Talerz jak płótno malarza

19-letni Michał Korkosz aka Rozkoszny - rodzynek wśród sfeminizowanej kulinarnej blogosfery, choć rodzynków w serniku nie lubi i woli go podawać z hojną porcją solonego karmelu oraz orzeszków ziemnych. Znany ze swojego hedonistycznego podejścia do jedzenia, które miesza ze zdrowym odżywianiem. Kreuje potrawy maksymalnie satysfakcjonujące i odżywcze, ale przede wszystkim tworzące rozkoszne, codzienne, małe uniesienia. Przed snem czyta książki kulinarne niczym najlepsze powieści. Fot. Paweł Dubiel

19-letni Michał Korkosz aka Rozkoszny – rodzynek wśród sfeminizowanej kulinarnej blogosfery, choć rodzynków w serniku nie lubi i woli go podawać z hojną porcją solonego karmelu oraz orzeszków ziemnych. Znany ze swojego hedonistycznego podejścia do jedzenia, które miesza ze zdrowym odżywianiem. Kreuje potrawy maksymalnie satysfakcjonujące i odżywcze, ale przede wszystkim tworzące rozkoszne, codzienne, małe uniesienia. Przed snem czyta książki kulinarne niczym najlepsze powieści. Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad w Michałem Korkoszem, blogerem kulinarnym.

- Mając ledwie 9 lat przyrządzał pan śniadania całej rodzinie. Takie dziecko to skarb!
- Każdy chciałby mieć takie dziecko, prawda? Bliscy przyzwyczaili się do dobrego i teraz, gdy wyjeżdżam do Warszawy na studia, niejedną łezkę w oku uronili (śmiech).

- Podczas Wigilii też pan rządzi w kuchni?
- Wtedy prym wiodą babcia i inne osoby podtrzymujące rodzinne tradycje. Ja zajmuję się słodkościami. Serniki i makowce wychodzą spod mojej ręki.

- Skąd u pana miłość do gotowania i pieczenia?
- Duży wpływ odegrało wychowanie, rodzinne poszanowanie jedzenia. Bardzo szybko zacząłem dociekać, skąd pochodzą produkty, tej wiedzy przybywało i dziś kulinaria to coś więcej niż hobby. To moja pasja i sposób na życie.

- Koledzy nie uśmiechali się pod nosem? Chłopaki to raczej gry komputerowe, piłka przed blokiem…
- Raczej podziwiali, bo częstowałem ich słodkościami (śmiech). Ktoś powie, że idealnie się wpasowałem, ponieważ gotowanie jest obecnie szalenie modne. Ale gdy zaczynałem, niewiele osób zajmowało się tym na poważnie.

- Na łakomczucha pan nie wygląda.
- Ważę 60 kg przy 170 cm wzrostu, ale zapewniam, że potrafię zjeść. Szczupła sylwetka to kwestia metabolizmu i zdrowego trybu życia. Uprawiam sport.

- Lubi pan eksperymentować w kuchni czy może jest kulinarnym konserwatystą?
- Szanuję tradycję, ale lubię odkrywać nowe smaki. Moje ostatnie odkrycie to hummus z wędzoną śliwką. Jadłem to w fajnej krakowskiej knajpce. Na swoim blogu rozkoszny.pl pokazuję inną, często egzotyczną stronę kuchni. Zachęcam do tworzenia ciekawych dań, lecz od razu ważna uwaga: choć to nie jest miejsce z klasycznymi przepisami, większość z nich nie jest ani dziwaczna ani skomplikowana. Warto po prostu wyjść poza schemat, odkryć bogactwo kulinarnego świata. Tym bardziej, że gros produktów dostępna jest w hipermarkecie. Polecam np. wodę różaną, czyli uboczny produkt olejku różanego. Można nią aromatyzować ciasto albo owsiankę. Dzięki temu składnikowi przeniesiemy się na Bliski Wschód.

- Każdy ma jakieś słabości: coca-cola, czekolada z orzechami, lody o północy? A za co pan dałby się pokroić?
- Wstyd się przyznać, bo promuję lokalne produkty, lecz uwielbiam zielone, „polerowane” jabłka. Wiadomo, że mają mnóstwo chemii, jednak nie potrafię im się oprzeć. Na szczęście ta odmiana, Golden Delicious, zaczęła być uprawiana w Polsce.

- Najmocniejszy jest pan w deserach. Z jakiegoś konkretnego powodu?
- Ciast nie piecze się codziennie, jest w tym celebra, a poza tym słodycze kochają wszyscy – i mali, i duzi. Za pomocą jednego kawałka ciasta można uszczęśliwić przyjaciół albo rodzinę. Przyzna pan, że to poważny argument (śmiech).

- Jakie jest pana popisowe danie?
- Nie odpowiem, ponieważ nie bazuję na tym samym przepisie. Łatwo się zamknąć w bezpiecznej strefie i tworzyć trzy dania na krzyż, doprowadzając je do perfekcji. To mnie jednak nie interesuje. Chcąc się rozwijać, muszę się doskonalić i sięgać po coraz nowsze przepisy. Fascynujące w tej zabawie jest to, iż ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia. Ostatnio zrobiłem brownie z cukierków michałków i zapewniam, że wyszło lepsze niż to z prawdziwej gorzkiej czekolady.

