Sześćdziesięciolatka zamarzła pod Tarnicą

W warunkach panujących na szczycie każda chwila groziła życiu ratowników. Kobietę otulono kocami i pakietami rozgrzewającymi. Fot. Mikołaj Grzech

BIESZCZADY. Ratownicy GOPR z narażeniem życia poszli na pomoc dwóm nierozważnym turystkom. Jedną uratowali.

- To była kiszka – mówi lakonicznie ratownik Jerzy Godawski, który kierował akcją.

W żargonie GOPR-owców oznacza to, że warunki w Bieszczadach były ekstremalnie trudne i życie ratowników było zagrożone. Poszli jednak w noc, mróz i śnieg, bo ludzie w niebiesko-czerwonych polarach zawsze wyruszają na ratunek, gdy ktoś w górach potrzebuje pomocy.

W czwartek ubiegłego tygodnia, w przedostatnim dniu tegorocznego lata, na dole w Ustrzykach Górnych było 6 st. Celsjusza i padał deszcz. Na szczytach Wysokich Bieszczadów było – 2 st. C i padał śnieg z deszczem. Do tego wiatr wiał z prędkością około 20 km/godz.

- Wysoka wilgotność i wiatr sprawiały, że tam na górze temperatura odczuwalna wynosiła minus piętnaście stopni – ocenia Hubert Marek, szef szkolenia Bieszczadzkiej Grupy GOPR.

W taką pogodę około 200-osobowa grupa ludzi wyszła w Bieszczady. Część z nich wyruszyła z Pszczelin i przez Widełki, a następnie Bukowe Berdo poszła w najwyższą partię polskiej części Bieszczadów, w spowite ciężkimi chmurami połoniny Halicza, Tarnicy i Szerokiego Wierchu.

To nie była zorganizowana wycieczka. Nie mieli przewodnika. Poszli pochodzić po Bieszczadach. Nie trzymali się razem. Już na podejściu pod Widełki turyści rozdzielili się na kilkuosobowe grupki. Niektórzy szli samotnie, inni po dwie, trzy osoby. W górnej partii gór poszli w różnych kierunkach. Najrozsądniejsi zeszli z Bukowego Berda do Mucznego. Inni poszli dalej. Chcieli dojść na Tarnicę, Halicz, Szeroki Wierch…

Wołanie z gór
Pierwszy sygnał GOPRO-wcy z Ustrzyk Górnych odebrali o godz. 17.20. Zapadał zmierzch. Telefonowała uczestniczka wycieczki, która zeszła już do Wołosatego. Prosiła o pomoc dla kobiety, która na przełęczy pod Tarnicą opadła z sił.

Minutę później w dyżurce GOPR znów zadzwonił telefon. Troje przypadkowych turystów natknęło się na nieprzytomną kobietę. Leżała na przełęczy pod Tarnicą.
- To był potwierdzony sygnał o człowieku, którego życie było zagrożone – relacjonuje Jerzy Godawski. – Natychmiast wyruszyliśmy na pomoc. Pojechaliśmy quadem najkrótszą drogą z Wołosatego na Tarnicę.

Pierwsza ofiara
W pobliżu wiaty dla turystów ratownicy znaleźli nieprzytomną kobietę. – Zdjęliśmy jej przemoczoną odzież, otuliliśmy suchymi kocami – mówi dalej Jerzy Godawski. – Ograliśmy pakietami rozgrzewającymi i zwieźliśmy na dół. Tam przekazaliśmy kobietę załodze karetki pogotowia. W tym czasie otrzymaliśmy wsparcie. Dotarli do nas koledzy z Cisnej i wspólnie ruszyliśmy na Tarnicę. Było nas jedenastu.

- Póki byliśmy w lesie, to lał deszcz – dodaje ratownik Mikołaj Grzech. – Powyżej lasu trzeba było zostawić quada i poszliśmy pieszo. Deszcz zamienił się w śnieg i wiało. No nie było łatwo.

Poszli. Ze sprzętem ratowniczym na placach i wózkiem dla poszkodowanych. Wspinali się stromą ścieżką pokrytą śliskimi od wody i śniegu kamieniami. Była już ciemna noc.

Dramat pod Tarnicą
- Na przełęczy pod Tarnicą zastaliśmy turystów, którzy usiłowali rozgrzewać nieprzytomną kobietę – opowiada dalej Jerzy Godawski. – Byli przemarznięci i przemoczeni, ale jeszcze w niezłej kondycji. Kazaliśmy im zejść w dół. Kobieta nie dawała oznak życia. Przystąpiliśmy do resuscytacji. Użyliśmy defibrylatora. Bez skutku.

W warunkach panujących na szczycie każda chwila groziła życiu ratowników. Kobietę otulono kocami i pakietami rozgrzewającymi. Na wózku powieziono ją na dół – do quada. W Wołosetem lekarz karetki pogotowia potwierdził zgon 60-letniej turystki. Była mieszkanką Szczecina.

Do dyżurek ratownicy wrócili przed północą. Akcja trwała prawie 6 godzin. Jedno życie udało się uratować. Znaleziona koło wiaty 61-letnia mieszkanka Szczecina została przewieziona do szpitala w Ustrzykach Dolnych, a następnie przetransportowana do Sanoka. Lekarze oceniają jej stan jako dobry.

Mariusz Włoch

do “Sześćdziesięciolatka zamarzła pod Tarnicą”

  1. VV

    zgadzam sie z przedmowca. te „kapusciane gorki” jak je niektorzy pogardliwie nazywaja sa tak samo smiertelnie niebezpieczne jak tatry. zwlaszcza jak ktos nieswiadomy niebezpieczenstwa wyrusza na poloniny zupelnie nieprzygotowany myslac, ze to fajna wycieczka. w bieszczadach nawet latem moga sie zdarzyc nagle ochlodzenia z porywistym i zimnym wiatrem, nie mowiac juz o jesiennej aurze. wspolczuje ale w stosunku do gorskiej przyrody zawsze trzeba miec maksimum pokory.

  2. ROMAN

    tak to się kończy jak ktoś bez wyobraźni z za biurka rusza prosto na szlak – myśląc a co to Bieszczxady -

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.