Święto kolorów w cieniu koronawirusa (ZDJĘCIA)

Fot. Bogdan Myśliwiec

Brutalne traktowanie Europejczyków, mniej niż zwykle zagranicznych turystów. Tegoroczne Święto Holi choć radosne i kolorowe, różniło się od tego, jak obchodzono je jeszcze rok temu

Przywrócone granice i zakazy wjazdów. Polska i Europa zamyka się na obcokrajowców, ale i świat zamyka się przed nami. 18 marca Indie w obawie przed rozprzestrzenianiem się pandemii koronawirusa zakazały wjazdu na swój teren pasażerom linii lotniczych pochodzących m.in. z krajów Unii Europejskiej. Jednym z ostatnich turystów, któremu udało się zwiedzić ten niezwykły kraj, jest nasz redakcyjny fotoreporter. Granice Indii opuścił 13 marca.

„Żadna z linii nie powinna brać na pokład pasażerów z tych krajów podróżujących do Indii od godz. 17.30 czasu indyjskiego 18 marca br. Linia lotnicza powinna egzekwować tę zasadę w porcie początkowym” – napisano w rozporządzeniu wydanym przez indyjskie władze państwa. Na czarnej liście znaleźli się obywatele 36 krajów: 27 krajów Unii Europejskiej, cztery kraje EFTA (Islandia, Liechtenstein, Norwegia i Szwajcaria), a także Wielka Brytania, Turcja oraz Afganistan, Malezja i Filipiny. Zakaz ma obowiązywać na razie do końca marca. Co więcej, władze w Delhi włączyły na listę osób, które muszą przejść obowiązkową kwarantannę, obywateli czterech krajów Zatoki Perskiej. Są to: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Oman i Kuwejt.

Wyjechali w ostatniej chwili

Nasza grupa wyjechała do Indii 26 lutego. Gdy dotarliśmy na miejsce, w Indiach nie było jeszcze słychać o koronawirusie. Pierwsze informacje pojawiły się kilka dni później po tym, jak wykryto wirusa u turystów z Włoch – mówi Bogdan Myśliwiec, który w Indiach przebywał od 26 lutego do 13 marca br. – Osoby takie przebywały w Varanasi i Delhi. Potem także wykryto przypadki chorych w Kardali. Hindusi nie rozróżniają Europejczyków pod względem krajów, z których pochodzą. Wszyscy mamy dla nich podobne rysy twarzy i ten sam kolor skóry. Gdy o koronawirusie zaczęto mówić w miejscowych mediach, zaczęliśmy być traktowani jako potencjalne zagrożenie. W autobusie konduktor, który sprzedawał nam bilety, zasłaniał przed nami twarz chustą, w hotelu, w którym spaliśmy, pracownicy chronili usta maseczkami. W miejscach publicznych raczej się od nas odsuwano. Słyszeliśmy też, że mówili na nasz widok o koronawirusie. Wirus zbierał już wtedy żniwo we Włoszech, do Indii także trafił z Włoch, więc podejrzewano, że my także mogliśmy stamtąd przyjechać.

Ekipa Pakuj Plecak, której przewodniczył Jan Skwara spędziła w Indiach ponad dwa tygodnie. Jedną z najważniejszych atrakcji podróży było indyjskie Święto Holi. Bogdan Myśliwiec pierwszy raz uczestniczył w nim rok temu. Tym razem wiedział już, że oprócz ferii kolorowych proszków, radości i spontaniczności jaką wyzwala w Hindusach Festiwal Kolorów, trzeba być także przygotowanym na przekraczające granice komfortu i nietykalności zachowania tubylców.

