Tylko zwycięstwo

PLUS LIGA. Lukáš Ticháček, rozgrywający Asseco Resovii chce znów pokonać Skrę.

Asseco Resovia, lider PlusLigi jutro zmierzy się z mistrzem Polski PGE Skrą. Zespół z Bełchatowa do meczów w Rzeszowie zawsze przystępował maksymalnie zmobilizowany, a teraz będzie szczególnie umotywowany po porażce 0-3 z ZAKSĄ.

- Skra nie będzie chciała ponieść drugiej porażki z rzędu, ale my nie chcemy przegrywać u siebie, więc nam motywacji i determinacji do zwycięstwa również nie zabraknie. Myślę, że kibiców czeka bardzo interesujące i emocjonujące spotkanie – mówi rozgrywający Asseco Resovii, Lukáš Ticháček.

- Jakie jest wasze nastawienie do pojedynku z Skrą? Bełchatowianie mają nieco  problemów zdrowotnych, zwłaszcza z przyjmującymi. Z ZAKSĄ nie zagrali Michał Winiarski i Michał Bąkiewicz, a Bartosz Kurek ma dolegliwości z kolanem.

- Na pewno dużą siłą Skry jest szeroki skład i to nie jest tak, że oni mają tylko Kurka i Winiarskiego. Jest jeszcze kilka zawodników w tym zespole, którzy mogą zastąpić kontuzjowanych, czy niedysponowanych kolegów. Poza tym nie ma sensu odnosić ich porażki z ZAKSĄ, to meczu z nami. To będzie zupełnie inne spotkanie, w którym Skra może zaprezentować się z bardzo dobrej strony. Jeśli chodzi o nas, to na pewno interesuje nas zwycięstwo i zrobimy wszystko żeby je osiągnąć.

- Rozegrałeś już wiele spotkań z PGE Skrą, jeszcze w barwach VfB Friedrichshafen. Który z nich szczególnie utkwił ci w pamięci?

- Do dziś pamiętam spotkanie z LM, chyba sprzed trzech lat, kiedy w spotkaniu w Polsce pokonaliśmy bełchatowian 3-0, a Georg Grozer grał wtedy na pozycji przyjmującego (na ataku grał Koreańczyk, Sung-Min Moon – przyp. red)). Zaskoczyliśmy wtedy Skrę naszym ustawieniem i grą. Georg atakował wtedy kilka razy bez bloku. To już jest jednak daleka przeszłość i nie ma sensu odnosić naszych dawnych zwycięstw ze Skrą do obecnych realiów. W środę czeka nas zupełnie inne spotkanie, w którym jakieś statystyki, czy porównania z przeszłości nie mają żadnego znaczenia.

- Nie ma w was jednak zbyt dużego respektu przed siedmiokrotnym mistrzem Polski? Czujecie, że jesteście w stanie pokonać Bełchatów?

- Oczywiście, że tak, tym bardziej, że gramy u siebie. Założyliśmy sobie przed sezonem, że postaramy się wygrać wszystkie spotkania rozgrywane w Rzeszowie. Nie wiem, czy nam się to uda, ale bardzo byśmy chcieli to osiągnąć. Myślę, że coraz lepiej rozumiemy się ze sobą na boisku. W drużynie panuje fajna atmosfera i jestem zadowolony, że tak dobrze wszystko nam się układa.

- W ostatnim meczu w Kielcach w końcówce II seta Georg Grozer miał problemy ze skończeniem ataku. Wydawało się, że wasza współpraca jeszcze z czasów wspólnej gry w VfB Friedrichshafen będzie procentowała właśnie w takich momentach…

- Wszyscy mówią o tym, że powinniśmy grać ze sobą w ciemno, ale to nie takie proste. Przez ostatni rok nie graliśmy przecież ze sobą, a w Rzeszowie spotkaliśmy się mimo wszystko w innych realiach niż w Niemczech. Do tego na początku sezonu dochodzi jeszcze problem przestawienia się z gry w reprezentacji na ligę. Uważam jednak, że nie ma między nami żadnych nieporozumień. Po meczu rozmawialiśmy o tym, że czasami rzuciłem mu zbyt krótką i niedociągniętą piłkę, ale on nie miał o to pretensji. Zresztą nie jest też tak, że ja odpowiadam za wszystkie nieskończone ataki Grozera. On też popełnia błędy własne i ma tego świadomość. Wie również o tym, że gra na takiej pozycji, na której nie może oczekiwać, że każda piłka, która pójdzie do niego, będzie idealnie rozegrana i to najlepiej jeszcze bez bloku. To niemożliwe. Ze świetnie wystawionej piłki atak może skończyć nawet nasz libero Igła, ale od Georga jako rasowego atakującego trzeba oczekiwać więcej.

- Czujesz się już chyba coraz pewniej w Resovii, co widać po tym, że bardzo dużo ryzykujesz na zagrywce i szukasz również okazji do zaatakowania z drugiej piłki.

- Grając w reprezentacji Czech często udaje mi się punktować w tego typu akcjach. W Resovii utrudnieniem dla mnie jest to, że w kontrach moi koledzy nie dogrywają mi piłki tuż przy siatce, co ułatwiłoby mi zadanie. Wtedy bowiem mógłbym zaskoczyć przeciwnika albo rozgrywając piłkę do kolegi, albo atakując ją samemu. Jeśli jednak mam dogranie na drugi metr, to nie mogę sam atakować z takiej piłki. W Kielcach taką okazję do kontry miałem tylko jeden raz i niestety, pomyliłem się. Jeśli jednak takich sytuacji będę miał więcej, to jest większa szansa na to, że będę w nich skuteczny.

Rozmawiał RAFAŁ MYŚLIWIEC

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.