Przeżyć zagładę

wspomnienia z obozu
Czapkę, która do dziś jest pamiątką pana Kazimierza uszył mu jego kolega – Tadeusz Wywłoka, który był obozowym krawcem. Na szczęście doszył sobie guzik w kształcie koniczyny – zgubiony prawdopodobnie przez dziecko, które przebywało w obozie. Fot. Paweł Dubiel

Przez obóz w Sachsenhausen przeszło ok. 200 tys. więźniów. Dziesiątki tysięcy zostało zamordowanych lub zmarło z wycieńczenia i chorób…

Gdy Kazimierz Kopeć został aresztowany, miał 21 lat. Tortury w jarosławskim więzieniu były zaledwie przedsmakiem tego, co miało go spotkać w Sachsenhausen. Mówiono, że jeśli piekło istnieje, to obóz koncentracyjny z pewnością je przypomina. Śmierć z powodu głodu i wycieńczenia, grzebanie współwięźniów oraz palenie ciał były tu na porządku dziennym. Pan Kazimierz nie liczył, ile razy udało mu się uniknąć śmierci. Ogromne pragnienie przeżycia oraz powrotu do ojczyzny sprawiły, że ocalał prowadzony na rzeź…

Wojna nie czekała, aż młodzi chłopcy do niej dojrzeją. Bez pytania zabierała im lata młodości, zmuszając do szybkiego dorastania. Kiedy wybuchła, pan Kazimierz miał zaledwie 16 lat. Jego brat Zbyszek – 18. Obaj byli harcerzami przy 39. Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich w Jarosławiu. – Mieliśmy swoją drużynę. Jeździliśmy z wojskiem na manewry – wspomina pan Kazimierz. Na pierwszy obóz pojechali do Lubaczowa. Wojsko dało im namioty i zapewniło opiekuna. Tam zdobywali stopnie harcerskie. Jak się później okazało, harcerstwo dało mu dużo więcej niż mógłby przypuszczać.

„Pojedziesz do obozu”
Gdy Zbyszek zaangażował się w działalność AK, młodszy brat stał się jego pomocnikiem. Przechowywali broń i przekazywali ją akowcom. Któregoś dnia ktoś na nich doniósł. Był upalny lipiec 1944 r.

– O 5 rano przyszli esesmani i nas aresztowali. Byliśmy prawie nago, bo z powodu gorąca spaliśmy w samej bieliźnie – opowiada pan Kazimierz. – Pojawił się też osobiście sam Franz Schmidt – jarosławski kat, którego nazwisko budziło powszechny strach. Obecność tego człowieka nie zwiastowała niczego dobrego… – Zbysiu powiedział, że chce być traktowany jak jeniec wojenny i napluł Schmidtowi w twarz – mówi Elżbieta Otto, córka pana Kazimierza. Zaczęła się walka o przeżycie. – Zabrali nas na gestapo – informuje pan Kazimierz. Zbigniew zdążył bratu szepnąć do ucha: „Do niczego się nie przyznawaj. Mów, że jesteś tu przez przypadek”. Potem zaprowadzono go do ciemni. – Podczas przesłuchań potwornie go skatowali. Bili go, wyrywali paznokcie. Niemcy za wszelką cenę chcieli, żeby zdradził innych – opowiada pan Kazimierz. Mimo cierpienia, całą winę wziął na siebie i nikogo nie wydał. – Dwa dni później widziałem, jak prowadzili Zbyszka do lasu kidałowickiego. Tam go rozstrzelali – mówi pan Kazimierz. Zbyszek miał 23 lata, gdy wraz z kolegami z ruchu oporu zginął. Kilka dni później Schmidt przyszedł do Kazimierza. – Powiedział do mnie: „Twój brat już jest nieboszczykiem. Ciebie czeka to samo” „Na razie” – powtórzył. „Na razie pojedziesz do obozu” – opowiada pan Kazimierz.

