Świąteczne zamieszanie mnie irytuje

Fot. Archiwum

Zbigniew Bartman, atakujący Asseco Resovii opowiada czy jest osobą kontrowersyjną, dlaczego zawsze mówi to co myśli i o tym, co najlepszego doświadczył w kończącym się roku.

- Same święta to bardzo fajna sprawa i ważny moment dla rodziny – mówi ZBIGNIEW BARTMAN. – To czas spotkań z najbliższymi, z którymi nie widzieliśmy się przez dłuższy okres – szczególnie jak ma to miejsce w naszym przypadku. Jest okazja zacieśniać rodzinne więzi. Jednak to, co się dzieje od paru lat wokół świąt, irytuje mnie i jestem temu przeciwny. Już w połowie listopada zaczyna się strojenie ulic, choinki, reklamy z Mikołajem w TV itd. To dla mnie paranoja, robienie komercji z czegoś, co powinno być bardzo intymne dla każdej rodzinny, która spędza czas we własnym gronie i nie musi brać udziału w tym wyścigu prezentów, zakupów itd. Często ludzie mówią: dobrze, że te święta się już skończyły, bo mnie tak zmęczyły tym wszystkim, że już nie mogłem wytrzymać. Tak nie powinno być i jestem przeciwny tej całej komercyjnej otoczce. Na szczęście próbuję się od tego odciąć i nie brać w tym udziału.

- Święta spędzi pan zatem w rodzinnym gronie w stolicy?
- Wigilię i połowę pierwszego dnia świąt spędzę z rodzicami, siostrą, która przyjeżdża z Francji i z babcią w Warszawie. A co do drugiej połowy pierwszego dnia, to mam pewien pomysł. Natomiast w drugi dzień świąt już trenujemy i trzeba stawić się w Rzeszowie.

- Z końcem roku przychodzi czas podsumowań i refleksji. Jaki to był rok dla Zbigniewa Bartmana?
- Z 2012 roku jestem bardzo zadowolony. Co prawda, rozpoczął się on dla mnie dość słabo, bo od złamania nogi na skutek przeciążeń i eksploatacji. Tak więc zaczęło się od kontuzji, a później zabrakło już trochę czasu, żeby wrócić do pełni formy na play-offy PlusLigi. Tuż potem rozpoczął się sezon reprezentacyjny, który uważam, za udany, choć nie zdobyliśmy medalu na igrzyskach olimpijskich w Londynie. Wygraliśmy po raz pierwszy w historii Ligę Światową i byliśmy zespołem niepowtarzalnie najlepszym od początku do końca w tych rozgrywkach.

- Pewnie wiele razy zadawano panu pytanie, co się stało z reprezentacją Polski na igrzyskach olimpijskich w Londynie…
- Nie lubię już wracać myślami do tego Londynu. Na pewno jako debiutant olimpijski wyciągnąłem bardzo dużo nauki z tych igrzysk. To jest naprawdę zupełni inny siatkarski turniej niż pozostałe. Uważam, że był on dla mnie cięższy niż Puchar Świata, gdzie grało się codziennie, a do tego dochodziły jeszcze przejazdy. Ja jednak wolę być zmęczony po meczu, a nie tym, co się wokół dzieje, a tak było w Londynie.

- Po przejściu do Asseco Resovii widać u pana duże zmiany. Gdzie się podziała impulsywność w zachowaniu na boisku.
- Ja już w kadrze, wydaje mi się, byłem bardziej spokojny. Wiele osób mówiło mi to nawet w zeszłym roku podczas Ligi Światowej, czy Pucharu Świata. Nie wiem, może to jest już taki wiek, że człowiek dojrzewa i zaczyna pewne rzeczy rozumieć. Z drugiej strony, nie mam tyle siły, żeby tracić energię na jakieś zbędne ekspresje w trakcie meczu. Wiadomo, że pozycja atakującego wymaga dużego zaangażowania siłowego również w to, co się robi. Atakuje się dużo więcej i siłą rzeczy, więcej tej energii się zużywa. Staram się skupić na tym, co robię, a nie na tym, co dzieje się wokół mnie.

- Trener kadry Andrea Anastasi przewrócił panu w głowie, ale chyba na korzyść, jeśli chodzi o zmianę pozycji z przyjmującego na atakującego?
- Może nie tyle, że poprzewracał mi w głowie, ale wskazał mi właściwą drogę. Wątpię, by kto inny zaryzykował tak jak on i wystawił mnie na ataku. Do tego trzeba mieć to coś i ogromną wiedzę. Andrea posiada dar, który pozwala mu dostrzegać w zawodnikach coś więcej i do tego potrafi być do bólu konsekwentny. Pewnie gdyby nie on, nigdy bym nie grał jako atakujący.

- Czy Zbigniew Bartman uważa się za osobę kontrowersyjną, czy może po tych zmianach w zachowaniu na boisku i wewnętrznym wyciszeniu już niekoniecznie?
- Kontrowersja to jest pojęcie względne. Dla jednego pewna rzecz może być kontrowersyjna, a dla drugiego – normalna. Wiadomo, że w Polsce osoby “kolorowe” w takim sensie, że nie wtapiają się w tłum, od razu określane są mianem kontrowersyjnych. Tak to już jest.

- Słynie pan z tego, że mówi prosto to, co myśli, a to nie zawsze jest przez wszystkich akceptowane.
- Bardzo często wolimy być oszukiwani miłymi sformułowaniami niż zostać brutalnie sprowadzonym na ziemię i usłyszeć nieprzyjemne rzeczy prosto w twarz. Wiadomo, że jak się dowiemy o takich rzeczach i jak ktoś powie nam je szczerze, to można coś przemyśleć i to może wyjść na korzyść. A jak będą nas cały czas słodko okłamywać, to będziemy ciągle w tej niewiedzy tkwić i można się pewnego razu brutalnie na tym przejechać.

- W życiu kieruje się pan mottem, które wytatuował sobie na ręce: “To jest moje życie, moja gra i gra się w nią według moich zasad”?
- Każdy ma swoje życie i ma je jedno. Dlatego stara się przez nie przejść tak, jak uważa za najlepsze. Ja uważam, że mamy zbyt mało czasu, żeby próbować się przypodobać wszystkim. Jesteśmy tylko raz młodym. Raz się żenimy, raz mamy dzieci i raz jesteśmy w danym momencie, w danej chwili tutaj. Trzeba to zrobić tak, żeby czerpać jak najwięcej korzyści z tego i czuć się jak najlepiej z samym sobą. Dlatego podążam tą zasadą, bo nie uważam, żeby ktoś inny miał kierować moim życiem.

- Pana życie prywatne też od pewnego czasu uległo zmianie. Pojawiła się w nim dziewczyna, Joanna Michalska, była sportsmenka, która chyba bardzo dobrze rozumie i zna życie sportowca.
- Asia jest pod tym względem niesamowitą osobą, bo potrafi zrozumieć wszystkie aspekty życia sportowca. Sama była przez wiele lata zawodową sportsmenką. Skakała o tyczce, a jej brat Łukasz nadal skacze i jest olimpijczykiem z Londynu. Na pewno specyfikę naszego życia bardzo dobrze rozumie, a z drugiej strony, bardzo mocno mnie wspiera. Na pewno ma też duży wpływ na to, że dobrze, wydaje mi się, dzieje się w mojej karierze.

- Skoro w tym roku wydarzyło się tyle zmian w życiu Zbigniewa Bartmana, to może też na dłużej zakotwiczy pan w Asseco Resovii, bo do tej pory niemal regularnie co roku zmieniał pan kluby.
- W Weronie grałem dwa lata. Na razie kontrakt z Asseco Resovią mam na jeden rok, ale to, czy zostanę na dłużej w Rzeszowie, będzie bezpośrednio uzależnione od wyniku, jaki osiągniemy w tym sezonie. Wiadomo, że wymagania i cele są najwyższe. Na pewno na dzień dzisiejszy chciałbym tutaj zostać, bo jest mi dobrze w Rzeszowie. Nie tylko jeżeli chodzi o stronę sportową, ale też o atmosferę w klubie, czy mieście, które żyje siatkówką. Nie ma takiej sytuacji, że gramy przy pustej hali, czy w połowie tylko wypełnionej. Tutaj zawsze dopisują kibice, a ja lubię grać przy pełnych trybunach. To daje mi najwięcej frajdy i przyjemności.

Rozmawiał Rafał Myśliwiec

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.