziakiem? – Ja nie uznawałem przemocy – protestuje Janusz Chodorowski. – Wiadomo, jak to chłopak, czasem krew z nosa poleciała, ale nigdy celowo nie wdawałem się w bójki. Wolałem raczej innym pomagać, niż im dokuczać. Choć nie powiem, czasem przytrafiało mi się nabroić.

W Mielcu chciałem budować samoloty

- Raz chciałem wysadzić mieszkanie w powietrze. To wynikało z moich zamiłowań pirotechnicznych. Po prostu skonstruowałem pierwszy w życiu granat i zdetonowałem go w mieszkaniu. Wtedy, kiedy akurat byli goście. To był jedyny raz w życiu, kiedy dostałem lanie o taty. Bolało, bo przetrzepał mi skórę konkretnie – śmieje się prezydent.

Jako nastolatek postanowił opuścić rodzinne Krosno i poszukać swojego miejsca na świecie. – Muszę przyznać, że odbyło się trochę na zasadzie ucieczki z domu – wspomina. – Po prostu postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. I… tak się potoczyło. Sporo jeździłem po kraju. Byłem na Śląsku, Kielcach i innych miastach. W końcu znalazłem Mielec. Tutaj chodziłem do szkoły średniej. Studiowałem Elektrotechnikę i Automatykę w Rzeszowie.

Dlaczego akurat Mielec? – Mógłby pan zapytać o to wielu, wielu mieszkańców miasta, którzy tu przyjechali. Krosno jest ładnym miastem, ale zawsze pociągała mnie technika. I to właśnie za nią tu przyjechałem. Marzyłem o budowie samolotów, wielkiej fabryce. Poza tym, zawsze coś co jest daleko pociąga nas bardziej. To jest w ludzkiej naturze. W mojej też było.

Było nas trzech braci, wszyscy się ożenili z Barbarami

- To jest burzliwy okres w życiu każdego człowieka. A ja zawsze byłem człowiekiem samodzielnym. To wynika z mojego charakteru. W młodym wieku się ożeniłem. Miałem 20 lat. Zawsze szukałem ludzi starszych od siebie, dojrzalszych i poważniejszych. Teraz niestety jest odwrotnie, bo ciężko mi znaleźć kogoś starszego od siebie – śmieje się nasz rozmówca.
- Rodzice zostali w Krośnie. Nie protestowali. Uszanowali mów wybór. Z pewnością bali się i martwili się do końca. Zresztą nie tak dawno ich pochowałem. Tata miał 98, a mama 86 lat. Ale nawet w tak podeszłym wieku bardzo przeżywali wszystko, to co robię – chwilę się zasępia i dodaje. – Lubię mieszkać w Mielcu, bo to fajne miasto. Nigdy nie żałowałem, że tu się osiedliłem. Nie chciałbym mieszkać w żadnym innym mieście w Polsce, ani zagranicą.

Życia prywatnego prezydent broni, jak niepodległości. Wiadomo, że ma dorosłych: syna i córkę – To jest charakterystyczne dla mojego rodzeństwa. Jedynie brat się wyłamał, bo ma pięciu synów – zaznacza. I dodaje, że jego pierwsza, zmarła już, żona była mielczanką i miała na imię Barbara. – Było nas trzech braci i wszyscy się ożenili z Barbarami. – mówi.

W najtrudniejszych chwilach wspiera mnie Danuta

Ponad dwa lata temu prezydent ożenił się powtórnie. O ślubie aż huczało w lokalnych mediach. W mieście plotkowano, że odbył się on w Mielcu, albo w Cmolasie. Świadkami na ceremonii byli ponoć córka prezydenta i brat panny młodej. Prezydent nie skomentował tych rewelacji ani słowem. Po prostu wizą długi urlop. Nam zdradza imię wybranki – Danuta.
To ona wspiera mnie w najtrudniejszych chwilach – przyznaje. – To bardzo ważne, że ktoś czeka na ciebie w domu. Żona jest socjologiem, a więc jest specjalistą w uspakajaniu sytuacji – ucina prezydent i w żaden sposób nie daje się namówić na więcej, choć naciskamy.

Piąty raz z rzędu wygrał pan wybory na urząd prezydenta, a więc jest pan bardzo rozpoznawalną postacią w Mielcu. Stąd mieszkańcy chcą wiedzieć więcej o pana życiu prywatnym. – Pewnie tak – mówi Chodorowski. – Ale ja uważam, że mieszkańców bardziej interesuje, co robię, jako prezydent, bo po to mnie co cztery lata “wynajmują”. Nie jestem gwiazdą, która zabiega o to, aby afiszować się w mediach swoim życiem prywatnym.

Z Forrestem Gumpem pod… poduszką

- Jestem, mam nadzieję, człowiekiem skromnym i nie zależy mi, w tym akurat temacie, na rozgłosie. Chciałbym jedynie wykonywać swoją pracę jak najlepiej i informować o tym ludzi. Reszta jest zachowana jest dla tej drugiej strony mojego życia. Nie zawsze mi się to udaje. Ale zależy mi na tym, bo wiem, jak na niektóre sprawy reaguje moje rodzina.
Janusz Chodorowski uwielbia twórczość Paolo Coelho. – Lubię go za różnorodność – twierdzi. – Ostatnio czytałem jego książkę opowiadającą o brazylijskiej prostytutce, która mieszka w Szwajcarii. Coelho pisze też o rzeczach zupełnie innych, dzieląc się z czytelnikiem swoimi niebanalnymi przemyśleniami. Wiele razy czytałem o karierze idioty Forresta Gumpa. Trzymam tą książkę pod poduszką. Staram się dużo czytać, choć nie zawsze mam na to czas.

Święty spokój przede wszystkim

Prezydent lubi też pracować fizycznie i biegać na nartach. Sporo samotnie wędruje też po mieleckich i kolbuszowskich lasach. – Znam je dość dobrze – przyznaje. Generalnie ceni sobie święty spokój. Choć przyznaje, że rozpoznawalność ma też swoje plusy. – Jest ich więcej niż minusów. – mówi. – Łatwiej jest mi załatwić coś w okienku na poczcie, w szpitalu mniej na mnie nakrzyczą. Choć czasem jestem zmuszony wysłać żonę, bo mi nie wypada.

- Bardzo rzadko, ale jednak spotykam się w urzędzie z agresją. Z reguły są to ludzie fanatycznie wierzący w jedną partię. Przykro jest mi również, kiedy słyszę, jak na ulicy ludzie mówią, że wszyscy urzędnicy kradną, albo robią przekręty. Ja swoją pracę staram się wykonywać najrzetelniej, jak potrafię, dlatego bolą mnie takie oskarżenia. Czuję się wtedy, jak wierna żona, która słyszy od męża, że go zdradza. I to są te nieprzyjemne momenty.

Paweł Galek

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.