Rafał Wilk poznał smak olimpijskiego złota

Fot. www.paralympic.com

Paradoksalnie, gdyby nie wypadek na torze żużlowym i uraz kręgosłupa, doświadczony przez los sportowiec, nigdy nie miałby okazji wystartować w igrzyskach.

Najpierw zdobywał medale i odnosił sukcesy na torze żużlowym. Po wypadku w meczu ligowym w Krośnie w 2006 roku, stracił czucie w nogach. Sześć lat od tamtego wydarzenia został podwójnym mistrzem olimpijskim na paraolimpiadzie w Londynie. Rafał Wilk, bo o nim mowa, jest dowodem na to, że mimo przeciwności losu, nie można się załamywać i trzeba sobie w życiu wytyczać nowe cele.

- To jest coś pięknego, to spełnienie moich marzeń. Chciałem mieć dwa złote medale. Ciężko trenowałem, aby dojść do celu, ale jak widać, gdy czegoś naprawdę bardzo pragniemy, możemy to osiągnąć. Jestem ogromnie szczęśliwy, że po wypadku na torze moja kariera jako sportowca nie legła całkowicie w gruzach – mówi reprezentujący barwy Startu Szczecin zawodnik, który paraolimpijskie złoto zdobył na dystansach 16 km (jazda na czas) i 64 km (ze startu wspólnego).

Najpierw był żużel
Pochodzący z Łańcuta zawodnik był członkiem tzw. złotego pokolenia żużlowców rzeszowskiej Stali z początku lat 90-tych, wywodzących się spod ręki trenera Aleksandra Petrova. Cały sportowy i nie tylko świat Rafała zawalił się 3 maja 2006 roku. Podczas meczu ligowego w Krośnie zaliczył upadek, a jadący za nim kolega z pary nie zdołał w porę zareagować i z całym impetem przejechał Wilkowi po plecach. Diagnoza lekarzy nie pozostawiała złudzeń – uraz kręgosłupa, brak czucia w nogach i w efekcie koniec żużlowej kariery. W speedwayu Wilk pozostał przez kolejne lata. Był związany m.in. z klubami z Rzeszowa i Lublina. Ale zgodnie z przysłowiem “Ciągnie wilka do lasu” nie zrezygnował z uprawiania sportu. Motocykl żużlowy zastąpiły narty (mono ski) i rower (handbike). Paradoksalnie, gdyby nie wypadek i uraz kręgosłupa, Wilk prawdopodobnie nigdy nie miałby okazji zasmakować olimpijskiej rywalizacji, bowiem jak doskonale wiadomo, sportów motorowych, w tym żużla, nie ma w programie igrzysk. – Początki były trudne, ale z czasem człowiek przywykł do nowego życia. W jeździe na handbiku najważniejsza jest siła rąk. To, co wcześniej dawały nogi, teraz przejęły ręce – wspomina.

Zamówienie na złoto
Start na igrzyskach paraolimpjiskich był marzeniem Rafała Wilka. Kwalifikacje na “Londyn 2012” uzyskał jesienią ubiegłego roku i od tamtego czasu niemal wszystko było podporządkowane sierpniowym startom w Londynie. Po drodze Wilk zajął m.in. drugie miejsce w słynnym Maratonie Nowojorskim oraz zdobył Puchar Świata 2012. Te wyniki sprawiły, że zaczął być postrzegany jako faworyt do zdobycia jednego z paraolimpijskich medali. Jednak dwa złota, które Rafał przywiózł z Londynu, przerosły oczekiwania wszystkich. Jego samego również. – Po pierwszym medalu, dostałem… zamówienie na drugi złoty krążek – śmieje się sportowiec, który dodaje: – Dzieci przysłały SMS-a: “Tato, drugi medal jest dla nas!”. Cóż miałem zrobić? Musiałem spełnić ich życzenie (śmiech). Strategia na ten drugi wyścig była taka, aby przejechać jak najwięcej kółek z rywalami. Później stawka się porwała, zostało nas trzech, w końcu dwóch. Na dwa i pół okrążenia przed metą zaatakowałem. W lesie, żeby nikt nie widział, no i udało się. Na mecie miałem dwie minuty przewagi i mogłem spokojnie podnieść ręce w geście triumfu – relacjonuje Wilk, który był również zachwycony wspaniałą atmosferą, jaka panowała w Londynie. – Jadąc do Londynu, miałam pewne wyobrażenie, jak tam może być, ale to, z czym się spotkałem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie sądziłem, że aż tak ogromne zainteresowanie może być “sportem kulawych”. Codziennie było po 80 tys. kibiców na Stadionie Olimpijskim, a na kolarstwo przyszło ponad 100 tys. Niewiarygodne! Niesamowite! – zachwycał się Wilk.

