Trener powinien być jak ojciec

Fot. Wit Hadło

Grzegorz Mielcarski, były napastnik FC Porto, o potrzebie zmian wśród polskich trenerów i naukach odebranych od sir Bobby`ego Robsona.

- Zachowanie rodziców posyłających dzieci do szkółek to dziś poważny problem. Wywierają presję na maluchach, trenerach i sędziach. Wydaje im się, że jak zapłacą, to mogą robić, co im się podoba. Syn ma zrobić karierę, a przecież to nie takie proste. Leo Messi jest jeden – dzielił się spostrzeżeniami z “Super Nowościami” Grzegorz Mielcarski, wicemistrz olimpijski z Barcelony, były napastnik wielkiego FC Porto, dziś ceniony ekspert piłkarski.

Z Mielcarskim rozmawialiśmy podczas kursokonferencji trenerów w Rzeszowie. Razem ze swoimi współpracownikami z Akademii Trenera Canal Plus dzielił się doświadczeniami i wiedzą z 600 szkoleniowcami z całego Podkarpacia. – Ruszyliśmy w Polskę z hasłem “Czas na zmiany”, bo choć jest lepiej niż kiedyś, to jednak wciąż dużo do poprawy – twierdzi Mielcarski. I wylicza. – W Polsce nie ma specjalizacji, a przecież trener w pewnym momencie musi zdecydować, czy chce pracować z seniorami, czy z młodzieżą, bo to dwie różne bajki. Praca z dziećmi to wielki obowiązek, trzeba działać w myśl zasady: im wolniej dziś, tym szybciej kiedyś. No i nie może być tak, że człowiek, który wychowuje i kształtuje przyszłych piłkarzy zarabia 300 zł. To nie może być jego trzecia praca!

Greg, a krawat masz?
Podkreśla, że miał w życiu szczęście, bo trafił na wielu przyzwoitych trenerów. Dwóch było wybitnych. Niezmordowany wychowawca młodzieży w Polonii Bydgoszcz, Henryk Staszewski i sir Bobby Robson w FC Porto. Obaj już nie żyją.

- Pan Staszewski chodził do szkoły na wywiadówki, pilnował, żebyśmy się uczyli. Trener Robson opiekował się mną w obcym kraju, obaj nauczyli mnie, jak postępować w życiu, przekazali wspaniały, nieśmiertelny system wartości. To wszystko przydaje mi się teraz, gdy znalazłem się po drugiej stronie barykady – tłumaczy Mielcarski.

Słynny Anglik jak nikt dbał o morale tych, którzy z różnych przyczyn nie mogli zagrać w meczu. Największą empatię okazywał, gdy “Smoki” rozbijały przeciwnika w pył.

- Wiadomo jak jest. Rezerwowi cieszą się ze zwycięstwa, ale nie tak spontanicznie jak ci, którzy przebywali na boisku. Gdy nie uczestniczyłem w takim sukcesie, niecierpliwie czekałem na trenera. Żeby przyszedł i przybił “piątkę”, poklepał po plecach, zamienił kilka zdań. Bobby Robson wiedział, jak bardzo tego wsparcia potrzebowaliśmy – opowiada Mielcarski, którego z uwagi na trudne do powtórzenia nazwisko niektórzy Portugalczycy ochrzcili Miguelem Castro.

- Kiedyś wygraliśmy wysoko, nie brałem w tym udziału. Nagle Robson pyta: Greg, krawat masz?
- No…mam – odpowiadam zaskoczony
- Ładny?
- Ładny
- To zapraszam Cię jutro z żoną na kolację.

Węgra Petera Lipcseia trener zabrał na obiad. – Każdy z nich mówił w innym języku, więc przez godzinę siedzieli, patrzyli się na siebie i jedli. Niesamowita historia, tego w książkach się nie znajdzie – uśmiecha się Mielcarski. Przy okazji warto wiedzieć, że tłumaczem sir Robsona był wówczas Jose Mourinho, a marzący o karierze trenerskiej Andre Villas Boas pisał dla Anglika krótkie raporty, za które – jak w szkole – otrzymywał oceny.

Idioci z plastrami na ustach
- Myśmy Robsona kochali, był dla nas jak ojciec. Kiedyś podczas treningu kopaliśmy piłką w ogrodzenie, na którym siedział kibic przyglądający się naszym zajęciom. Chcieliśmy, żeby spadł. Robson temu kibicowi pozwolił się do nas przyłączyć. A nam zapowiedział: jak będziecie mieć w sobie taką pasję, taką miłość do klubu jak ten człowiek, zostaniecie mistrzami.

- Raz wkurzył się na dobre, krzyknął: zamknijcie w końcu gęby i zacznijcie ćwiczyć! W przerwie na uzupełnienie płynów pozaklejaliśmy sobie usta plastrami. Gdy Robson to zobaczył, rzucił tylko “kompletni idioci”, odwrócił się i odszedł. Atmosfera w Porto była niepowtarzalna.

Tworzył ją nie tylko nietuzinkowy trener-wychowawca, ale i cała plejada doskonałych piłkarzy, często wielkich osobowości. Mielcarski występował w Porto w latach 1994-98 razem z m.in. Rui Barrosem, Jorge Costą, Vitorem Baią, Joao Pinto, Mario Jardelem, Secretario, Zlatko Zahovicem, Ljubinko Drulovicem.

Marcinowi Rosłoniowi z Canal Plus opowiedział historię ku przestrodze. – Graliśmy sparing, padał deszcz, więc mogliśmy ubrać dresy. Gdy wydało się, że zapomniałem ochraniaczy, kapitan Joao Pinto poszedł do stoperów drużyny przeciwnej i polecił, żeby połamali mi nogi. “Może wtedy zrozumie, na czym polega jego praca” – wściekły cedził przez zęby. Naprawdę się przestraszyłem i przez kwadrans wypatrywałem kolegi, który miał mi donieść te nieszczęsne ochraniacze.

Tomasz Szeliga

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.