Rachunek za ratunek

Po takiej akcji, jak sprowadzanie z zaśnieżonych bieszczadzkich szczytów młodych i niedoświadczonych poszukiwaczy przygód odżywa dyskusja nad finansowaniem ratownictwa górskiego. Ile taka akcja kosztuje? Grzegorz Chudzik, naczelnik Bieszczadzkiej Grupy GOPR, odpowiada: – Nie wiem.

Nie liczymy kosztów, bo nie wystawiamy rachunków. Polski rząd postanowił, że dbanie o bezpieczeństwo ludzi jest obowiązkiem państwa. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zamówiło w GOPR usługę prowadzenia akcji ratowniczych w górach i to realizujemy. Nasza działalność jest w części finansowana przez MSW, a w części przez sponsorów. Przyciskany przez dziennikarzy oszacowałem, że poniedziałkowa akcja kosztowała trzydzieści tysięcy złotych, bo policzyłem koszt godziny lotu śmigłowcem. W rejon działań poleciały dwa śmigłowce.

Godzina pracy wysokokwalifikowanego mechanika samochodowego kosztuje 80 – 100 zł. Ile trzeba zapłacić za godzinę pracy ratownika o najwyższych kwalifikacjach, który w czasie akcji pracuje w ekstremalnie trudnych warunkach i skutecznie ratuje ludzkie życie? Przepraszam kolegów z GOPR-u, bo wiem, że ich praca jest bezcenna, ale wycenię ją także na te same marne sto złotych za godzinę.

W poniedziałek 45 ludzi harowało przez 10 godzin, więc rachunek jest prosty – 45 tysięcy złotych. Jeżeli dodamy jeszcze koszt paliwa do samochodów i skuterów, a także amortyzację sprzętu, który w takich akcjach zużywa się bardzo szybko, to w sumie nie wiem, czy sto tysięcy by wystarczyło. Nie wie tego nikt, bo nikt tego w Polsce nie liczy. Po co? Za wszystko i tak płaci anonimowy podatnik, czyli wszyscy mieszkańcy naszego pięknego kraju.

Obawiam się najazdu na Bieszczady różnych zagranicznych szkół survivalu. Okazało się bowiem, że tu można wyruszać w góry bez ładu i składu, bez doświadczenia, rozeznania i rozsądku. Można iść do bólu, a gdy się dalej nie da, to takich poszukiwaczy przygód GOPR sprawnie zwiezie na dół, nakarmi i napoi, a potem dostarczy do hotelu. Wszystko za zupełną darmochę. To znaczy za darmochę dla poszukiwaczy przygód, bo akcja kosztuje. Płacę za nią ja i każdy czytający te słowa, a także każdy, kto tego nie czyta.

Inaczej jest w wielu krajach Unii, choćby w Austrii czy na Słowacji. Tam za każdy wyjazd ratowników płaci pechowiec, po którego trzeba było jechać. Płaci on lub firma, w której wykupił ubezpieczenie. To jednak rzecz wtórna. Najpierw jest obowiązek finansowania akcji ratowniczych, a dopiero po tym system ubezpieczania od ponoszenia kosztów. Nie trzeba ani wymyślać koła od początku, ani wyważać drzwi. Są otwarte. Wystarczy zastosować rozwiązania sprawdzone w innych krajach.

I bodaj najważniejsze. W Polsce nad bezpieczeństwem górskich turystów czuwają GOPR i TOPR. Oba te pogotowia mają w nazwie “ochotnicze” i tym różnią się od swoich odpowiedników w większości krajów. To ochotnictwo polscy ratownicy mają nie tylko w nazwie, ale także w systemie finansowania. W działaniu nasi ratownicy górscy są najwyższej klasy profesjonalistami.

Na ponad 160 czynnych ratowników w Bieszczadzkiej Grupie GOPR tylko 16 pracuje na etatach. Pozostali to pasjonaci, miłośnicy gór, doskonale wyszkoleni ratownicy, profesjonaliści o najwyższych kwalifikacjach. Każdą wolną chwilę spędzają w placówkach GOPR i gdy trzeba, w każdych warunkach niosą pomoc ludziom, którzy jej potrzebują. Robią to… za darmochę.

MARIUSZ WŁOCH

do “Rachunek za ratunek”

  1. Inga

    Nie we wszystkich krajach zachodnich ubezpieczenia sa obowiązkowe a rtaownictwo płatne. Tak więc nie jest to jeden wzór do naśladowania. Lepiej wziąć kilka rozwiązań i je przeanalizować a nie złapać się jednego i je lansować. System z ubezpieczeniami ma swoje wady i zagrożenia. Zastanówmy się w takim razie dlaczego mamy ubezpieczać się idąc w góry a nie jadąc samochodem? Bo w góry idziemy dla przyjemności własnego widzimisia? Samochodem też jeździmy dla przyjemności, szczególnie młodzież w soboty wieczorem na dyskoteki. A jednak nikt nie sugeruje aby się dodatkowo ubezpieczyli.

    Wyliczenie kosztów akcji jest bzdurne i jest naginaniem faktów do postawionej przez autora tezy. Ratownicy działają społecznie, lub w ramach pensji. Więc dodatkowych kosztów nie ma. Akcja pochłonęła jedynie koszt paliwa poza normalnymi codziennymi kosztami funkcjonowania grupy. A wszystko to dzięki temu, że ratownicy to ochotnicy. Śmigłowiec to już inna historia, ten lata przecież z budżetu LPRu. Więc nie mieszajmy go do dyskusji o finansowaniu GOPRu. System polega na nieodpłatnej pracy ochotników, więc wyliczanie ile by wynosiła ich dniówka, której i tak nie biorą nie ma najmniejszego sensu.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.