Tanwią płyną pieniądze

Nasza Tanew jest idealna do turystyki kajakowej - przekonuje Czesław Dziamara z Sierakowa. Fot. Jerzy Mielniczuk

HARASIUKI, NISKO. O tym, że na turystyce można zarobić, wiedzą sąsiedzi z Roztocza. My mamy trasy jeszcze ładniejsze, ale brakuje odważnych do zainwestowania w najprostszą turystyczną infrastrukturę.

Ile pieniędzy przepływa koło nosa mieszkańcom gmin nad Tanwią, wiedzą chociażby ci, którzy policzyli kajaki płynące na przykład Wieprzem. Sąsiedzi z Lubelszczyzny umieli się skrzyknąć i w sezonie letnim mają pełne ręce roboty. Na północnym Podkarpaciu nie ma takiego ciągu do turystycznych innowacji. A szkoda, bo każdego weekendu setki ludzi wywozi stąd pieniądze do Krasnobrodu, Zwierzyńca czy Suśćca, by zakosztować turystycznego kajakarstwa. Część tak robi, bo nie wie, że mamy tu lepsze warunki do kajakarstwa niż w sąsiednim województwie, a część przez lenistwo. U nas trzeba jeszcze szukać wypożyczalni kajaków, a po przejechaniu granicy województwa, wiosła wręcz wciskają nam w ręce.

Kajakarstwo przeżywa swój renesans. To nie musi być hobby, ale idealny sposób na urozmaicenie urlopu, albo nawet popołudnia po pracy. Nie trzeba jechać na Mazury, ani żadne pojezierza. Takie same atrakcje czekają na nas na podkarpackich rzekach, takich chociażby jak Tanew.

Turyści się pchają, a oni muszą odmawiać
Rzeka niosąca wody z Roztocza u nas uchodzi do Sanu. Przed ujściem delikatnie się wypłyca, ale zachowuje szybki nurt. Meandry w galicyjskich piachach i sosnowych lasach mają dodatkowy urok. Tyko wsiąść do kajaka i czekać, aż zbudzi nas szybszy San, albo przesunąć się po falach jeszcze dalej, do Wisły. Szlak dla początkującego turysty i wytrawnego kajakarza, dla pływającego z wdzięcznością siekiery i następcy Jędrzejczak. Szlak jednakże dziewiczy, bo choć chętnych na przetarcie nie brakuje, zraża ich brak infrastruktury.

Żeby kajakowe wycieczki Tanwią miały swój urok, przy rzece musi powstać przynajmniej kilka, nawet prowizorycznych, przystani. Wytrawny kajakarz nie będzie jej szukał, ale taki to przyjedzie ze swoim kajakiem i nie da też zarobić. Zarobek jest na turystach sezonowych, którzy muszą co chwilę odpocząć, najlepiej przy grillu na brzegu. Tę turystyczną tendencję do nieprzemęczania się wykorzystują właściciele gospodarstw agroturystycznych na Roztoczu. Dlaczego na kilkudziesięciu podkarpackich kilometrach Tanwi nie ma ani jednej takiej przystani z bufetem?

- Przynajmniej dwie już dawno powinny być – mówi Czesław Dziamara z Sierakowa k. Harasiuk, który z żoną Dorotą próbuje uruchomić turystykę kajakową na dolnej Tanwi. – Konieczne jest też wytyczenie ścieżek rowerowych, bo z kajaka wszystkiego się nie zobaczy. A jest co u nas oglądać. Czasami dzwonią do nas ludzie i proszą o zorganizowanie wypraw rzeką i zdarza się, że musimy odmawiać.

Ludzie boją się ryzyka i tracą
Dziamarowie postawili kilka ławek na skrawku swojej ziemi nad Tanwią i cały czas mają gości, od których zresztą nie mają jeszcze sumienia pobierać opłat. Mają też kilka kajaków, ale żeby „ruszyć z kopyta”, potrzebują ich przynajmniej 25. Prowadząc taki interes, musieliby zrezygnować z dotychczasowej pracy i trochę się boją ryzyka. Nie tylko oni. Starostowie niżańscy organizują spływy kajakowe i próbują zachęcić do inwestowania w turystykę, ale idzie to jak po grudzie. Ale jak tu się dziwić ewentualnym prywatnym inwestorom, skoro nawet samorządy dużych miast nad Sanem nie mogą się skrzyknąć, żeby uruchomić szlak wodny z prawdziwego zdarzenia. A pieniądze które powinny u nas zostawić turyści, przeciekają między palcami jak woda z Tanwi.

Jedynymi, którzy chwalą sobie taki stan rzeczy, są wędkarze. Póki co, kajakowe wiosła nie płoszą im ryb.

Jerzy Mielniczuk

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.