Robią to jak sto lat temu

Lasowiaczki na sobotnią wigilię przygotowały setki pierogów. Życząc smacznego gospodynie przypomniały, żeby spać po takiej wieczerzy przy otwartym oknie. Fot. Bogdan Myśliwiec

BARANÓW SANDOMIERSKI. Od 100 lat przygotowują taką samą wigilię. Nie przejmują się gorączką zakupów, ale atmosferą, jaka powinna towarzyszyć chwili Bożych Narodzin.

Radość świąt, które przeżywali nasi dziadkowie można przenieść do współczesnych domów. Jak to zrobić? Przepis na udane święta podpatrzyliśmy w minioną sobotę na tradycyjnej wigilii, którą od lat, tuż przed Bożym Narodzeniem organizują „Lasowiaczki” z Baranowa Sandomierskiego.

Wigilia dla lasowiaków zawsze była dniem szczególnym, połączeniem przeżyć religijnych z ludową tradycją. W przygotowaniu świątecznej kolacji udział brała cała rodzina. Dzieci zajmowały się robieniem ozdób, mężczyźni sprzątali. Kobiety przygotowywały wieczerzę z 12 dań. Stół wigilijny musiał być starannie przygotowany. Bielutki obrus, dzban wypełniony ziarnem zboża, w które wciśnięta była zapalona gromnica. Pod stołem i na stole leżało sianko symbolizujące żłóbek z Betlejem.

O czym jeszcze ani kiedyś, ani dziś nie zapominają lasowiackie gospodynie?

Przed laty przed rozpoczęciem wigilii do drewnianego cebra wrzucało się garść siana, jako że Jezus urodził się na sianie, grosik, żeby się pieniądze trzymały, wlewało się wody i w tym myło twarz. – Żeby nie było chorób, zarazy, żeby mieć gębusie piękne, a dziewczyny żeby nie miały żadnych krostów – mówi Anna Rzeszut, nestorka z Zespołu Obrzędowego „Lasowiaczki”.

Gdy zmówiono już wszystkie pacierze, połamano się opłatkiem, rozpoczynało się składanie życzeń. Pierwsze życzenia zawsze składał nestor rodu. Życzyło się zdrowia, żeby grady nie niszczyły, żeby urodzaje były, nie nawiedzały jakie choroby. Po tych ceremoniach rozpoczynano ucztę.

U Lasowiaków mogło być cały rok skromnie, ale w święta wszyscy musieli najeść się do syta, tak by ten niezwykły czas wspominać potem przez wiele miesięcy

A jadło się do syta. Kapustę z kaszo jaglano, kapustę z grzybami, źmioki z łolejem prowdziwym lnianym i z cebulo, chopcie, czyli gołąbki z kaszo jaglano i grzybami, łomaszczonymi łolejem – mówi gwarą Anna Rzeszut. – Kapusta musiała być kiszono, całe głowy. Była kaszo jaglano ze śliwkami, kaszo tatarcano z łolejem, jęcmienno z masłem, pirogi z kapusto i kompot ze suszonych jabłek. Ryb na lasowiackim stole nie było długo. Ryby jadały tylko pany.

Gdy wszyscy domownicy najedli się do syta, śpiewano kolędy, a gospodarz brał kolorowy opłatek i chleb i szedł podzielić się nimi ze zwierzętami.

Jednym z zapomnianych zwyczajów, którego kiedyś nie zbagatelizowałaby żadna panna, było pójście po wieczerzy z drewnianą łyżką do chlewu. Panna uderzała łyżką w koryto i jeśli świnia zarechotała oznaczało to, że w życiu panny pojawi się wkrótce jakiś kawaler, gdy zwierzę odwróciło się do panny zadem, podobnie mieli zachowywać się potencjalni kandydaci do ręki dziewczyny.

Małgorzata Rokoszewska

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.