- Czego za nic w świecie nie wziąłby pan do ust?
- Nie jem wieprzowiny. Świnia nie jest najczystszym zwierzęciem, poza tym wystarczająco dużo naczytałem się o hodowlach… Świnia praktycznie nie posiada gruczołów potowych i gdy chce się ochłodzić, tapla się w błocie. Z taką wiedzą, posiłek nie może być smaczny. Mogę więc powiedzieć, że asymiluję się z wyznawcami islamu i judaizmu, którzy uważają podobnie (śmiech).

- Od roku prowadzi pan blog rozkoszny.pl. Stał się pan rozpoznawalny, gdy prestiżowy Saveur Blog Awards zgłosił pana do nagrody w kategorii fotografia kulinarna. Słyszałem, że wybiera się pan do USA na finałową galę.
- Będę mógł pojechać, ponieważ nawiązałem współpracę z miastem Rzeszów, które promuje młode talenty. Jednakże wyjazd to nie lada wydatek, szczególnie dla studenta i wciąż szukam środków. Saveur Blog jest w świecie kuchni tym, czym Oscar w świecie filmu, tylko tutaj statuetką jest gustowna pieprzniczka. Dopiero podczas uroczystej gali okaże się, komu przypadnie prestiżowe wyróżnienie. Nagrody zostaną przyznane w 12 kategoriach, m.in. najlepszy słodki blog, debiut, felietony. Od 1 października obserwujcie mój profil na Instagramie, będę tam wrzucał relację z tego wydarzenia.

- Żaden Polak nie wygrał tego konkursu, w tym roku zostało wysłane aż 30 tysięcy zgłoszeń z całego świata.
- Konkurencja jest olbrzymia. Śledzę amerykańskie nagrody kulinarne od lat, ale nie śniło mi się, że zaledwie po roku od założenia bloga, znajdę się w tak doborowym towarzystwie. O tym, iż zostałem nominowany dowiedziałem się, wrzucając przepis na rozkoszny.pl. Otrzymałem na maila wiadomość od organizatorów i zaniemówiłem (śmiech).

- Jak zrobić dobre zdjęcie czemuś, co leży na talerzu? Wydaje się to zadaniem karkołomnym.
- Fotografia i fotografia kulinarna to dwie różne sprawy. Żeby uchwycić na talerzu to „coś”, trzeba kochać jedzenie, wkładać serce w to, co się robi, zaangażować się na całego. Koleżanka trafiła w sedno, mówiąc kiedyś, że talerz jest dla mnie niczym płótno dla malarza.

- Jakieś drobne oszustwa w stylu pianka do golenia udająca bitą śmietanę?
- Szanujący się fotografowie nie uciekają się do takich sztuczek.

- Za to chętnie wykorzystuje pan w swoich kompozycjach talerzyki z okresu PRL-u.
- Mama śmieje się ze mnie, że wyciągam najgorsze śmieci z babcinego strychu, ale dla mnie PRL-owska zastawa posiada duszę. To rzeczy proste i niezwykle piękne zarazem.

- Ostatnio wszędzie pana pełno. W gazetach, telewizji, Internecie. Nie myślał pan o tym, żeby tę rosnącą popularność wykorzystać do akcji propagującej zdrowe odżywianie? Polacy mają z tym kłopot, nasze dzieci tyją najszybciej w Europie.
- W liceum brałem udział w olimpiadzie żywienia i swoją wiedzą z tego zakresu dzielę się na blogu. Mam tam kategorię „na lekko” czy „do lunchboxa”, w których można znaleźć bardziej prozdrowotne przepisy, pisuję do portalu hellozdrowie.pl, promującego zdrowy tryb życia. Nawyki żywieniowe się zmieniają, ludzie zaczynają się interesować kulinariami, dostrzegają co jest dobre dla naszego organizmu, a co złe. Gorzej gdy przesadzą z jakąś dietą. Trzeba uważać, by nie wpaść w pułapkę.

- Dziś gotowanie i pieczenie jest o niebo łatwiejsze niż w czasach, gdy w sklepie były ocet i margaryna. Ale będę się upierał, że z tą naszą świadomością nie jest najlepiej. Wciąż jesteśmy przywiązani do pierogów, schabowego z ziemniakami i bigosu.
- Te potrawy są częścią polskiej tożsamości, nie skreślajmy ich! Jakiś czas temu odkryliśmy prozdrowotne właściwości oliwy z oliwek, potem był zachwyt olejem kokosowym. Tymczasem warto wiedzieć, że na głowę biję ich polski olej rzepakowy tłoczony na zimno.

- A klasyczny cukier, osławiona biała śmierć?
- Mówi się, że cukier jest zły, okropny, sam stosuję zamienniki w postaci ksylitolu, syropu z agawy czy miodu, lecz nie popadajmy w paranoję. Trzymajmy cukier w szafce, użyjmy od czasu do czasu, miejmy radość z przyrządzania potraw i deserów.

- Dokąd zaprowadzi pana ta pasja?
- Za miesiąc zaczynam studia na Uniwersytecie Warszawskim – stosunki międzynarodowe. Niestety, nie ma uczelni sprofilowanej na kuchnię (śmiech). To jednak mój plan B. Może podążę w kierunku fotografii, reklamowania czegoś oraz publikowania. Marzę, by w przyszłości wydać własną książkę kucharską.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

12.

do “Talerz jak płótno malarza”

  1. dziecko z PRL

    U nas w domu tez moglem robic sniadania i nawet kolecje dla nas wszystkich.
    Chleb z margaryna i garnuszek kawy zbozowej z mlekiem to byly codzienne posilki u nas w domu.

  2. Brr

    Super wywiad i literówka w pierwszym zdaniu …

  3. hungrylion.pl

    Coś bym zjadł :)

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.