Przed żywiołem uciekała z domu z dzieckiem na rękach

Karolina Hajnosz wskazuje poziom wody, która wdarła się do jej domu z piątku na sobotę. Fot. Czytelniczka

ŻUKLIN, GM. KAŃCZUGA. Wstrząsająca relacja powodzianki pani Karoliny Hajnosz z pow. przeworskiego: „Nikt nas nie ostrzegł, znikąd nie było ratunku. Straciliśmy wszystko”.

Był piątkowy wieczór. – Położyłam synka spać przed godz. 20. Gdy około godzinę później wynosiłam go z domu, woda była już po pas – relacjonuje Super Nowościom Karolina Hajnosz z Żuklina. – Szwagier wyprowadził mamę, bo nie dałaby rady wyjść sama. Dom, w którym mieszkała z 5-letnim dzieckiem i rodzicami został kompletnie zalany. Stracili cały dorobek życia. – Tata, który jest teraz w szpitalu, nie będzie miał nawet gdzie wrócić – dodaje załamana kobieta.

Mieszkańcy maleńkiego Żuklina spodziewali się, że rzeka Mleczka może wylać. Kilka dni wcześniej – po intensywnych opadach deszczu, które nawiedziły tamten rejon, stan wody też był wysoki. – Myśleliśmy, że jeżeli nawet wyleje, to woda dojdzie nam co najwyżej na podwórze… – opowiada pani Karolina.

W piątek wieczorem też z niepokojem obserwowali poziom rzeki. – Gdy położyłam synka do łóżka, pojechałam jeszcze na most zobaczyć, jaka jest sytuacja – wspomina nasza rozmówczyni. – Poziom wody był już bardzo wysoki i cały czas się podnosił. Domyśliłam się, że może być tragicznie, bo woda „idzie” od przerwanego wału. Kilka dni wcześniej moja ciocia interweniowała, żeby został zabezpieczony – w miejscu gdzie jest dziura, żeby położyli worki z piaskiem. Usłyszała… że nie ma zagrożenia.

Zewsząd do domu wdzierała się woda

Pani Karolina pospiesznie wróciła do domu. – Woda szła z impetem. Była już wokół domu. Wdzierała się do środka drzwiami, dochodziła do okien – relacjonuje. Złapała śpiące dziecko na ręce i wybiegła do drogi. – Ledwo co zdołałam go wynieść, bo woda sięgała mi już po pas. Za niedługo przyjechał szwagier z siostrą i wyprowadzili mamę. – Nikt nas nie ostrzegł, że woda zalewa sąsiednie miejscowości i idzie na nas. Gdyby ktokolwiek dał nam znać…. W zalanych Hadlach Szklarskich to był moment, tam nikt nie był przygotowany na powódź. U nas był czas, żeby się zabezpieczyć, ale nikt nas nie uprzedził. Nie zdążyliśmy niczego wynieść: ani lodówki, ani pralki, albo chociaż podnieść wyżej. Nie było u nas ani jednego strażaka, nie dostaliśmy ani jednego telefonu. Ludzie dzwonili pod 112 i na straż, ale nikt nie odbierał. W słuchawce słyszeli tylko „muzyczkę”.

Ludzie na własną rękę przywozili piasek i worki. – Nie było nikogo do pomocy z wyjątkiem strażaków z OSP Żuklin, którzy przyjechali do nas prywatnymi samochodami. Nosili ze mną worki z piachem, a na torach, w bezpiecznej odległości stali gapie. Nikt nie przyszedł nam z pomocą. Stali i patrzyli, jak nam wszystko tonie. Na układanie worków niestety było już za późno. – To już nic nie dało, woda momentalnie pojawiła się wszędzie! Potopiły się nam wszystkie kury i króliki, wszystko w domu zostało zniszczone – opowiada załamana pani Karolina.

Niszczycielski żywioł odebrał im cały dobytek. Nie zdążyli uratować niczego…

Prócz jej domu, podtopieniu uległo jeszcze 6 okolicznych. – U sąsiada było 20 cm wody, u pozostałych pozalewane są tylko piwnice. U nas sytuacja była i jest najgorsza. W domu zalega muł, a woda do tej pory stoi na ogrodzie.

Po powodzi, która zabrała im wszystko też, jak opowiada pani Karolina, musieli dopiero domagać się pomocy. – Nikt z gminy nie zainteresował się, nie przyszedł zapytać czy pomóc – relacjonuje. – Dopiero, gdy zadzwoniliśmy kilka razy, a mama była osobiście, to przysłali nam strażaków, żeby pomogli wynieść z domu zalane sprzęty. Gdyby nie to, do tej pory wszystko stałoby i śmierdziało. W sobotę, kiedy także było duże zagrożenie powodzią przywieziono nam przyczepę piasku i zwalono w zalegającą na ogrodzie wodę. Ale worków nie dostaliśmy… W niedzielę, także po naszych interwencjach pojawiły się u nas panie z opieki społecznej i przyniosły środki czystości. Tak została zorganizowana pomoc… Jedynie mogliśmy liczyć na naszych strażaków ochotników, którzy prywatną pompą wypompowywali nam wodę z domu.

Zagrożenie powodziowe nadal jest realne

Pani Karolina razem z synkiem i rodzicami zatrzymała się u siostry. W poniedziałek sprzed jej domu wywieziono zalane meble i sprzęty AGD. – Zostały pościele, garnki, buty i śmieci. Mają przyjść harcerki i pomóc nam je pakować – opowiada pani Karolina. Tymczasem zagrożenie powodziowe nadal jest realne. W poniedziałek pani Karolina znów otrzymała SMS o możliwych podtopieniach. – Tyle, że teraz co nam może już zalać, kiedy nie mamy niczego… Najwyżej jeżeli nie uprzątniemy podwórza, to wszystko to będzie pływać… – dodaje smutno nasza rozmówczyni.

Katarzyna Szczyrek

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
rzeszowiak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
rzeszowiak
Gość
rzeszowiak

A ja widzialem w Budziwoju jak przed brama posesji byla wysypana wywrotka piasku i na plocie wisial zwoj workow na piasek.
Wokol woda wiec pytam dlaczego nie zabezpieczyli swojej posesji ?
A to my nie wiemy. Mialy przyjechac i nasypac ten piasek do workow ale nikt nie przyjechal, a my ciagle czekamy.