Uratować człowieka – to jest coś!

Jan Bomba, Marek Lubaś, Grzegorz Ostrowski i Mariusz Tarnawski (od lewej) zawsze muszą być w gotowości do wyjazdu.

W zawodzie ratownika medycznego najgorsze są początki. Widok krwi i zmasakrowanych ciał  na długo zostaje w pamięci

Praca ratownika medycznego to nie tylko walka o zdrowie i życie pacjentów. To także walka o własne życie i zdrowie. Walka z kierowcami na ulicach, z ciężkim sprzętem dźwiganym na wysokie piętra, z lekkomyślnymi ludźmi i ich niewdzięcznością. To także walka z samym sobą, bo codziennego obcowania z cierpieniem i śmiercią nie można ratownikom pozazdrościć.

- Każdy wyjazd jest wielką niewiadomą. Mimo że dyspozytor przekazuje nam pewne informacje, to tak do końca nie wiemy, co się dzieje. Ludzie są zdenerwowani, łatwo mogą coś pomylić – mówi Mariusz Tarnawski, jeden z ratowników medycznych Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie. A to, co wielokrotnie zastają, sprawiłoby, że przed niejednym twardzielem ugięłyby się kolana.

Emocje do kieszeni – ratujemy życie!
- Gdy pierwszy raz zobaczyłem mózg na wierzchu, zaczęło mi się robić słabo – wspomina Jan Bomba, kierowca pogotowia, który od lat towarzyszy rzeszowskim ratownikom. – A teraz czy to ręka, czy noga urwana, czy mózg na kierownicy, to już widok niemal codzienny – dodaje. Choć zdradza, że nieraz łza się w oku zakręci, widząc tragedie rodzin. Ratownicy potwierdzają – najgorsze są początki.
- Osoba, która zaczyna tę pracę, musi przejść pewien szok, zanim wkręci się w cały system wyjazdów. Ile to trwa? To sprawa indywidualna – twierdzi Mariusz. – Nie miałem jeszcze takiego momentu, żeby się rozpłakać, ale trudno powiedzieć, co będzie dalej. Jesteśmy tylko ludźmi.
Pierwszym szokiem dla Grzegorza Ostrowskiego był widok osoby powieszonej. – Ogromne przeżycie. Do tej pory pamiętam wygląd jej twarzy i ten krzyk osób z rodziny… – opowiada. – Bardzo emocjonalnym wydarzeniem dla mnie było także wezwanie do młodej kobiety, która urodziła dziecko do toalety. Dziecko było martwe, a ja miałem je stamtąd wydobyć i zabezpieczyć.
Zespoły ratownicze są świadkami nie tylko domowych tragedii, ale przede wszystkim wstrząsających tragedii na drogach. Często ratownicy między jednym wypadkiem a drugim nie mają chwili, żeby ochłonąć. – Jesteśmy od tego, żeby działać – twierdzi Mariusz. – Po to jesteśmy szkoleni. Część opieki musimy roztoczyć nad pacjentem czy rodziną, ale przede wszystkim zrobić wszystko, żeby uratować życie – podkreśla.

Od życia do śmierci
Niestety, mimo wysiłku, nie zawsze udaje się uratować ludzkie życie. Każdy z nich doskonale pamięta, kiedy po raz pierwszy ktoś umarł mu “na rękach”. – Sam moment reanimacji to taki przypływ adrenaliny, że skupiam się wyłącznie na ratowaniu życia. Dopiero później widzę dzieci, które zostały bez ojca, płaczącą rodzinę… Zawsze rozmyślam, czy wszystko zostało zrobione, rozmawiam o tym w domu i to przynosi ulgę – mówi Grzegorz. – Gdy się nie uda, smutek jest straszny. Smuci koniec życia, w każdym wieku, choć szczególnie, gdy odchodzi młody człowiek – dodaje Mariusz.
Z kolei najbardziej satysfakcjonującym momentem jest chwila, kiedy podczas reanimacji pacjent “zaskoczy”, zacznie oddychać. To cieszy najbardziej – przyznaje.
Ratownicy są świadkami nie tylko końca życia, ale i jego początku. Często odbierają porody w domach, czy nawet w karetce. – Ktoś musi to robić w nagłych przypadkach – twierdzi Janusz Chmiel. – Tylko nie proszą później na chrzestnych – śmieją się inni ratownicy.
Są też wyjazdy, które wspominają z uśmiechem. – Byłem kiedyś na wezwaniu. Skurcze intensywne, wody jeszcze nie odeszły, dziewczyna po terminie 2-3 dni. Zapytana dlaczego tak długo czekała – odpowiada: “Bo ja myślałam że mi przejdzie” – śmieje się jeden z ratowników.