Nie wiedział czym są obozy koncentracyjne, ale zdawał sobie sprawę z tego, że to coś, z czego się nie wychodzi. – Przyjechał samochód z więźniami z Przemyśla. Skuli nas łańcuchami po dwóch. Obejrzałem się i Schmidt za karę skoczył mi na plecy – relacjonuje pan Kazimierz. Kolejny samochód zawiózł aresztowanych na gestapo do Rzeszowa. Stamtąd trafili do obozu pracy w Pustkowie. – Tam już mi dali numer – „3194” – oświadcza pan Kazimierz. Kilka dni później powiedziano więźniom, że obóz będzie ewakuowany. Skutych zaprowadzono ich na stację. Wsadzili ich do wagonów cielęcych. Stali jeden na drugim. Bez jedzenia i picia w strasznych warunkach ruszyli w drogę. Pociąg zatrzymał się w Oświęcimiu. – Stanęliśmy przy głównej bramie. Nie wiedzieli, co z nami zrobić, bo obóz był przepełniony – opowiada pan Kazimierz. Przez niewielkie okienko w wagonie dostrzegli gęsty dym unoszący się z kominów nad krematoriami. Znak palących się zwłok. W końcu pociąg podjechał aż pod obóz żeński. – Pamiętam, że padał mocny deszcz. Zobaczyłem jak esesmanki nachajami [red. biczami] biją nagą więźniarkę. Cała była oblepiona błotem. Przewracała się. Za każdym razem, gdy wstawała, była uderzana tym nahajem i dalej tarzała się w błocie. Człowiek sobie wtedy uświadomił, gdzie trafił i co go czeka… – zauważa były więzień.

Numer „87878”
Brak miejsca spowodował, że więźniów wysłano w dalszą podróż. – Gdy zobaczyłem niemieckie napisy, zorientowałem się, że jesteśmy w Rzeszy. Zajechaliśmy do Oranieburga – mówi. Połowa ludzi nie przeżyła. Resztę zaprowadzono do fabryki niemieckich samolotów Heinkla. Po bombardowaniu powstał tam basen z wodą. Niemcy „bawili się więźniami”. Jednego z nich wrzucili do wody i obserwowali, czy wypłynie. – Mieli ubaw, gdy patrzyli jak mężczyzna tonie. Niewiele myśląc, wskoczyłem do wody i wyciągnąłem go na brzeg. Za karę, że zabrałem im zabawkę, musiałem skakać żabkę – wspomina pan Kazimierz.

Archiwum prywatne (2)

Tuż po przybyciu do Sachsenhausen, więźniowie zostali spisani i rozdzieleni do prac. Od tej pory młody Kazimierz został numerem „87878”. Gdy zapytano go o zawód, powiedział, że jest ogrodnikiem. Rodzice mieli duży ogród, więc miał doświadczenie. Poza tym wiedział, że dzięki temu będzie mógł zdobyć trochę jedzenia. Nie tylko dla siebie. – Kolega, który jechał ze mną był ciężko chory. Chcąc go podratować, schowałem pod kurtą ogórka. Potem mu go dałem. Gdy przyszedłem kolejny raz, już nie żył – opowiada.

Przeżycie w tak ekstremalnych warunkach było nie lada wyzwaniem. Dzienna dawka pożywienia składała się z czarnej kawy oraz porcji chleba. Jak mówi pan Kazimierz, w 30 procentach składał się z trocin. Po jedzeniu posiłku był czas na apel. Zawsze. Bez względu na pogodę. Pewnego mroźnego dnia 21-latek znowu próbował przemycić trochę jedzenia dla innego kolegi. Ukrył w butach tarte ziemniaki. Podczas wydłużającego się apelu dosłownie paliły go w stopy. Przez chwilę przyszło mu do głowy, żeby rzucić się na ogrodzenie elektryczne i zakończyć cierpienie. Wola przeżycia okazała się jednak większa.

Innym razem mężczyźni przewozili wózkami ziemniaki z pociągu. – Jak Niemiec poszedł po kartofle, znalazłem drut. Włożyłem do niego kartofle i zakopałem w piasku w znanym miejscu, żeby znaleźć po rewizji – mówi były więzień. Gdy się udało, schował „zdobycz” wewnątrz kurtki. A potem mógł się posilić wraz ze współwięźniami.

Niestety, kradzież nie zawsze pozostawała niezauważona. W końcu złapano go na gorącym uczynku. Za karę trafił do obozu karnego w lesie, gdzie kopano rowy pod kanalizację. Niemcy chcieli tam wybudować osiedle. – Praca była bardzo ciężka. Było strasznie zimno. Zapytałem, czy chcą, żeby zapalić ognisko. Zgodzili się. Wtedy już nie kopałem, tylko zbierałem suche gałęzie i paliłem ogniska. Oni byli zadowoleni, a ja nie musiałem ciężko pracować – wspomina pan Kazimierz.

