Tuż przed ME powiało optymizmem

Od 30 lat, czyli od sukcesu polskich piłkarzy na mundialu w Hiszpanii, reprezentacja Polski stacza się po równi pochyłej. Faktem jest, że owa równia pochyła momentami nie jest zbyt stroma, a momentami jest nawet płaska, ale tak czy owak nasza reprezentacja tak mocna jak za Górskiego i Piechniczka nigdy więcej nie była i nie zanosi się na to, żeby coś się pod tym względem w najbliższym czasie zmieniło.

Co prawda od tamtych czasów było nawet kilka “jaskółek”, ale one, jak to zwykle bywa, “wiosny nie uczyniły”. Najpierw były nieudane MŚ w Meksyku w 86 roku, a później długo nic. Największe nadzieje pokładaliśmy w olimpijskiej reprezentacji Wójcika na IO w Barcelonie w 92 roku kiedy to po zaciętym meczu nasze orły przegrały w finale z Hiszpanami 2-3. Później były reprezentacje Engela w 2002, Janasa w 2006 i Beenhakkera w 2008, kiedy to dwukrotnie awansowaliśmy do MŚ i po raz pierwszy w historii do ME. Jednak w finałach tych imprez zostaliśmy sprowadzeni na ziemię i szybko pokazano nam miejsce w szyku.

Po tym jak zostaliśmy współgospodarzami ME 2012 sądziłem, że sytuacja się powtórzy i znowu nie wyjdziemy poza fazę grupową. Mojego pesymizmu nie zmieniły nawet wyniki losowania grup, które według większości fachowców były dla nas szczęśliwe. A jednak na niespełna miesiąc przed inauguracją ME powiało wreszcie optymizmem. Co prawda umiarkowanym, ale jednak. Po pierwsze Robert Lewandowski został uznany najlepszym piłkarzem Bundesligi. Po drugie, w jedenastce sezonu najwyższej ligi w Niemczech znalazł się również Łukasz Piszczek, a Kuba Błaszczykowski bardzo mocno do niej pukał. Po trzecie wreszcie, cała wspomniana trójka to podstawowi zawodnicy nowego mistrza Niemiec, Borussi Dortmund. I wreszcie po czwarte, Łukaszem Piszczkiem bardzo poważnie zainteresowany jest Real Madryt, a to już jest “najwyższa półka” z możliwych. Jeżeli jeszcze do tego dodać czołowego bramkarza Premiership, Wojtka Szczęsnego z Arsenalu oraz zawodników z powodzeniem występujących w lidze francuskiej takich jak: Obraniak, Perquis i Dudka to naprawdę wygląda na to, że “nasze orły” mogą zostawić w pokonanym polu i Greków i Rosjan i Czechów. Czego im i sobie życzę.

Ale żeby nie popadać z kolei w niczym nie uzasadnioną euforię kilka łyżek dziegciu do tej beczułki miodu. Otóż z całym szacunkiem – niemiecka Bundesliga i francuska Ligue 1 są jednak co najmniej o krok za angielską Premiership  i hiszpańską Primiera Division. W tej drugiej to nawet żaden nasz “orzeł” nie gra. Pojawiła się już co prawda wspomniana wyżej szansa dla Łukasza Piszczka na grę w Realu Madryt, ale po pierwsze to jeszcze nic pewnego, a gdyby nawet to i tak będzie to dopiero po mistrzostwach. Poza tym pojawia się pytanie czy ten transfer może coś dać Łukaszowi Piszczkowi poza przypływem dużej gotówki. Otóż jeżeli zostałby on podstawowym graczem Realu jak choćby turecki Niemiec Ozil to byłby to dla niego niesamowicie duży krok w karierze i to czego by się tam nauczył byłoby nie do przecenienia, a co za tym idzie skorzystałaby na tym też reprezentacja Polski. Jeżeli jednak Piszczek będzie w Realu “grzał ławę” tak jak to robił do niedawna Jurek Dudek to pożytku z tego nie będzie miał ani on, ani reprezentacja. Sądzę więc, że choć wydaje się iż Łukasz powinien skorzystać z propozycji grania w jednym z najlepszych klubów świata, to tak naprawdę powinien to bardzo poważnie przemyśleć. Bo emerytura w wieku 26 lat to stanowczo za wcześnie, nawet jak na piłkarza.

Krzysztof Pipała

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.