Celowali w białych

– W tym roku zabawa kolorami była o wiele bardziej brutalna niż rok temu. Hindusi na czas Święta Holi zaopatrują się w setki woreczków z kolorowym pyłem, ale i w różnego rodzaju pistolety na wodę i wiadra. Każdy kto decyduje się na udział w tej zabawie, powinien sobie zdawać sprawę, że może zostać oblany i obsypany. Takie są reguły gry. Biali, a szczególnie białe kobiety są jednak traktowane jako szczególny cel. Jednego dnia mogą być oblane nawet setki razy. Bez pytania, bez zahamowań. Dostać można prosto w twarz, prosto w aparat fotograficzny, czy kamerę. Próby o to, by nie atakować są całkowicie zbywane. Dla kogoś kto jest tam pierwszy raz jest to naprawdę hardcorowe przeżycie. Nie każdy się do takiej zabawy nadaje – przyznaje Bogdan Myśliwiec, który spędził w tym roku na Święcie Holi aż 5 dni.

Święto Holi to czas, w którym Hindusi celebrują nadejście wiosny. W ciągu tych kilku dni można tam przeżyć więcej niż niejednemu dane było doświadczyć przez całe życie.

Na Święto Holi przybywają co roku do Indii turyści z całego świata. Odwiedzają oni wówczas dwa bliźniacze miasta, z których pochodzi Kriszna i jego wybranka. To co dzieje się w tym czasie w tych miejscach trudno opisać słowami. Namiastkę szalonej zabawy uczestników Święta Holi oddają jednak zdjęcia.

Można pokochać, albo znienawidzić

Święto Holi to połączenie fascynującej zabawy i religijnych przeżyć. Symbolizuje zakończenie okresu zimy i powitanie wiosny. Nawiązuje do tryumfu dobra nad złem. Jest czasem oczyszczenia i wybaczenia. Jest w końcu świętem kolorów. Intensywnym, dynamicznym, pełnym hałasu, ścisku i przekraczania granic. To doświadczenie niczym nie skrępowanej zabawy nie dla każdego jest do przyjęcia. Święto Holi to kwintesencja Indii. Oszałamiające, egzotyczne, szalone. Można je pokochać, albo znienawidzić.

– Indie w ogóle są fascynujące, w ciągu jednego tygodnia dzieje się tam tyle co w ciągu kilku tygodni u nas. Intensywność przeżyć, doświadczeń, tego wszystkiego, z czym Europejczyk się tam styka jest ogromna i nie pozostawia obojętnym na ten kraj i jego mieszkańców. Indie można zresztą albo odrzucić, albo całym sercem pokochać. Ubiegłoroczny wyjazd na Święto Holi był dla mnie ciężkim przeżyciem. Schudłem kilka kilogramów, codziennie w upale, ścisku, obsypany kolorowymi proszkami i kolorową wodą pokonywałem kilka kilometrów. Codziennie wieczorem miałem dość kładąc się spać, ale gdy tylko wróciłem do Polski wiedziałem, że muszę to przeżyć jeszcze raz – mówi Bogdan Myśliwiec.  

Kompletny żywioł

– W Indiach nie spotyka się ludzi pijanych, dostęp do alkoholu jest bardzo utrudniony, żeby nie powiedzieć, że żaden. W mieście Kochi leżącym na południu Indii, które liczy 700 tysięcy mieszkańców, są zaledwie dwa sklepy z alkoholem. Hindusi potrafią się jednak doskonale bawić bez mocnych trunków. Święto Holi to zabawa bezalkoholowa zorganizowana dla tysięcy ludzi z całego świata. Obywa się bez ochrony, bez wytyczonych sektorów, czy biletów, a jego uczestnicy idą po prostu na żywioł. W innych częściach świata to nie do pomyślenia. Kolorowy tłum oszołomiony radością, muzyką i hałasem prze przed siebie. Ciało dociska do ciała. Można zostać stratowanym przez innym, można poczuć na sobie czyjeś ręce. Nie jest to zabawa dla każdego. I pod koniec dnia, gdy wraca się do hotelu z głową pełną niesamowitych wrażeń, czuje się kompletnie wykończonym – opowiada Bogdan Myśliwiec.

Małgorzata Rokoszewska

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o