Tajemnicze zniknięcie akt z Urzędu Stanu Cywilnego

- Przyczyny mojego zwolnienia są pozorne - pisze w pozwie do sądu pracy Marek Strzałkowski, domagając się przywrócenia na stanowisko kierownika USC. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Przez magistrat przeszło kilka kontroli, zaginionych segregatorów szukali policjanci i wojewoda, a dokumentów z blisko 10 tys. narodzin jak nie było, tak nie ma.

Sąd spróbuje rozwikłać tajemnicę zniknięcia akt ze stalowowolskiego Urzędu Stanu Cywilnego. Wcześniej ta sztuka nie udała się ani prezydentowi, ani wojewodzie. Sąd zajmie się też pozwem o przywrócenie do pracy byłego kierownika USC, który nie czuje się winnym całego zamieszania. – Przyczyny mojego zwolnienia są pozorne – pisze w pozwie Marek Strzałkowski, były szef jednostki odpowiedzialnej za gromadzenie dokumentów o urodzinach, ślubach i zgonach.

Prawie rok temu Strzałkowski zawiadomił wojewodę o zaginięciu akt podczas remontu jego urzędu. Wcześniej oczywiście dowiedział się o tym prezydent. Potem były kontrole z Rzeszowa, z których nic nie wynikło. Prezydent zaproponował Strzałkowskiemu inne stanowisko, a gdy ten odmówił, zwolnił go, uzasadniając wypowiedzenie m.in. brakiem lojalności wobec pracodawcy.

Kierownik tylko bronił swojego dobrego imienia
Akta „zbiorowej rejestracji aktów urodzeń z lat 1994-99″ zginęły latem ub. roku. Wtedy to magistrat zabrał się za generalny remont USC. Urząd wygląda dziś jak prawdziwy pałac ślubów, ale w archiwum ma luki. Ciągle brakuje 21 segregatorów z aktami 9228 urodzeń. To stwierdziła wojewoda, ale stwierdziła też, że nie ma uprawnień do prowadzenia śledztwa, kto temu zawinił. W śledczego na jakiś czas wcielił się prezydent, jednakże też dał za wygraną, bo nawet policjanci nie mogli dojść, jakim to sposobem akta zniknęły i dlaczego akuratnie te, a nie inne. Po prostu nie ma po nich śladu.

Zniknęły, gdy na czas remontu przeniesiono je do innego budynku. Kierownik USC utrzymuje, że w takiej sytuacji odpowiedzialność za dokumenty przejął inny urzędnik magistratu, któremu podlegały pomieszczenia, w których akta zostały złożone. Prezydent uznał, że obowiązek troski o akta przez cały czas spoczywa na kierowniku USC, niezależnie od tego, gdzie akta się znajdują i kierownika zwolnił. Nastąpiło to jednak 7 miesięcy po wykryciu afery, z czego teraz były kierownik robi swój oręż, domagając się przywrócenia na stanowisko szefa USC. Podnosi, że w kontaktach z dziennikarzami bronił tylko swojego dobrego imienia, co prezydent niesłusznie zinterpretował jako brak lojalności podwładnego. Sąd pracy sprawdzi, czy wypowiedzenie umowy o pracę było zgodne z prawem. Równolegle inny sąd będzie wyjaśniał, kto ponosi odpowiedzialność za zniknięcie akt.

Segregatory… poszły z dymem
Akt nie ma i nie będzie, bo jak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, zostały spalone. Prawdopodobnie przez zwykłą pomyłkę, gdy budowlańcy po zakończeniu roboty czyścili pomieszczenia. Na przyczepę z workami papierowymi, deskami i innymi pozostałościami remontowymi wrzucili też tekturowe pudełka z „jakimiś papierzyskami”. Ktoś im jednak dał klucz do piwnicznego pomieszczenia z aktami, ale teraz nawet na mękach nikt do tego się nie przyzna.

Jerzy Mielniczuk

do “Tajemnicze zniknięcie akt z Urzędu Stanu Cywilnego”

  1. ROMAN

    no i mamy ” czeski film” – kwity były i zniknęły – nikt nic nie wie – nikt nic nie widział – nie ma winnego.

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.