Służba zdrowia kpi z najmłodszych

Chore dziecko to zawsze stres dla rodziców, ale jeśli do tego dojdą problemy z polską służbą zdrowia, to bezsilność jest główną emocją, którą odczuwają…Fot. Archiwum

RZESZÓW. Poniedziałek, 31 grudnia, był sądnym dniem dla setek rodziców szukających pomocy dla swoich dzieci.

W ostatnim dniu 2012 roku rejonowe przychodnie z lekarzami rodzinnymi i pediatrami zrobiły sobie wolne. Akurat wtedy, gdy trwa epidemia grypy i chorób górnych dróg oddechowych. Zdesperowani rodzice z dziećmi godzinami szukali pomocy i czekali w megakolejkach do lekarzy w szpitalach i na pogotowiu.

Jestem ojcem 3-letniego chłopca, który zachorował w okresie świąteczno-noworocznym, i jednym z wielu, którzy po raz kolejny przekonali się o kalectwie polskiej służby zdrowia. Oto zapis kilku dni ilustrujących – po części – skalę problemu.

Środa, 26 grudnia
Pod wieczór Igor zaczyna gorączkować.

Czwartek, 27 grudnia
To dzień, w którym przyjmuje nasz pediatra. Ośrodek zdrowia mieści się kilkanaście kilometrów za Rzeszowem, ale lekarz jest dobrym specjalistą i sympatycznym człowiekiem. Nigdy też nie ma kolejek. Tym razem jest inaczej, w przychodni roi się od chorych dzieciaków. Epidemia grypy to nie wymysł mediów. – Wirus, ale gardło jest czyste, więc obejdzie się bez antybiotyków – tłumaczy pan doktor. Z apteki i tak musimy wybrać torbę lekarstw.

Sobota/niedziela, 29, 30 grudnia
Czujemy się jak na huśtawce. Temperatura to spada, to się podnosi. Dziecko ożywa, a potem na nowo staje się drażliwe i apatyczne. Pojawił się katar i kaszel, z prawego oka sączy się ropa. Mamy nieprzespaną noc.

Poniedziałek, 31 grudnia
Jednego oka Igor już nie otwiera, w drugim zaczyna się zbierać ropa. Jest rozpalony, traci siły, trzeba wracać do lekarza.

Dzwonię od rana do przychodni, telefon milczy jak zaklęty. – Pewnie przyjmują od 12 – pocieszamy się z żoną. Gdy po południu nie odpowiada, wsiadamy z synem do auta i kierujemy się do dziecięcej izby przyjęć szpitala przy ul Lwowskiej. Tutaj dowiadujemy się, że przychodnie rejonowe dziś nie pracują.

Na izbie w poczekalni z pół setki dzieciaków, może na pogotowiu przy ul Poniatowskiego będzie lepiej? Nie jest, pod drzwiami do lekarza tłumy, dzieci takie jak Igor, starsze i całkiem malutkie. Nagle olśnienie – przecież znamy panią X, nie pediatra, ale lekarz pierwszego kontaktu. Na pewno pomoże…Niestety, nie ma jej w domu i długo nie będzie. Kuzynka podpowiada, by spróbować u pediatry, który przyjmuje prywatnie. – Przykro mi, nie przyjmę państwa – tłumaczy lekarz. – Mam u siebie 40 pacjentów. Czy mogę kogoś polecić? Cóż, sytuacja jest dramatyczna, niektórzy koledzy w ogóle wyłączyli dziś telefony…

Ręce opadają. Gorączkowo zastanawiamy się, co dalej. Dziecko ewidentnie potrzebuje pomocy, jutro jest święto i już na pewno nikt nas nie przyjmie. Chyba że w szpitalu, ale tego wolelibyśmy uniknąć. Starsza pani Y – specjalista chorób dziecięcych, o której istnieniu sobie przypomnieliśmy, jest naszą ostatnią deską ratunku. Zgadza się przyjąć w swoim domowym gabinecie nas i inne małżeństwo z dzieckiem; oni czekali na pogotowiu ponad 4 godziny, bezskutecznie.

Igor ma wirusowe zapalenie górnych dróg oddechowych, zainfekowane uszy, oczy, gardło i nos. Pierwszy raz w życiu weźmie antybiotyki.

***
W ostatni dzień roku łatwiej było się dostać do masażysty niż do lekarza pierwszego kontaktu. Nieliczne otwarte gabinety w 180-tysięcznym mieście przeżywały oblężenie, wielu pacjentów, także tych najmłodszych, których NIE WOLNO zostawiać bez opieki, odeszło z kwitkiem. Człowiek przez całe życie płaci składkę zdrowotną i nic z tego nie ma, bo politycy od lat nie mają pomysłu, jak usprawnić służbę zdrowia. Czasem trudno o pomoc, nawet gdy człowiek zdecyduje się zapłacić. A koszty leczenia bywają niebagatelne. Wizyta z dzieckiem u pediatry – 60-90 zł, reklamówka leków – 150 zł, wizyta lekarza w domu – 200 zł.

Tomasz Szeliga

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.