„Marsz śmierci”
Wiosną 1945 r. nadeszły wieści, że zbliża się front. Na wypadek ewakuacji pan Kazimierz postanowił zaopatrzyć się w coś pożywnego. Podczas pracy w lesie poznał pewnego rolnika. Dawał mu gazetkę obozową, a w zmian otrzymywał garść owsa. Chował go skrzętnie do woreczka wszytego pod ubraniem niczym skarb. Potem przy pomocy dwóch kawałków blachy rozcierał to, a zmieloną mąkę chował na czarną godzinę.

Niedługo potem Niemcy zorganizowali specjalny apel. – Około tysiąca osób tam było. Powiedziano nam, że można będzie służyć przy froncie. Dali nam nowe ubrania i skórzane wojskowe buty – mówi pan Kazimierz. – Zapytałem jednego kolegi: „kto cię aresztował?”. „Gestapo” – odpowiedział. Zapytałem kolejnego. Jego też gestapo – relacjonuje pan Kazimierz. Wszyscy, łącznie z nim byli więźniami politycznymi. – To było podejrzane. Oni się bali tych, którzy byli aresztowani przez gestapo – zauważa. Wyczytywano kolejno osoby. Najpierw spokojnie. Ale zaczęło się ściemniać, a Niemcy denerwować. – Jeden z esesmanów nie wytrzymał i krzyknął: „Du polnishe Schwei…! – wstrzymał się. Wtedy zorientowałem się, że to pułapka – oświadcza pan Kazimierz. Zdał sobie sprawę, że idą na spalenie. Tłum stał już przed bramą obozową, ale wiedział, że musi stamtąd uciec. Wieczorem spróbował dostać się z powrotem do obozu. Miał dosłownie sekundy na to, by niepostrzeżenie przebiec, omijając światło z wieży wartowniczej. Ukrył się w baraku 11, gdzie przeczekał noc. Stamtąd wrócił do baraku nr 25. Następnego dnia zobaczył kominy żarzące się od spalonych zwłok. – Ogień był na jakieś 3 metry. Palili tych, których się bali. Miałem być wśród nich – podkreśla pan Kazimierz.

Następnego ranka oświadczono, że obóz będzie ewakuowany. Zorganizowane grupy po ok. 500 osób. Na piechotę mieli iść w niewiadomym kierunku. Pan Kazimierz był przygotowany na długi marsz. Oprócz mąki z owsa, zaopatrzył się w menażkę. Wymienił ją z Rosjaninem za kromkę chleba.

Gdy w innej grupie spostrzegł kolegę z Jarosławia – Wojtka Fecko, przyłączył się do niego. – Ruszyliśmy drogą śmierci – mówi były więzień. Bez jedzenia i picia przebywali dziennie 20 km. Spali na gołej ziemi – tam, gdzie się zatrzymali. Spragnieni i skonani więźniowie rzucali się na wodę z kałuży, by ugasić pragnienie. Zanieczyszczona woda powodowała problemy żołądkowe. W konsekwencji śmierć z wycieńczenia lub „eliminację” niezdolnego się do dalszej drogi więźnia poprzez strzał w głowę. – Zabroniłem Wojtkowi picia tej wody. Kazałem mu czekać na postój – opowiada pan Kazimierz. Po drodze zrywał pokrzywy. – Nazbieraliśmy szyszek, z których zapaliliśmy ognisko. Zgotowałem wodę z tymi pokrzywami i dopiero wtedy się napiliśmy – mówi. Jak mówi, harcerstwo go tego nauczyło. Dzięki temu obaj przetrwali.

Archiwum prywatne

„Marsz śmierci” przeżyło zaledwie 10 proc. więźniów. Głód, choroby i wyczerpanie doprowadziło do tego, że w ciągu 2 tygodni marszu niemal wszyscy zmarli. Innych zabijali sami Niemcy. – Jedną noc spaliśmy na słomie w stodole napotkanej na drodze. Już po powrocie do Polski dowiedziałem się, że Niemcy napędzili do niej 1600 osób i podpalili ją – relacjonuje pan Kazimierz. – Możliwe, że dzień wcześniej ja w niej byłem… – dodaje.

