Przykleiłem się do Lombardo

– Dla Siarki każdy mecz będzie tym z gatunku o wszystko – nie ma wątpliwości trener tarnobrzeżan Artur Kupiec.

II LIGA. ARTUR KUPIEC, trener Siarki Tarnobrzeg, o tym że warto bić się do końca i o swojej przygodzie w wielkiej Legii Warszawa.

- Często słyszy pan, że Siarka nie ma szans na utrzymanie?
- Cała liga tak mówi, ale chyba zdążyliśmy się uodpornić i zrobimy wszystko, by utrzeć nosa niedowiarkom. W zimie nie próżnowaliśmy. Wzmocniliśmy zespół, podnieśliśmy rywalizację. Mam nadzieję, że za zbrojeniami pójdą wyniki.

- Rozumiem, że przed premierowym starciem z Garbarnią w Krakowie nastroje są bojowe?
- Trzymam kciuki, żeby do soboty nie przyplątały się nam jakieś kontuzje czy choroby i wystawię najmocniejszy skład. Trochę obawiam się załamania pogody (rozmawialiśmy we wtorek po południu – red.), ale grać będziemy na Hutniku, a tam mają świetną murawę.

- Udany start będzie kluczowy. Nie da się przecież ukryć, że znajdujecie się w dramatycznym położeniu.
- Dla Siarki każdy mecz będzie tym z gatunku o wszystko, choć nie ma się co oszukiwać, że dobry początek może pomóc, a falstart zaszkodzić. W walce o utrzymanie psychika odgrywa olbrzymią rolę. Nie zapominajmy jednak, że Garbarnia również potrzebuje punktów i też stanie na głowie, by je zdobyć.

- W zimie mocno przewietrzył pan szatnie, postawił na zawodników doświadczonych, ale z trzeciej ligi. Trudno uwierzyć, że ci ludzie mieliby sprawić największą od lat sensację.
- Nie tylko pan ma wątpliwości, ale ja liczę na ambicję tych piłkarzy. I wierzę, że przeskok z trzeciej do drugiej ligi nie musi być bolesny.

- Ma pan w drużynie zawodników gotowych do wielkich poświęceń, takich, którzy będą “jeździli na tyłkach”? Tylko tacy piłkarze mogą dać Siarce nadzieję.
- Mam, co potwierdziły sparingi z Wisłą Puławy, Koroną Kielce i Bronią Radom. Jak się sprężymy, jesteśmy w stanie ograć każdego przeciwnika. Wymagam, żeby moi podopieczni walczyli o każdy skrawek boiska. Nastawiamy się na szalenie agresywną grę.

- Nie uwierzę, jeśli powie pan, że w klubie nie ma przygotowanego scenariusza na wypadek spadku.
- Oczywiście, że bierzemy pod uwagę taki scenariusz. Piłkarze podpisywali dłuższe, półtoraroczne umowy. Jeśli spadniemy, będziemy mieć zespół, który od razu zawalczy o powrót do drugiej ligi. Nasi zawodnicy widzą, że Siarka to poważny klub, że płaci na bieżąco, co w kryzysie, jaki ogarnął polski futbol nie jest takie oczywiste.

- Pierwsza wiosenna kolejka pokazała, że może być interesująco…
- Jeśli targana kłopotami Unia odbiera punkty Wiśle w Płocku, to dla nas jest to sygnał, że wszystko zdarzyć się może. Warto bić się do samego końca.

- Na Podkarpaciu wciąż mało znana jest pana przeszłość piłkarska. A przecież jako 18-latek trafił pan do wielkiej Legii Warszawa.
- Był rok 1990, a w Legii grali Leszek Pisz, Roman Kosecki, Jacek Bąk, Dariusz Kubicki, Maciej Szczęsny, Piotr Czachowski, Krzysztof Budka, Marek Jóźwiak, Jacek Cyzio. Długo by wymieniać. Ba, miałem szczęście przygotowywać się na obozie z Darkiem Dziekanowskim tuż przed jego wyjazdem do Celtiku Glasgow. To była wspaniała przygoda i cenna nauka. A ilu wybitnych trenerów poznałem! Od Władysława Stachurskiego, po Pawła Janasa. To wszystko przydało mi się później, gdy znalazłem się po drugiej stronie barykady.

- Najmilsze wspomnienie z Legii to?
- Na zakończenie pobytu przy Łazienkowskiej zagrałem dobre spotkanie w europejskich pucharach przeciwko Vicenzie Calcio, mocnej wówczas włoskiej drużynie. Miałem nadzieję, że Legia przedłuży ze mną umowę, ale stało się inaczej i zostałem wypożyczony do innego klubu. W pamięci utkwiła mi również wizyta na Old Trafford. Mecz z Manchesterem United przesiedziałem na ławce, ale przeżycie było. Ale czy to dziwne, gdy oglądało się z bliska takiego gracza jak Lee Sharpe?

- Kilka lat wcześniej, w słynnym meczu z Sampdorią w Genui, zastąpił pan strzelca dwóch goli Wojciecha Kowalczyka. Była 85. minuta, 60 sekund później Gianluca Vialli trafił na 2-2 i się zaczęło…
- Tak chyba było. Może to dziwnie zabrzmi, ale emocje były tak wielkie, że nie pamiętam szczegółów. Miałem jedno zadanie: powstrzymać Attillio Lombardo, łysego gościa, który kierował grą Sampdorii. Przykleiłem się do niego i jakoś się udało, choć łatwo nie było. Facet nie miał płuc, ganiał w tę i we wtę. Ostatecznie jednak dowieźliśmy remis, wyrzuciliśmy Włochów z Pucharu Zdobywców Pucharów, sprawiając sensację na całą Europę.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.