Rzeszów w niego nie wierzył
Mimo, iż na co dzień Wilk trenuje w Rzeszowie i okolicach, na igrzyskach reprezentował barwy… Startu Szczecin. – Jeżdżę głównie po bocznych drogach w okolicach Rzeszowa, gdzie jest zdecydowanie mniejszy ruch. Większość ludzi podchodzi do mojego zajęcia bardzo sympatycznie. Niektórzy jednak się dziwią, bo to dosyć niespotykany widok. Dlaczego reprezentowałem barwy Startu Szczecin? Gdyż w Rzeszowie chyba we mnie nie wierzono. Oprócz sponsorów, mogłem liczyć tylko na pomoc ze strony Urzędu Marszałkowskiego. Z miasta nie otrzymałem żadnego wsparcia, mimo iż kilka razy zwracałem się o pomoc. Tak było m.in. przed maratonem w Nowym Jorku. Wtedy usłyszałem, że tym razem nie, ale być może otrzymam jakieś wsparcie przed paraolimpiadą. Niestety, na obietnicach się skończyło. Ale nie narzekam. Przygarnęli mnie na drugim końcu Polski, w Szczecinie i chyba nie żałują. Nadal jednak mieszkam i trenuje w Rzeszowie i tej kwestii nic się nie zmieniło. Prawda jest jednak taka, że jeśli ktoś chce się bawić w ten sport, to za swoje. Rower, na którym jeździłem w Londynie kosztuje około 35 tys. zł. Gdyby nie pomoc sponsorów, tych dwóch złotych medali by nie było – przekonuje Wilk, który ma nadzieję, że sukcesy paraolimpijczyków sprawią, że będą oni w naszym kraju postrzegani tak samo jak zwykli olimpijczycy.

- Są ku temu przesłanki. Dostaliśmy zapewnianie m.in. od pani minister sportu, prezydenta, że będziemy traktowani na równi z innymi sportowcami. Trzymamy ich za słowo. Szkoda, że również media traktują nas po macoszemu. Marzy mi się, żeby sport niepełnosprawny był w Polsce tak postrzegany, jak np. w Wielkiej Brytanii, gdzie odgrywa bardzo ważną rolę w życiu społecznym – przekonuje Wilk.

Na dowód jego słów wystarcza fakt, że polski złoty medalista olimpijski z Londynu dostanie premię w wysokości 150 tys. zł (120 tys. zł w PKOl i 30 tys. zł z Ministerstwa Sportu). Złoty paraolimpijczyk może liczyć na nagrodę z MS w wysokości… 18,4 tys. zł. Jedni i drudzy po zakończeniu kariery zapewnioną mają również olimpijską emeryturę (2,5 tys. zł). Niepełnosprawni otrzymują ją jednak dopiero od 2006 roku. Wcześniej na taki przywilej nie mogli liczyć.

Podbije Kanadę
Wilk po dwóch złotych medalach paraolimpijskich nie zamierza spocząć na laurach. – Już jutro wystartuję w Maratonie Wrocławskim, a wieczorem wreszcie przyjadę do domu, ale tylko na chwilę. W tym roku jeszcze czekają mnie starty m.in. w Pradze i Berlinie. Zamierzam również pokonać dystans 240 km z Krakowa do Łodzi. Cieszę się, że wygrywam. Jest Puchar Świata, są dwa złote medale, jednak na tym nie koniec. Skoro mówi się, że ten rok należy do Wilka, niech tak będzie. W przyszłym roku czekają mnie z kolei mistrzostwa świata w Baie Comeau. Mam nadzieję, że pojedziemy tam i podbijemy Kanadę! – kończy optymistycznie Rafał Wilk.

Marcin Jeżowski

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.