Garstka ocalałych dotarła do miejsca, w którym znajdował się Czerwony Krzyż. Anglicy zabrali ich do miasteczka nieopodal, bo strefę w której się znajdowali, obejmowali Rosjanie. Dostali paczki z jedzeniem. – Spróbowałem konserwy, ale organizm nie przyjął. Spróbowałem wódki – organizm nie przyjął – zaznacza pan Kazimierz. Jak mówi, poszli poszukać czegoś innego. Natknęli się na Polkę, pracującą w fabryce Bauera. Kiedy dowiedziała się, że są Polakami, poczęstowała upragnionym chlebem. Potem urządziła im nocleg w szopie. Tam spali pierwszą noc na wolności w pościeli.

Wigilijny cud
Gdy byli więźniowie trafili do Lubeki, mogli emigrować do wszystkich krajów świata. Koledzy pana Kazimierza wyjeżdżali do Belgii, Holandii, a nawet Ameryki. W rodzinnym Jarosławiu była już strefa rosyjska. Ludzie bali się tam wracać. Kazimierz długo zastanawiał się, co zrobić. Pół roku po wyzwoleniu obozu, tęsknota za rodzicami oraz rodzeństwem zwyciężyła. Gdy dowiedział się, że do Gdyni płynie angielski okręt, bez namysłu spakował niewielką walizkę i wsiadł na pokład. W Polsce różnymi środkami transportu udało mu się dotrzeć do Jarosławia. W drzwiach własnego domu stanął dokładnie w Wigilię Bożego Narodzenia 1945 r. Jaka była reakcja rodziny? – Wiadomo – mówi ze łzami w oczach. Śmiech mieszał się ze łzami. Rodzice nie wiedzieli, czy Kazimierz żyje, czy też podzielił los brata. Powrót najukochańszego syna był zatem czymś więcej niż świątecznym prezentem. Był cudem.

Powrót
Kazimierz Kopeć rozpoczął życie na nowo. Pragnął zażyć odrobinę młodości. Po latach założył rodzinę. Co ciekawe, obie jego córki studiowały germanistykę. Elżbieta wyjechała za zachodnią granicę i wyszła za Niemca. Tata nie miał nic przeciwko. Nigdy też nie okazywał żalu ani złości wobec Niemców. Przez całe lata jednak milczał na temat przeżyć w Sachsenhausen.

– Tatuś przez 70 lat nic nam o tym nie mówił. W domu to był temat tabu – mówi jego córka, Elżbieta. Gdy rodzina proponowała wyjazd do Niemiec, powtarzał, że on już raz tam był. Nie chciał więcej. Tak było do niedawna. W 2014 r. zachorował na zapalenie trzustki. Po miesiącach leczenia, udało mu się dojść do zdrowia. Rok później odbyło się 70-lecie wyzwolenia obozu Sachsehausen. – Ja wtedy powiedziałam, że jak z tego wyszedł, to musi pojechać do Niemiec – opowiada pani Elżbieta. Gdy napisała wiadomość, że były więzień po 70 latach chciałby przyjechać, od razu wysłano oficjalne zaproszenie i zorganizowano wyjazd. Przyjęto go z ogromnym szacunkiem i podziwem. – Wszyscy tam tatusia kochają. Sąsiedzi pukali i pytali, czy mogą mu uścisnąć dłoń. Czuł, że oni naprawdę żałują – mówi pani Elżbieta. Otrzymał nawet zaproszenie na kolację z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych – Frnakiem Walterem Steinmeierem. Niestety, z powodu przedłużających się uroczystości oraz przyczyn zdrowotnych nie wziął w niej udział. Pan Kazimierz był honorowym gościem obchodów rocznicy wyzwolenia. Mnóstwo dziennikarzy prosiło go choćby o chwilę rozmowy. Wtedy 92-letni mężczyzna otworzył się. Rodzina po raz pierwszy usłyszała, czego musiał doświadczyć. Mimo upływu lat doskonale pamiętał miejsce, gdzie mieścił się jego barak, gdzie się ukrywał. Wspomnienia przywołały również moment, kiedy wyruszył w długą podróż. Podróż do domu…

Wioletta Kruk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o