Tu nie ma miejsca na strach

- Zostałem wicemistrzem Polski, po części spełniły się moje marzenia, ale wciąż mam jeszcze coś do zrobienia - uśmiecha się 32-letni Maciej Rzeźnik. Fot. Paweł Bialic
– Zostałem wicemistrzem Polski, po części spełniły się moje marzenia, ale wciąż mam jeszcze coś do zrobienia – uśmiecha się 32-letni Maciej Rzeźnik. Fot. Paweł Bialic

RAJDY SAMOCHODOWE. Wicemistrz Polski, Maciej Rzeźnik, o fantastycznym sezonie, kosmicznie drogim sporcie i ryzyku, o którym się nie myśli, wsiadając do rajdówki.

32-letni Maciej Rzeźnik przebojem wdarł się do czołówki polskich rajdów samochodowych. W ubiegłym sezonie kierowca z Rzeszowa ustąpił miejsca jedynie Kajetanowi Kajetanowiczowi.

– Kończy się rok 2013. Najlepszy w pana karierze. Co dało panu największą satysfakcję?
– Zdecydowanie tytuł wicemistrza Polski. Po części spełniły się moje marzenia, żeby być w trójce najszybszych kierowców w kraju. To była zresztą część planu. Razem z moim pilotem Przemkiem Mazurem i całą załogą założyliśmy bowiem, że w dwa lata przebijemy się na podium. Udało się, jesteśmy szczęśliwi, ale nie spoczywamy na laurach. Chcemy jechać jeszcze szybciej!

– W którym momencie poczuł pan, że to może być wyjątkowy sezon?
– Od początku wierzyliśmy, że jesteśmy w stanie być w trójce. Sumiennie przygotowywaliśmy się do sezonu, już w zimie ścigaliśmy się w różnych miejscach na śniegu. Wszystko poszło zgodnie z planem.

– Co w tym wyścigu po wicemistrzostwo Polski okazało się najistotniejsze? Zabójcza wręcz regularność?
– Chyba tak. Jechaliśmy równo przez cały sezon. Nie „podpalaliśmy” się, cały czas analizowaliśmy sytuację, nie spuszczaliśmy rywali z oczu. Nie jechaliśmy na zabój, tylko skrzętnie gromadziliśmy punkty. Wiedzieliśmy, że na końcu to one będą najważniejsze. Nie ukończyliśmy zaledwie jednej rundy mistrzostw. W Rajdzie Polski znaleźliśmy się poza drogą, ale i tak nie miało to większego znaczenia, bo tego występu nie dopisaliśmy do klasyfikacji generalnej.

– Nie udało się wam wygrać żadnego rajdu, bo we wszystkich rundach triumfował Kajetan Kajetanowicz. Kierowca z innej półki.
– „Kajto” jest utalentowany, ma świetny zespół i trzy razy większy budżet od naszego. To wszystko przekłada się na kilometry spędzone w aucie. Jeśli my „robimy” 30 – 50 km odcinków testowych, to Kajetanowicz ponad 300. Wojciech Chuchała, Tomasz Kuchar i Maciej Oleksowicz to samo. Różnica jest taka, że oni czują trasę przed pierwszym oesem, a my w połowie rajdu. To wszystko powoduje, że nasz sukces staje się jeszcze cenniejszy.

– Dominacja Kajetanowicza będzie się utrzymywać, czy jednak grupa pościgowa zacznie się do niego zbliżać?
– Mam nadzieję, że różnica między Kajtkiem a resztą stawki będzie się zmniejszać. Jesteśmy bardzo zmotywowani, nie poddajemy się i w tej chwili czekamy tylko na śnieg. Gdy spadnie, znikamy na miesiąc w bieszczadzkich lasach. Już tam zaczniemy przygotowania do następnego sezonu.

– Rajdy samochodowe to bardzo drogi sport. Proszę o kilka cyfr, które pomogą nam zrozumieć, o czym rozmawiamy.
– Auto, jakim ścigaliśmy się w ubiegłym sezonie, kosztuje 300 tysięcy euro. Nie stać nas na taki wydatek, dlatego pożyczamy go na dany rajd. Wtedy za jeden przejechany kilometr trzeba zapłacić 200 euro. Przy samochodach technologicznie bardziej zaawansowanych, którymi jeżdżą m.in. Michał Sołowow, Robert Kubica i Krzysztof Hołowczyc, stawka rośnie do 300 euro. Łatwo policzyć, że na jeden rajd potrzebujemy ok. 40 tysięcy euro. To są kosmiczne pieniądze.

– Ile wynosi wasz roczny budżet?
– Nie chciałbym zdradzać. Mogę tylko zapewnić, że jesteśmy najbiedniejsi z całej czołówki. Po cichu liczę jednak, że po wicemistrzostwie Polski nasz skromny, prywatny team zyska jakiegoś mocniejszego partnera.

– Ponoć łatwiej wejść na szczyt niż się na nim utrzymać. W 2014 roku to pana będą ścigać.
– Za rok o tej porze powiem, czy lepiej ścigać, czy być ściganym (śmiech). Na pewno 2014 rok będzie trudniejszy. Ale jesteśmy przygotowani na kolejne wyzwania. W sporcie nie ma rzeczy niemożliwych!

– Pan się boi, gdy wsiada do rajdówki?
– W jakim sensie?

– No tak zwyczajnie, po ludzku. Odczuwa pan strach?
– Nie myślę nad tym, co się może stać. To moja praca. Wiem, że muszę przejechać z punktu A do punktu B, ale nie jestem w stanie przewidzieć, co się wydarzy po drodze. Gdybym się nad tym zastanawiał, to nie byłbym w stanie wcisnąć gazu do dechy. Bardziej przeżywają to zapewne moi bliscy. Choć zdają sobie sprawę, że na nic nie mają wpływu. Rajdy to moja pasja, na pewno z nich nie zrezygnuję.

– Co się czuje, gdy auto wypada z trasy przy 150 km na godzinę?
– Nic szczególnego (śmiech). Czekasz na moment, aż się zatrzymasz, a potem pytasz pilota: wszystko OK? Dachowanie, urwane koła, walnięcie w drzewo, znalezienie się w rowie – to chleb powszedni rajdów samochodowych.

– Zimą jeździł pan do krajów bałtyckich ścigać się po śniegu. Tym razem też tak będzie?
– Już 27 stycznia zameldujemy się w Estonii, gdzie usiądziemy za kierownicą forda nowej specyfikacji R5. W mistrzostwach Polski będziemy korzystać z tego auta albo z peugeota. Uwielbiam Estonię. Tam ludzie żyją rajdami. Trasy są perfekcyjnie przygotowane, można pędzić na oponach z długimi kolcami nawet 200 km na godzinę. Początkiem marca czeka nas pierwsze wyzwanie – Rajd Arłamów, który po latach wraca do kalendarza.

– Środowisko kierowców rajdowych to hermetyczna grupa. Zdarzają się przyjaźnie? Takie prawdziwe, na całe lata?
– Na tym poziomie, przy tej konkurencji, na pierwszym miejscu jest rywalizacja. Wielokrotnie przekonałem się o tym podczas ostatniego sezonu. Zdziwiony jednak nie jestem.

– Co chciałby pan znaleźć pod choinką?
– Fajny kontrakt do podpisania (śmiech). Mógłbym jeszcze więcej jeździć i z większą mocą zaatakować Kajetanowicza.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments