Uciekł ze szpitala i się powiesił

Problemy psychiczne Pawła rozpoczęły się po tym, jak został dotkliwie pobity na tarnobrzeskim rynku.

TARNOBRZEG. 28-letni Paweł trafił na oddział psychiatryczny, bo bał się, że odbierze sobie życie.

Żal i rozpacz przeżywa od kilku dni tarnobrzeżanka Teresa Wilk po tym, jak jej 28-letni syn odebrał sobie życie w trakcie leczenia na oddziale psychiatrycznym Szpitala Powiatowego w Sandomierzu.

Od tragedii, która dotknęła rodzinę Wilków minęło już kilka dni, ale wstrząs po tym, co się stało potrwa jeszcze długo.

- Syn nie miał nigdy problemów psychicznych, dopiero po tym jak został brutalnie pobity 10 lat temu na tarnobrzeskim rynku, jego zachowanie zaczęło się zmieniać – wspomina Teresa Wilk. – Paweł był wtedy w piątej klasie technikum i nauczyciele zaczęli skarżyć się, że zasypia na lekcjach, że bywa nadpobudliwy. Szukaliśmy pomocy u wielu specjalistów. Paweł był pod stałą opieką lekarzy i prowadził całkiem normalne życie. Miał 6-letnią córeczkę, jeździł samochodem.

Napady lęku
- Dwa i pół roku temu Paweł miał pierwszy poważny atak lękowy. Czuł, że ma na szyi sznury. Natychmiast zawieźliśmy go na oddział Szpitala Powiatowego w Sandomierzu. Jeszcze przy mnie dostał kilka zastrzyków i natychmiast się uspokoił. Jego łóżko przez tydzień stało na wprost dyżurki i nie spuszczano z niego oka. Po dwóch tygodniach syn wyszedł ze szpitala i czuł się bardzo dobrze – wspomina pani Teresa.

Od tamtej pory Paweł przyjmował leki i czuł się dobrze. Niecałe dwa tygodnie później choroba znowu zaatakowała.

Pilnujcie go! Proszę, pilnujcie go!
- Syn był smutny, coś go martwiło, był bardzo zalękniony. Przez cztery dni byliśmy na obozie integracyjnym w Rymanowie Zdroju i w niedzielę wieczorem wróciliśmy do Tarnobrzega. Syn miał lęki, czuł, że na jego szyi zaciskają się sznury, prosił, byśmy odwieźli go do szpitala – opowiada kobieta. – Na oddział trafił w poniedziałek. Zostawiając go pod opieką specjalistów poprosiłam jeszcze dwukrotnie “Pilnujcie go! Proszę, pilnujcie go”. Gdy wróciłam do domu odetchnęłam, że syn ma opiekę i spokojnie usnęłam.

We wtorek, 25 września, pani Teresa rozmawiała z synem przez telefon. Umówili się, że zobaczą się w środę. Był spokojny.

Gdzie jest mój syn?
W środę, 26 września, około godz. 14, pani Teresa odebrała telefon ze szpitala, że syn uciekł.

- Nogi się pode mną ugięły. Pojechałam do Sandomierza. W szpitalu nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Siedziałam na korytarzu i czekałam. Dopiero gdy zaczęłam krzyczeć “Gdzie jest mój syn?”, poproszono mnie do gabinetu i pani doktor powiedziała tylko – “przykro mi”.

Paweł został znaleziony około 500-600 metrów od szpitala. Powiesił się w szklarni na prywatnej posesji. Jej właściciel próbował nawet udzielić mu pomocy, ale nie udało się już uratować życia 28-latka. Nie pomogły także elektrowstrząsy.

Kto zawinił?
- Jak można było pozwolić na to, by syn, który dopiero, co trafił na oddział, po prostu z niego uciekł?. Przecież to jest oddział zamknięty, pracują na nim ochroniarze – mówi przez łzy kobieta. Podobno odepchnął jakąś pielęgniarkę w drzwiach, czyli wiadomo było, że ucieka. – Tak prosiłam, żeby go pilnować. Zawiozłam go na śmierć i nie mogę sobie tego wybaczyć.

Tarnobrzeżanka nie kryje także żalu do kierownictwa oddziału i dyrekcji szpitala, bo jak dotąd nikt się z nią nie skontaktował. Nie mówiąc już o tym, że nikt jej nie przeprosił.

- Syn chciał żyć, cieszył się, że był ojcem. Miał przed sobą całe życie, ale przez to, że w tej dramatycznej chwili nikt go nie przypilnował, wszystko się skończyło – mówi zrozpaczona matka.

Dyrekcja szpitala przyznaje, że miał miejsce fakt ucieczki pacjenta, a także że cała ta sytuacja jest analizowana i podjęte zostaną starania, aby taka sytuacja już więcej się nie wydarzyła. Sprawą z urzędu zajęła się także sandomierska prokuratura.

Małgorzata Rokoszewska

do “Uciekł ze szpitala i się powiesił”

  1. obywatel

    Polskie szpitale śmierci,

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.