Rząd dobija wikliniarzy

Wikliniarski fach w Rudniku i okolicach przechodzi z ojca na syna. Tu każdy umie zaplatać wiklinowe łozy. Fot. Jerzy Mielniczuk

RUDNIK n. SANEM. Zamiast szukać sposobów obejścia unijnych przepisów, rząd ślepo wykonuje polecenia Brukseli. Tym razem odczują to wikliniarze z naszego zagłębia.

W przeddzień Świąt Wielkanocnych, gdzie jak gdzie, ale w Rudniku powinno być gwarno. Ostatecznie nad Rudną jest polska stolica wikliny, a Wielkanocy tak bez wędzonki, jak i wiklinowego koszyka nie sposób sobie wyobrazić. Tymczasem w sklepach z koszykami wcale nie widać kolejek, a nastroje wikliniarzy są bardziej niż ponure. Akuratnie w święta zacznie obowiązywać wyższy podatek VAT na ich wyroby. – To dobije nasz rynek – twierdzą zgodnie wikliniarze, którzy teraz bardziej dostają po kieszeni, niż za komuny.

W prima aprilis, ale jak najbardziej poważnie, zacznie obowiązywać znowelizowana ustawa o podatku od towarów i usług. Na wszystkie wyroby będzie teraz obowiązywać jednolita 23-procentowa stawka podatku VAT. Do tej pory na niektóre wyroby obowiązywał 8-procentowy podatek. Chodziło o rękodzieła posiadające certyfikaty specjalnej komisji działającej przy Cepelii.

Zamiast pomagać, powołują się na Brukselę
Wyroby z wikliny wszystkie są rękodziełem, a tylko niektóre powtarzalne. Ministerstwo Finansów, z którego wyszedł projekt podatkowej urawniłowki, może tego nie rozumieć, bo jest daleko. Rudniccy wikliniarze mieli nadzieję na litość władzy. Skrzyknęli się z kolegami z Nowego Tomyśla, gdzie jest drugie zagłębie wikliniarskie i pojechali do Warszawy. Na darmo. Tak w Ministerstwie Finansów, jak w Ministerstwie Rolnictwa urzędnicy rozkładali ręce. Nic nie mogą, bo takie dyrektywy idą z Brukseli i jeżeli nie zrównają podatku w górę, Polska będzie płacić kary. To, że padnie jeden z najbardziej rodzimych rynków, polscy urzędnicy mają „w tyle”.

Wiklinowe kosze i koszyki są bardziej niż tanie. Mając kilka złotych w kieszeni, można przebierać w hurtowniach. Mimo skrajnie niesprzyjających cen, z wikliniarstwa żyje w szerokiej okolicy Rudnika ponad 20 tysięcy osób. Po prostu jest to fach, który przechodzi z ojca na syna. W Rudniku jest ok. 100 firm zajmujących się wyplataniem i handlem wyrobami z wikliny. Materiał do wyplatania nie jest przywożony; on rośnie na nadsańskich nieużytkach. Gdzie indziej taka enklawa byłaby prawem chroniona. U nas prawo ją dobija.

- Marnie idzie sprzedaż – przyznaje Jan Wnuk, właściciel jednej z firm wikliniarskich. Inni mu przytakują. Właścicielka jednej z hurtowni zarzeka się, że w przyszłym roku nie będzie już handlować koszyczkami wielkanocnymi. – Nie zamierzam do tradycji dopłacać – mówi.

Już raz im dołożyli
Wikliniarze nie pierwszy raz odczują, że naszemu państwu nie zależy na ochronie polskiego rynku. Kilka lat temu wyższym VAT-em obłożone zostały meble z wikliny. To była też 15-procentowa podwyżka. I co? Sprzedaż półek, stolików czy etażerek spadła o 90 proc. I też wtedy wikliniarze tłumaczyli, że oni każdy mebel robią ręcznie, a jedynymi maszynami używanymi w wikliniarstwie są kosiarki i korowarki. Wtedy nie było kryzysu, a mimo to rząd nie ustąpił. Teraz nawet szkoda kogokolwiek przekonywać.

Jerzy Mielniczuk

do “Rząd dobija wikliniarzy”

  1. komentator

    rządzi m. in PSL
    wiadomo, ze od lat PSL dorzyna rolnictwo

    nie wiecie co robić ? nie ma u was zadnego peeselowca ?

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.