Dzwońcie na pogotowie, bo głowa mnie boli
Przez cały 12-godzinny dyżur ratownicy są w stałej gotowości. Jak przyznają, są takie dni, że nie wychodzą z karetek, jadąc od zgłoszenia do zgłoszenia. Często są to zupełnie niepotrzebne, wręcz absurdalne wezwania, przez co brakuje zespołów do groźnych wypadków. – Ból pięty od dwóch tygodni, poparzenie pokrzywami, krwawienie dziąsła, ból palca – wyliczają ratownicy. Zdarzyło się nawet, że dzwonił pan, który twierdził, że lis mu chodzi po ogrodzie i trzeba coś z tym zrobić. Dzwonił też pijany mężczyzna, który zgłosił, że jego pijana żona spadła z łóżka i trzeba ją przenieść.
A takie wezwania jeszcze na wysokie piętra, gdzie nie ma windy, wiążą się z dużym wysiłkiem. – Wynieść sprzęt choćby na 4. piętro jest problemem. Gdyby zważyć tak np. foteliki do jazdy po schodach, walizkę, defibrylator, wózek kardiologiczny – to wychodzi kilkadziesiąt kilogramów, które trzeba wziąć ze sobą. Czasem pacjenci ważą nawet do 200 kg, a ratowników jest np. dwóch. Dlatego, choć wielu z nas to młodzi ludzie, to wszystkim bez wyjątku siadają kręgosłupy – mówią ratownicy.
- Powinniśmy jeździć do zagrożenia życia, a jeździmy do wszystkiego – twierdzi Marek Lubaś. – Często robimy po prostu za taxi. Przyjeżdżamy do wezwania zagrożenia życia, a tam stoi spakowana kobieta i chce jechać do szpitala. Zapytana, że przy zgłoszeniu była umierająca – odpowiada, że inaczej byśmy nie przyjechali, a taksówką nie pojedzie, bo trzeba zapłacić – dodaje.

Dobry ratownik to żywy ratownik
Niebezpieczeństwa niesie każdy wyjazd. Nieraz zdarzały się kolizje, a nawet groźne wypadki z udziałem karetki pogotowia. – Kiedyś młody chłopak zajechał mi drogę. Ponad 30 metrów jechałem na dwóch kołach, żeby uniknąć zderzenia z nadjeżdżającymi z przeciwka autami. Gdyby nie ponad 20 lat doświadczenia, to byłoby po nas – wspomina pan Jan.
- Często spotykamy się z opinią, że włączamy sygnał, żeby nie stać w korkach. Nikt dla własnego “widzi mi się” tego nie robi. Z kolei wiele osób wita nas pretensjami, czemu tak późno. Ratownictwo to też dbałość o własne bezpieczeństwo. Jeśli nie dojedziemy, to nie pomożemy – podkreśla pan Lubaś.
Utrudnieniem dla ratowników jest często nieprecyzyjne podanie adresów. – Ludzie podają lokalne nazwy typu “za dębem”, “trzecie gniazdo bocianie”, albo “za byłym ostatnim przystankiem w lewo”, co nam już zupełnie nic nie mówi – dodaje Grzegorz.
Zdarzają się też agresywni pacjenci. – Kiedyś miałem taki wyjazd, na którym pacjent nie tylko gryzł, ale też zaatakował nożem i kilkakrotnie próbował uderzyć – opowiada Grzegorz, demonstrując ślady po ugryzieniach na ręce. – Wiele razy karetka wracała porozbijana, np. siekierą. Często mamy powyrywane narzędzia z samochodu, a ile razy zostaniemy opluci, poszarpani… – wylicza pan Jan. Nie raz były też przypadki pobicia czy zastraszania ratowników.

„Jezus, Maria, kim wy jesteście?!”
Wiele osób nie wie, że ratownicy medyczni jedynie do najcięższych przypadków jeżdżą z lekarzem. – Kiedyś pacjentka chciała nas do gazet podawać, że jeździmy bez lekarza. I w efekcie są dialogi typu: “Panie doktorze”, ja na to: “Nie jestem lekarzem”. “Jezus, Maria to kim wy jesteście?!” – pada w odpowiedzi – opowiada Grzegorz.
- Są w tym zawodzie momenty, kiedy człowiek zaczyna wątpić, bo udzielając pomocy, poświęcając się, nie otrzymuje się nic w zamian – mówi Mariusz.
Ale, jak przyznają ratownicy, choć praca z ludźmi jest niewdzięczna – jest potrzebna. A uratowanie ludzkiego życia jest najcenniejszą zapłatą za ich trud.

Aneta Jamroży

Skomentuj

Copyright © Super Nowości 2010-2016 Wszystkie prawa zastrzeżone.